czwartek, 18 grudnia 2014

Co za różnica?

Ostatnio, gdy już rozmawiam z ludźmi o Fasolce, rozmowa schodzi na płeć malucha. I pomijając wielkie zdziwienie, gdy mówię, że chcemy mieć niespodziankę, zawsze dochodzi pełne zaskoczenia pytanie jak kupimy ubranka i czy chcemy to zrobić dopiero po porodzie. I tu nasuwa mi się jedna dość istotna kwestia: CO ZA RÓŻNICA?!
Czy jest jakiś tajny dress code dla niemowląt określający, że konkretnie te właśnie kolory/ fasony/ kroje/ wzorki przeznaczone są dla chłopczyków a inne dla dziewuszek? Czy może w sprzedaży są tylko niebieskie i różowe ubranka, które przecież w stu procentach określają nam płeć dziecka i absolutnie nie wolno ich pomylić? Czy ktoś może mi powiedzieć, czy to jest ciuszek babski czy męski:
Albo ten, bo ja się chyba pogubiłam: 

Poza tym, nie oszukujmy się. Małe dzieci rosną szybciej niż nasz dług publiczny, więc na ile mogą wystarczyć rzeczy kupione przed porodem? Dwa miesiące? (Szczerze mam nadzieję, że jednak na troszkę dłużej...)
Tak więc, jeśli ktoś byłby mi jednak uprzejmy wytłumaczyć dokładnie tą kwestię to byłabym bardzo wdzięczna. Na dzień dzisiejszy mimo wszystko jednak chyba pozwolę sobie zaryzykować okropne faux pas i chyba kupimy przed rozwiązaniem chociaż coś na start.
Jeśli chodzi o samą Fasolę to zdaje się, że czuje się świetnie a ja zastanawiam się czy jest w stanie zrobić mi siniaki od środka bo kopie całymi dniami (i niekiedy nocami) jakby mu za to płacili. Mam wrażenie, że czuję każdy jego ruch i nie trudno już go wyczuć nawet gdy ktoś mi kładzie rękę na brzuchu. Ale jest chociaż na tyle miły, że w końcu teraz, przed świętami zaczął mi pozwalać jeść trochę normalniej. Mam nadzieję, że w Wigilię będę już mogła sobie troszkę pofolgować.

niedziela, 14 grudnia 2014

Przesądy

Zbliżają się wielkimi krokami święta! Jak już wspomniałam wcześniej i Fasolce coś kupiłam pod wpływem impulsu. Zobaczcie sami i zdecydujcie czy Wam się podoba.
To maskotka/pacynka Cthulhu i uważam, że jest przeurocza. Poza tym ruszają jej się macki na mordce więc będzie mogła cudownie opowiadać bajki. Nie sądzicie?
No ale jak to w końcu jest z tym kupowaniem dzieciom rzeczy jeszcze przed ich narodzinami? 
Przedstawiam Wam dziś kilka przesądów dotyczących tego błogosławionego stanu:

- Niczego nie powinnyśmy smażyć, bo tam gdzie tłuszcz upadnie dziecko będzie miało znamię. 
- Nie powinnyśmy nosić łańcuszków ani korali, nie przechodzić pod kablami i sznurami z bielizną żeby maluchowi nie owinęła się na szyi pępowina.
- Nie zalecane jest obcinanie włosów, żeby zapobiec głupocie dziecka.
- Nie wolno patrzyć na krwawe rzeczy lub kalectwo, by się nie zapatrzyć i nie urodzić przez to chorego dziecka.
- Nie powinnyśmy kochać się z mężem 2 miesiące przed rozwiązaniem, by dziecku nie ropiały oczka.
- Nie możemy się nawet przestraszyć, bowiem jeśli w bezmyślnym odruchu dotkniemy swojego brzucha lub jakiejkolwiek innej części swego ciała to dziecko będzie miało tam "myszkę " (znamię ).
- Nie powinnyśmy patrzeć na księżyc, żeby dziecko nie było łyse, na słońce by nie zanosiło się płaczem, przez wizjer w drzwiach i żadną inną dziurkę by nie było zezowate, na nikogo brzydkiego, żeby nie było brzydkie i na mężczyzn innej rasy by dziecko nie urodziło się z innym kolorem skóry. Nie wolno też patrzeć na ogień by dziecko nie miało czerwonej plamy na głowie i słuchać zapowiedzi przedślubnych aby nie było głuche. 

Wynika z tego mniej więcej, że dziecko będzie miało całą masę znamion, będzie chyba trochę głupie bo regularnie obcinam grzywkę, o jego stanie zdrowia nie będę może wspominać choć może urodzi się Mongołem, bo niemal codziennie widuję się z naszym Byambą na Uniwerku i to go może uratować, bo oni raczej nie bywają cherlakami. Idąc dalej śmiem jednak przypuszczać, że będzie to łysy, płaczliwy, zezowaty i brzydki Mongoł. Trochę szkoda. Chwała bogu raczej nie grozi nam owinięcie się pępowiny i "myszki".
Co jednak, jeśli chodzi o płeć?

- Jeśli mamy mdłości wieczorem to urodzimy chłopca, jeżeli mdli nas z rana – to będzie dziewczynka.
- Jeśli brzydniemy, to będzie córa - to dziewczynka zabiera urodę.
- Jeśli się roztyłyśmy, szczególnie w ramionach i pupie - będzie dziewczynka, jeśli zaś mamy tylko duży brzuch - będzie chłopczyk.
- Jeśli jemy ostre rzeczy to urodzimy syna, jeśli pochłaniamy duże ilości słodyczy to urodzimy dziewczynkę.
-  Jeśli brzuch jest wysoko - chłopak, jeśli zaś jest nisko - dziewczynka.

U mnie 4:2 wygrywa chłopak. Zobaczymy ile się z tego sprawdzi.
No ale po co mi ta wiedza skoro:

- Nie mogę kupić maluchowi ubranek, wózeczka, łóżeczka ani nie przygotuję mu pokoju bo wszystko to grozi pechem i nieszczęściem.

Ponadto:

- Każdy kto poklepie nas po brzuchu będzie miał szczęście.
- Ominą nas wszystkie wesela – nikt nas nie zaprosi w obawie, że przyniesiemy mu ze sobą ciężar na głowę.
-Nie zostanę też niczyją chrzestną, bowiem ciężarna chrzestna matka to ogólnie katastrof.

Za to na osłodę nikt nam niczego nie może odmawiać, bo zalęgną mu się w domu myszy. :)


 

wtorek, 9 grudnia 2014

Czytamy i słuchamy

"Maleńkie kosteczki w uszach płodu są już na swoim miejscu, co sprawia, że dziecko może usłyszeć twój głos, kiedy mówisz lub śpiewasz." 
Mnie nie trzeba dwa razy powtarzać. Skoro Fasola już słyszy jak ją obgaduję to czemu nie miałaby posłuchać i czegoś przyjemnego? Tak więc postanowiłam, że czas najwyższy zacząć ją oswajać nie tylko ze swoim pięknym głosem (i nie tylko jak zawodzę pod prysznicem czy szprecham po mongolsku na zajęciach) i zaczęłam czytać na głos. Postanowiłam wybrać coś przyjemnego i w miarę lekkiego, żeby i mnie się miło czytało i Fasoli dobrze słuchało. Wybór padł na:


A niech rośnie młody fan fantastyki!
Próbowałam też puszczać jakiegoś Mozarta, ale zwykle jak już siedzę przy komputerze, to albo coś oglądam, albo muszę się skupić i niespecjalnie nam to wychodzi. 
Jeśli chodzi o mnie to brzucho już zaczyna się ładnie zaokrąglać, lecz widzę to ja i mój luby, jak chodzę po domu. Na dworze, w ciepłych ciuszkach nadal raczej nie sposób się domyśleć a to już przecież koniec czwartego miesiąca. I dobrze. Nie pogardziłabym małym, zgrabnym brzuszkiem do końca ciąży. Poza tym, rano jak wstanę, nie ma go prawie wcale i dopiero wieczorami robi się taki nieśmiały księżyc. 
Zaczęłam się czuć też trochę lepiej i mdłości są coraz rzadsze (czyt. ze 100 na dobę spadły do ok 85 na dobę). Nieśmiało zaczynam próbować rozmaite produkty, które do tej pory mi szkodziły i liczę na to, że do świąt będę czuła się co najmniej dobrze na tyle aby się specjalnie nie ograniczać. Za radą mojego lekarza zaczęłam też pić len co faktycznie pomogło na mój bolący żołądek i chociaż to mam już z głowy. 
Tymczasem zbliżają się święta i choć przesądy mówią, żeby przed narodzinami nie kupować dziecku niczego, to zdaje się, że i dla Fasolki znajdzie się coś pod choinką :)

czwartek, 4 grudnia 2014

Fasola się rusza!

Jak w tytule. Na samym początku 15-tego tygodnia (dokładnie tydzień temu) poczułam, że coś tam jest. I to było... dość dziwne na początku. Naturalnie od razu musiałam zasięgnąć rady wujka googla, o co chodzi? W większości książek, które do tej pory przejrzałam i z mądrości ludowych dowiedziałam się, że pierwsze ruchy czuje się jakoś od połowy ciąży, czyli ok 20-tego tygodnia. Czyli powinno mnie to spotkać dopiero za miesiąc, a ja wyraźnie czuję, że Fasola się kręci! Zgłębiając temat wyczytałam na wielu stronach poświęconych ciąży, że tak naprawdę pierwsze ruchy można poczuć między 14-tym a  23-cim tygodniem (różnie wg różnych źródeł). Wcześniej, jeśli nie jest to pierwsza ciąża. Różnice na pewno też są bardzo indywidualne bo, jak już wiem, każda ciąża jest inna i każda kobieta może przechodzić kompletnie inaczej każdą kolejną. Czytając też komentarze innych przyszłych mam przekonałam się, że faktycznie wyczuwanie pierwszych ruchów dziecka, zdarza się czasem i w pierwszej ciąży dość wcześnie, co potwierdzają też ginekolodzy. Jakby nie było Fasolki szaleją w brzuchach już od drugiego miesiąca więc jest tylko kwestią czasu, kiedy zaczniemy tego wyraźnie doświadczać.
Niemniej jednak nie mam większych wątpliwości co do tego, czy "ruchy", które czuję należą do Fasoli czy przypadkiem nie pomyliłam ich z "wzdęciami czy pracą jelit, którą w ciąży odczuwa się zupełnie inaczej". Może niedługo chodzę po tym świecie ale jeszcze nie zdarzyło mi się, żeby wzdęcia czy pracujące jelitka było czuć przez trzymaną na brzuchu rękę. Bo jak to właściwie czuć? Nie wiem czy można to nazwać kopaniem, bo niby nóżki są jeszcze za słabe, żeby czuć ich kopnięcia tak wyraźnie i ponoć to tylko przekręcanie się Fasolki i jej zmiana pozycji jest tak odczuwalna. Niemniej jednak, żeby opisać to co czuję osobiście najwygodniej byłoby mi właśnie nazwać... kopaniem. Wiele kobiet mówi o pierwszych ruchach jako o "bąbelkach w brzuchu" czy "trzepotaniu skrzydeł motyla". Ja bym prędzej powiedziała, że Fasola sprawdza gdzie najłatwiej będzie przebić się na zewnątrz. Zupełnie jakby dźgał mnie od środka (więc raczej kopanie). I te właśnie dźgnięcia można spokojnie wyczuć też dłonią, gdy trzymam ją na brzuchu. Oczywiście gdy tatuś kładzie na brzuchu rękę maluch kończy swoje wygibasy, ale co począć? No i dodatkowo mogę określić godziny, w których Fasola jest najaktywniejsza i czuć ją na pewno. Są to przede wszystkim okolice godziny 10-tej rano (czyli zwykle w trakcie zajęć) i koło 8-mej wieczorem. Poza tym sporadycznie jeszcze w ciągu dnia.
Jest to uczucie bardzo ciekawe i chyba nawet całkiem przyjemne. Na pewno bardzo uspokajające, bo skoro tak tam harcuje to pewnie też dobrze się czuje. Niech więc skacze tam do woli, bo na razie przynajmniej, kompletnie mi to nie przeszkadza a zaczynam się przekonywać, że to wszystko naprawdę się dzieje!

wtorek, 25 listopada 2014

Płeć Fasoli!

I pewnie wydaje się Wam, że ten post będzie czymś w rodzaju "To chłopiec/ dziewczynka!!!!". A bo nie. Bo nie mam bladego pojęcia czy będzie to chłopiec czy dziewczynka. Niemniej jednak, Fasola faktycznie jest już na tyle duża, że można by to określić podczas badania. Ja jednak chyba nie chcę wiedzieć jakiej jest płci. Bo z zasadzie co mi to robi za różnicę? Jakoś argumenty pt. "bo będzie wiadomo, czy wyprawkę kupować dla chłopca czy dla dziewczynki", do mnie nie przemawiają. Bo co to za różnica przy osprzęcie dla niemowlaka? Wszystko wygląda tak samo. Najwyżej nie będziemy kupować ani niebieskich ani różowych ubranek tylko zielone czy beżowe, skoro są bardziej uniseksualne. Poza tym ja osobiście lubię taki dreszczyk oczekiwania z odrobiną tajemnicy. Jakoś do samego faktu bycia w ciąży już się przyzwyczaiłam to zostawię sobie jakąś niewiadomą. Mój luby nie protestuje i zgadza się ze mną, że możemy poczekać do dnia rozwiązania z wiadomością o płci.
Ba! możemy pójść nawet dalej i poczekać aż dziecko samo dorośnie i się określi. Wiecie, żeby nie było potem, że zostaniemy oskarżeni o podanie błędnej płci dziecka, przy wyrabianiu aktu urodzenia, bo Michalina będzie się czuła jednak Michałem. Przynajmniej moglibyśmy pod tym względem pójść trochę na rękę Fasoli i wybrać jakieś łatwo konwertowalne (jest takie słowo w ogóle?) imię. Np.: Karol - Karola, Emil - Emilia, Kamil - Kamila, Michał - Michalina, Dominik - Dominika, Klaudia - Klaudiusz. Żeby potem nie było takich perełek jak Rafalala.
A jeśli już o imionach mowa to przyznam się, że decyzja wcale nie jest łatwa. Chyba oboje się zgadzamy, że nie chcemy niczego zbyt wymyślnego (Montezuma odpada :( ). Mnie za to zależy na tym aby imię miało sens i zawzięcie sprawdzam wszelkie propozycje pod względem ich znaczenia. Swoją drogą wiele można się dowiedzieć, jak człowiek zacznie tak drążyć. Polecam stronkę http://www.behindthename.com/ . Można spokojnie wyszukiwać też polskie imiona i nie trzeba wpisywać ich oryginalnych odpowiedników. Stronka zrobi to za nas.
Tak więc zbieram chętnie wszelkie propozycje, zarówno męskie jak i żeńskie, jakby ktoś miał jakiś błyskotliwy pomysł.
U mnie tym czasem powolutku zaczyna pojawiać się bęcol. W ciągu chyba dwóch dni, wszystko co do tej pory siedziało mi w miednicy podniosło się wyżej, przez co przestały mi się dopinać moje ostatnie "normalne" spodnie. Czas na kolejne zakupy. Póki co, niczego jeszcze nie widać pod ubraniami i dalej ludzie są bardzo zdziwieni, gdy dowiedzą się, że jestem w ciąży i to już w 4-tym miesiącu. I w zasadzie to trochę się nawet cieszę, bo może znaczy to, że nie utyję z Fasolą jakoś strasznie dużo?

środa, 19 listopada 2014

Basen

Jak pisałam już wcześniej, zaczynam czuć się coraz lepiej (co nie znaczy, że jest idealnie). Nadal dokucza mi żołądek i muszę unikać wielu rzeczy co bardzo mnie męczy. Chciałabym zacząć znów jeść normalnie, bez strachu, że coś będzie boleć i będę się źle czuła. Próbowałam znaleźć jakieś informacje na temat tego, dlaczego tak źle reaguje na posiłki, które przecież nie powinny być w żaden sposób szkodliwe i czemu jest mi tak źle ale niestety ani w mądrych książkach, ani w internecie nie udało mi się znaleźć nic co byłoby podobne do moich dolegliwości. no trudno. Albo przeczekam albo zacznę się skarżyć lekarzowi jak nie przejdzie do następnej wizyty.
Tymczasem zaczął mi się powoli zaokrąglać brzuszek, choć nadal mogę chodzić w normalnych ubraniach i nic po mnie nie widać. Nadal też nic nie przytyłam ale przestałam już chudnąć, co jest dość pocieszające. No i najważniejsze - zapisałam się na basen!
Na początku ciąży zarzuciłam ruch i ćwiczenia ze względu na to jak się czułam. Teraz gdy wracam do siebie zaczyna rozpierać mnie energia i chciałabym znów zacząć cokolwiek ze sobą robić. Uznałam, że basen będzie super rozwiązaniem i znalazłam niedaleko domu pływalnię oferującą raz w tygodniu zajęcia dla ciężarnych. Szkoda, że tylko raz w tygodniu, ale dobrze, że w ogóle. Bo między Bogiem a prawdą, szukając w internecie, bardzo mało widziałam tego typu zajęć w Warszawie, co strasznie mnie zdziwiło. Myślałam, że w dobie zdrowego odżywiania, dbania o sylwetkę i ruch, większe będzie zainteresowanie tego typu zajęciami. Cieszę się więc, że udało mi się znaleźć jakiekolwiek, w dodatku tak blisko. Tak więc, czepek na głowę i do wody!
Jeśli chodzi o studia to jakoś tak powoli i "jak zwykle" idzie. Ci sami wykładowcy, tych samych pięć osób na roku cały czas i te same zajęcia. Trochę nuda ale przynajmniej spokojnie. Pomijając fakt, że zaczynam czuć sapanie pracy licencjackiej na karku i trochę boję się do niej odwrócić. Oczywiście zaczęłam już pisać... tylko na razie mentalnie. Jestem przynajmniej w tej dobrej sytuacji, że faktycznie wszystkie potrzebne do niej materiały już mam więc, wystarczy mi tylko znaleźć czas i chęci. A że niedługo już święta i błoga trzytygodniowa przerwa wraz z nimi to jest nadzieja, że w ogromie wolnego czasu uda mi się i na odrobinę chęci natrafić.

środa, 12 listopada 2014

Rosnę!

Oto ja... my, z powrotem! Nie pisałam ostatnio bo chciałam poczekać z nowościami do wizyty lekarskiej. I oto już za mną pierwsze dokładne badanie USG (robione między 11 a 14 tygodniem ciąży). Przyznam, że troszkę się stresowałam, ale stosunkowo niedużo, w porównaniu z samym początkiem ciąży. Badanie takie pozwala wykryć niektóre wady rozwojowe płodu i genetyczne (jak np. zespół Downa). Poszedł ze mną mój luby bo stwierdził ostatnio, patrząc na mój brzuch, że chyba go wkręcam z tą ciążą i musi się upewnić, że faktycznie coś tam jest. :) Było to bardzo fajne doświadczenie, zobaczyć  tak dokładnie fasolę i popatrzeć jak się rusza i macha kończynami. W prawdzie nie był jakoś szczególnie ruchawy i pan doktor musiał go trochę poszturchać, żeby się obudził, ale jakaś ręka i noga gdzieś tam śmignęła.
Mnie natomiast, ponownie zadziwił lekarz, który spojrzawszy na fasolę na monitorze zaczął wymieniać: "wątroba, jelita, serce, nerki, pęcherz moczowy, żołądek wszystko na swoim miejscu..." Spojrzałam więc nieco uważniej na brzuch fasoli i tylko przekonałam się o tym, że nie widzę tam nic oprócz szarych mroczków... No może faktycznie widać było bijące serducho ale reszta? Jakby nie było, wszystko jest w normie, wszyscy jesteśmy cali i zdrowi i spokojnie rośniemy sobie dalej.
Chociaż tak naprawdę to chyba tylko jedno z nas rośnie. Ja, cóż, nigdy specjalnie  nie miałam parcia ani nie czułam potrzeby odchudzania się, ale na dzień dzisiejszy mogę stwierdzić, że jeśli kiedykolwiek próbowałam czegokolwiek to nic chyba nie dało takich efektów jak właśnie ciąża.  Od początku zeszły mi trzy kilogramy (na wadze, bo ile w rzeczywistości to trudno powiedzieć; fasola też rośnie i coś swojego waży). Dość faktycznie wyszczuplałam co w zasadzie mnie cieszy. Lekarz powiedział, że na początku ciąży to nic strasznego więc też się nie martwię.
Poza tym czuję się całkiem nieźle i zaczynam znów trochę się szlajać. Chociaż teraz właśnie, gdy już prawie całkowicie minęły mi mdłości i wymioty, a brzuch nadal się nie pokazał, praktycznie nie czuję, że coś we mnie siedzi. Może i dla mnie było to USG, żebym się przekonała, że to serio się dzieje? Aczkolwiek pozostały mi problemy z żołądkiem i naprawdę jest bardzo niewiele produktów, po których czuję się dobrze. No więc też nie trudno się dziwić, że chudnę...

piątek, 31 października 2014

Pierwsze zakupy!

Jako że z całych dwóch par moich spodni jedna stała się ciut przy ciasna postanowiłam w końcu kupić sobie jakieś przyzwoite mamusine spodenki, cobym mogła czasem przeprać chociaż te co mi na razie zostały. Po mozolnych poszukiwaniach sklepu z odzieżą dla kobiet ciężarnych trafiłam ostatecznie do H&M'u. Nie wiedziałam nawet, że takie sieci mają specjalne kolekcje ubrań dla kobiet ciężarnych! Szczęśliwie jednak trafiłam na stosunkowo duży wybór i oto w moim posiadaniu są teraz ciężarowe, full modne, klawe jeansy.
Przy okazji spodni mogę podzielić się w ogóle moim brzuszkiem (tak jakby kogoś to interesowało, wiem).
                                            


        

Tak wygląda normalnie.


 Tak wygląda gdy maksymalnie się rozluźnię (ale nie jest to wcale przyjemne :( )


 A to spodenki w całej okazałości. Póki co jeszcze za luźne ale wygodne i cieplutkie. 

środa, 29 października 2014

Krągłości i Pan Wałek

Zaczynam czuć się względnie lepiej, niemniej jednak jakoś nie chce mi się wierzyć, że nadejdzie taki czas, że poczuję się całkowicie dobrze. Ze smutkiem stwierdzam, że przyzwyczaiłam się do mdłości i wymiotów i nie potrafię sobie nawet przypomnieć, jak to jest móc jeść wszystko tak całkiem normalnie i czuć się po tym dobrze. Wiem już za to przynajmniej mniej więcej po czym nie czuję się niedobrze lecz trudno mi jeść w ciągu dnia tylko te rzeczy. Szczególnie gdy jem na uczelni i niestety muszę brać co dają. Nadal nie zaczęłam gotować znów sama w domu i nie bardzo chcę w ogóle myśleć o garach i tych wszystkich kuchennych zapachach. Mój luby śmieje się, że z moim węchem można by mnie teraz na trufle puścić, jednak jak się okazało w Polsce są wszystkie pod ścisłą ochroną.
Jeśli chodzi o zajęcia to staram się chodzić na wszystkie kulturalnie i bardzo rzadko zdarza mi się coś opuścić. Ponadto wykładowcy w większości wiedzą już o moim błogosławionym stanie i przymykają oko na to, że coś zdarzy mi się podjeść czy uciekam do łazienki w czasie zajęć. Jeśli chodzi o moją grupę to nikomu nie mówiłam. Ciekawa jestem czy skądś to wycieknie i wszyscy się dowiedzą czy nie. Chciałam przeprowadzić eksperyment, kiedy ciąża staje się na tyle widoczna, że już nie sposób tego nie zauważyć. Czy faktycznie można donosić ciążę tak żeby otoczenie się nie zorientowało? Ciekawa jestem jak to będzie u mnie.
Fasola za to zdaje się rosnąć chociaż brzuch nadal bardzo skromny. Przeglądam się w tych lustrach i pacze i niewiele widzę. Chociaż zauważyłam też, że stojąc zawsze mam lekko napięte mięśnie brzucha z czego nawet nie do końca sobie zdawałam sprawę. Gdy dziś rano w łazience pozwoliłam sobie się rozluźnić, to faktycznie jakby okrąglej troszkę. No i jedna para spodni już mnie gniecie w pasie więc chyba w najbliższym czasie będę już mogła wybrać się na "pierwsze, ciążowe zakupy".
Dodatkowo, przerażona wizją wielkiego brzucha postanowiłam zacząć działać na rzecz lepszego wyposażenia sypialni. I w ten oto sposób pojawił się u nas... Pan Wałek! (I mój chłopak chyba jest o niego trochę zazdrosny. :)) Pan Wałek to długa, podłużna poducha, która pomaga ułożyć się w wygodnej pozycji do snu. Ja przez absolutnie całe życie spałam tylko w jednej pozycji – na brzuchu – i sama myśl o tym, że już niedługo będę musiała z tego zrezygnować, przyprawia mnie o bezsenność. Niemniej jednak pan wałek spisuje się póki co znakomicie i jestem w stanie znaleźć sobie u jego boku wygodną, nienabrzuchową pozycję. Mam nadzieję, że będzie naprawdę wystarczająco wygodny, żeby pomóc mi spać z bęcolem. Próbowałam w prawdzie wykorzystać w podobny sposób chłopaka ale niestety za bardzo się kręci, jest mniej elastyczny i miękki i zabiera kołdrę. Przykro mi, na razie będę tulić się do Pana Wałka.
A wracając do fasoli to ponoć wszystkie organy ma już na swoim miejscu i teraz będą tylko rosnąć przez najbliższe miesiące. Nie mogę się doczekać następnego USG (już za tydzień!!!) bo powinien na nim już wyglądać jak człowiek. Podobno też już macha rączkami i kręci się w kółko ale za mały jest żeby to wyczuć. Wyczytałam, że jak się popuka w brzuch to będzie go to łaskotać i się poruszy więc mu pukam od czasu do czasu. Puszczałam mu też ostatnio muzykę ale mój chłopak nie był przekonany czy Linkin Park puszczony na cały regulator jest dobrym pomysłem. Mnie się podobało a ponoć jak mama szczęśliwa to i fasola się cieszy więc pozostałam przy swoim stanowisku :).

wtorek, 21 października 2014

Co tak późno?

Wspominałam już wcześniej o tym, że przed zajściem w ciążę nie bardzo się zastanawiałam w ogóle z czym to się je. No zajdę w ciąże, poczekam 9 miechów i hop! Będzie nas plus jeden (ew. ciut więcej). Proste. Mówi się, że to taki cudowny stan i najlepszy okres w życiu kobiety i w ogóle. Czym mogłam się przejmować?
Niemniej jednak moje pierwsze odczucia po oficjalnym potwierdzeniu ciąży były kompletnie dla mnie wcześniej nie do przewidzenia. Byłam, delikatnie mówiąc, przerażona. Nie tym, że zostanę mamą i czy poradzę sobie w tej roli, lecz tym, że być może właśnie nią nie zostanę, lub stanie się coś złego. Zaczęłam czytać artykuły w internecie i książki i mój strach wcale nie malał. Szacuje się, że liczba poronień po wykryciu ciąży liczy między 10-15% (wg. niektórych źródeł dużo więcej). O poronieniach do 4 tygodnia ciąży nie wiadomo prawie nic, gdyż zwykle kobiety nie wiedzą nawet w tym okresie, że są w ciąży, lecz przypuszcza się, że dochodzi wtedy do poronienia w ponad 40% wszystkich ciąż.
Planowałam wstrzymać się jak najdłużej z obwieszczania światu, że będzie nas więcej, chcąc wyczekać może nawet do końca pierwszego trymestru. Po tym czasie poronienia zdarzają się już bardzo rzadko.
Zżerał mnie potworny stres i byłam naprawdę przerażona. Czytanie rozmaitych komentarzy kobiet w internecie zwykle nie pomagało.
"Wiesz, mi w 8 tygodniu wszystkie nieprzyjemne objawy ciąży minęły jak ręką odjął. Potem się okazało, że ustała praca serca zarodka."
"Nawet nie zorientowałam się, że poroniłam. Ot jakiś skrzep mi wypłynął. A mówią, że zawsze przy tym jest silny ból brzucha."
"Ja poroniłam dwa razy i kolejną ciążę mam zagrożoną i tylko leżę w łóżku. Czuję się fatalnie i jeśli znów poronię chyba nawet nie będę próbowała po raz kolejny. Widać taki mój los."
Podczas wizyty natomiast usłyszałam, że w zasadzie do 12 tygodnia lekarze niewiele mogą zdziałać a w wielu krajach zachodnich przed końcem pierwszego trymestru w ogóle nie przyjmuje się kobiet jako kobiety ciężarne, zwykle odsyłając je do domu, niezależnie od tego co się dzieje.
Dlatego też uprzejmie proszę wszystkich o nie kierowanie żalów i pretensji w moim kierunku o to, że dowiadują się tak późno bo to dopiero początek, a mnie trochę ten początek przerósł.
Poza tym, zaczynam czuć się nieco lepiej i tylko towarzyszą mi dość często potworne torsje (nie zawsze na szczęście kończące się biegiem do toalety). Dalej pozostaje mi wmuszanie w siebie jedzenia, bo apetyt mi specjalnie nie dopisuje. Ponadto zaczęłam źle reagować na wiele potraw i sama nie jestem pewna co mi szkodzi bardziej, co mniej a co jest dość neutralne. Mój żołądek na pewno nie toleruje żadnych słodyczy i w zasadzie mi to nie przeszkadza. Aczkolwiek nie sądziłam, że kiedykolwiek będę z taką niechęcią patrzyła na batoniki i tabliczki czekolady jak teraz.
No i na koniec mam pytanie. Gdzie jest mój brzuch? "W dziewiątym tygodniu ciąży twoja macica urośnie już nawet do rozmiarów małego melona." I gdzie ten melon. Dalej nie widzę nic oprócz tłuszczyku, który wyhodowałam sobie w Mongolii. Chodzę w swoich ciuchach, zakładam najbardziej obcisłe bluzki i nie specjalnie widzę jakąś różnicę. Nie to, żeby spieszyło mi się, do latania z wielkim bęcolem ale jakoś tak... chyba chciałabym już poczuć tą ciąże w jakiś inny sposób niż tylko przez mdłości.

czwartek, 16 października 2014

I co?

Chciałam napisać post o tym jak mi źle i niedobrze, jak mnie męczą torsje i jestem wyczerpana ciągłym bólem brzucha i poziomem zmęczenia. Jak widać jednak nie trzeba się o tym specjalnie rozpisywać, bo wszystko da się zawrzeć w jednym zdaniu. :) Podzielę się zatem moimi rozmaitymi spostrzeżeniami, starając się jak najmniej jednak utyskiwać przy tym na moje samopoczucie.
Przede wszystkim zauważyłam, że im więcej rzeczy mam do zrobienia albo dzieje się dookoła, tym łatwiej znosić wszystkie nieprzyjemne objawy ciąży. Oczywiście wszystko w granicach rozsądku. Dalekie podróże odpadają, ze względu na to, że źle reaguję na jazdę autobusem, ale powolny spacerek jest jak najbardziej mile widziany. Obiad u rodziny, długie zajęcia na uczelni czy wizyta znajomych u nas też zwykle nie sprawiają mi kłopotu. Najgorzej jest jak siedzę w domu i (teoretycznie) nic nie robię. Wtedy wszystko się na mnie potęguje.
Planowałam sobie oczywiście, że w trakcie ciąży będę sumiennie ćwiczyć i rozciągać się i och i ach. Przed ciążą ćwiczyłam w miarę regularnie, dużo jeździłam na rowerze i jako tako dbałam o siebie i sprawność fizyczną. Początek ciąży jednak trochę mnie przystopował. Zwykle po zajęciach nie mogę się do niczego zebrać, lub jestem zbyt zmęczona na to, żeby chociaż machnąć ręką na psa ale liczę na to, że wkrótce się to zmieni. Bądź co bądź, zdaje się, że zaczynam powoli czuć się coraz lepiej i już niedługo planuję wrócić do delikatnych na początku, acz regularnych ćwiczeń.
Ponadto pusty żołądek jest wielkim wrogiem kobiet w ciąży. Na wszelki wypadek wychodząc z domu staram się mieć ze sobą solidną wałówkę, żeby podjadać sobie gdy tylko zacznie mi się robić niedobrze. Liczę na to, że w końcu, regularnymi, drobnymi posiłkami uda mi się zwalczyć karmienie rybek.
Poza tym coraz częściej zastanawiam się w ogóle nad tym co się dzieje. W sensie – jestem w ciąży i jakoś chyba nie dociera do mnie co to tak naprawdę oznacza.
- No... będziesz mamą.
- Ok, no ale co to znaczy?
- No, że będziesz miała bobo.
- Ok, ale co w związku z tym?
- No wiesz, zmieni się kompletnie twoje życie i w ogóle.
I jakoś ostatnio chyba to do mnie nie dociera. Ale nie przejmuję się tym. Przed moim wyjazdem za granicę było podobnie.
- Jak się czujesz przed wyjazdem?
- No nie wiem. Jadę...
- Ale co? Cieszysz się? Boisz się?
- No nie wiem. Jadę. Zobaczę na miejscu.
- I nie boisz się tak na rok jechać do obcego kraju?
- Eeeee... Nie wiem. Nie myślałam o tym. No... jadę.
Praktycznie do momentu wylądowania w UB nie docierało do mnie, że to się faktycznie dzieje. Niemniej jednak byłam na to przygotowana i szybko się zaklimatyzowałam w nowym otoczeniu. Mam wrażenie, że tym razem będzie podobnie. Że do samego końca nie bardzo będę mogła uwierzyć, że naprawdę ma się coś zmienić. A potem po prostu przestawię się z trybu szczęśliwy-posiadać-wolnego-czasu-i-życia-towarzyskiego na szczęśliwy-posiadacz-małego-srajtka.

niedziela, 12 października 2014

Zachcianki i walka z fasolą

Szczęśliwie powoli opuszczają mnie permanentne mdłości od pobudki do zaśnięcia. Mogę sobie też pozwolić czasem chwilkę pogłodować i nie muszę nosić ze sobą awaryjnych trzech kanapek. Z drugiej strony regularnie już karmię rybki i to absolutnie niezależnie od tego, czy jem coś zdrowego, niezdrowego, bardziej lub mniej smacznego itp. A zwykle wygląda to tak, że jadę sobie rano wesoło na uczelnię, na wykładach jest wszystko ok, wracam do domku i zaraz po zamknięciu za sobą drzwi muszę biec do kibelka. Schemat absolutnie powtarzalny co ma swoje wady i zalety. Na pewno dużą zaletą jest to, że nie boję się, że zdarzy mi się randomowy bełt na mieście. Największą jednak wadą jest cóż... to, że w ogóle mi się coś takiego zdarza.
Trochę przechodzę przez to wszystko w fazę bulimiczki. Ach, co za różnica, co i ile teraz zjem? I tak zaraz się tego pozbędę, więc mogę sobie pofolgować. No i schudłam już dwa kilogramy od początku ciąży. Ponoć taki spadek wagi w pierwszym trymestrze jest naturalny i nie szkodzi nikomu więc na razie się nie przejmuję.
Raz jeden próbowałam przeciwstawić się fasoli. Poprzedniego dnia po wymiotach bardzo bolało mnie gardło i miałam problemy z jedzeniem czegokolwiek, prawie przez całą resztę dnia. Powiedziałam sobie, że nie będę się dawała fasoli terroryzować i następnego dnia, po wielu trudach, udało mi się zachować przez cały dzień zawartość żołądka na swoim miejscu. I szczerze mówiąc, uważam, że nie było warto. Czułam się fatalnie nie tyle nawet do zaśnięcia, co i przez całą noc. Budziłam się często, ciągle czując ciężar i bajzel w żołądku, którego w żaden sposób nie dało się ukoić. Przeszło mi dopiero koło 4-tej nad ranem. Nie było warto. Zwłaszcza, że zaraz po wymiotach zaczynam czuć się bardzo dobrze i wszystko co dolegało mi wcześniej (mdłości, nadwrażliwość na zapachy, ból głowy itp.) mijają jak ręką odjął. W następnych dniach już postanowiłam nie walczyć. Trudno, niech gówniarz postawi na swoim.
Co do zachcianek, to nie jestem pewna, w którym momencie ciąży się pojawiają i są najbardziej powszechne jednak w moim wypadku to bardziej są antychcianki, jak na razie. Z reguły nie mam ochoty na nic i zwykle zamiast pytania: Hmmm, co bym sobie dziś zjadła?, zadaję sobie pytanie: Hmm, ciekawe czy po tym też mi będzie niedobrze?. Staram się znaleźć najmniejsze zło dla mojego biednego żołądka, próbując bardzo wielu rzeczy i szukając tych, które są stosunkowo mało inwazyjne. Dodatkowo mam absolutny czekoladowstręt i nie mogę patrzeć na żadne słodycze i ciastka. Cóż, to akurat chyba całkiem dobra strona tego wszystkiego.

czwartek, 9 października 2014

Niemałe zaskoczenia

O tym, że moja wiedza o ciąży przed zajściem była znikoma już pisałam. Co więc mogłam wiedzieć o rozwoju samego płodu? Specjalnie też się tym nie przejmowałam, bo jak już tam siedzi to niech se rośnie jak mu wygodnie i byle zdrowe było. Niemniej jednak już pierwsza wizyta u ginekologa była dla mnie dość zdumiewająca.
1.
- Widać pracę serca więc możemy założyć kartę ciąży – powiedział po wykonanym USG.
Co widać?! Hej, to się tam dopiero pojawiło więc jakie serce?!
Był to dopiero 5 tydzień i sama nie wiem, chyba spodziewałam się czegoś w postaci bezkształtnej masy z pływającym sobie luźno kodem genetycznym, ale żeby to już serce miało? I to bijące?! Ale to jak? Ma to już żyłki i tętniczki czy co ono pompuje? Byłam zaskoczona i bardzo szczęśliwa, nie powiem. Potem się człowiek zaczął bardziej edukować i faktycznie, większość narządów kształtuje się w pierwszych tygodniach.
Po bijącym serduszku i przeczytaniu części internetów natrafiłam na kolejny... szokujący (przynajmniej dla mnie) fakt.
2.
W 14. tygodniu dziecko zaczyna połykać wody płodowe w ilości około jednego litra dziennie i od tego czasu jest wrażliwe na ich smak.”
Że co zaczyna robić?! No, ja wiem, że to dopiero przed nami ale coś mi tu nie gra. W sensie, po co one te wody połyka? Czy się nie zakrztusi nimi? Wyobrażam sobie to trochę tak, że siedzę zanurzona w wodzie i próbuję chłeptać tą wodę co mnie osobiście sprowadza się do zachłyśnięcia się nią. Czy jemu to nie zaszkodzi? I w ogóle po co on to robi? Przecież karmiony jest przez pępowinę, nie? (Znaczy najpierw ma ten... woreczek żółciowy (?) co go karmi a potem dopiero łożysko i w ogóle...) No i w końcu, jak już się tym opije, to musi to jakoś wydalić i jak to wygląda?
Poza tym myślałam, że wody płodowe to tak tylko, żeby on sobie miał gdzie fruwać i nie obijał się o żebra, ale nie sądziłam że będzie je zjadał...
3.
8 tydzień. Rosnące jelita nie mieszczą się już w jego brzuszku, więc zostają wypchnięte na zewnątrz.”
- Szefie, trochę jesteśmy do przodu z pracą i to nam się nie mieści. Co z tym zrobić?
- Połóż obok to się potem zainstaluje...

Poza tym uważam, że ów pierwszy okres ciąży matce naturze kompletnie nie wszedł. Czemu w takiej sytuacji, gdzie chodzi właśnie o przetrwanie gatunku, matka jest tak kompletnie bezbronna? Do tego mdłości i wymioty, które w skrajnych warunkach mogą prowadzić do odwodnienia. Mało to zdrowe.
Ja wiem, że hormony i w ogóle i kobieta powinna się zacząć oszczędzać, bo organizm wykonuje super ważną pracę ale to trochę źle przemyślane jak na mnie. Uważam, że hormony powinny nie osłabiać ale dawać mega kopa!
Wyobraźcie sobie świat gdzie tak właśnie jest:

- Ej stary Kaśka jest w ciąży, słyszałeś?
- Dobrze, pomoże mi przy remoncie.

- Mamo, jestem w ciąży.
- Chwała bogu. Teraz już nie wywiniesz się od pomocy mi w pracach domowych.

- Szefie, jestem w ciąży.
- Nie będę płacił za nadgodziny...

Nie byłoby fajniej? 

środa, 8 października 2014

Nic mi nie jest!

7 tydzień. Wcześnie. Fasola jest jeszcze na tyle mała, że nic po mnie nie widać. O sprawie wiedzą tylko wtajemniczeni. Jak to łatwo jeszcze wszystko ukryć. Wystarczy zachowywać się normalnie, chodzić kulturalnie na zajęcia i w skrytości cieszyć się swoim sekretem. Tak to sobie wyobrażałam... Przecież nikt na początku nie musi wiedzieć. Ciąża nie choroba, dam sobie spokojnie radę. Nah, co to dla mnie? Nie jestem byle mimozą, żeby mdleć i rzygać ciągle po kątach.
No cóż. Nie raz już się w życiu przekonywałam, że mój własny obraz siebie jako niepokonanej-kobiety-Rambo gdzieś tam się rozmywał w proszę-pomóż-mi-jestem-biedną-zagubioną-sierotką. Niemniej jednak pod wieloma względami przejawiam objawy pamięci bardzo krótkotrwałej i zwykle wracałam wyjątkowo szybko do postawy niezwyciężonej i chwalebnej, ponad wszelkimi wątłymi niewiastami.
Tym razem jednak dostałam dość solidną lekcję pokory. Głównie chyba dlatego, że nie miałam bladego pojęcia o ciąży, zanim mnie ona nie dosięgnęła. Bo co może być strasznego? Że mdłości? Oj tam, to że ktoś sobie rzygnie czasem to nie powód do tragedii. Że spać się tak bardzo chce? Co to, to zdecydowanie nie ja! Ja nie ulegnę tak błahym słabościom, nie ma mowy. I w zasadzie na tym kończyła się moja wiedza. Sami widzicie, że ciąża to nie taki straszny stan, nie?
To co na mnie spadło, nijak miało się do tego co (nie) wiedziałam a tzw. objawy ciąży dały mi oooostro popalić.
1. Przede wszystkim towarzyszący od dość wczesnej pory ból brzucha. Niezbyt mocny acz niejednokrotnie upierdliwy.
2. Ból głowy – dopiero zaczyna człowiek rozumieć jak męczący i obezwładniający może być, gdy nagle nie wolno Ci wziąć prochów przeciwbólowych.
3. Senność – jaka senność? To zdrowy tryb życia przecież, żeby kłaść się spać o 20:00... najpóźniej...
4. Nadwrażliwość piersi – wow są teraz super duże! Co z tego jak mój biedny chłopak nie może się nimi nawet nacieszyć bo bolą przy każdym dotyku?
5. Latanie do łazienki co pięć minut – no może nie co pięć minut ale średnio co dwie godziny (w nocy też) gdy nic nie piję i nawet co pół godziny gdy wypiję choć litr czegokolwiek w dzień.
I na koniec dwie wisienki na torcie.
6. „Poranne mdłości”. Zastanawiałam się skąd nazwa. Może dlatego, że trwają od rana do rana? Oj, tak. Wcale nie jest to przypadłość ściśle wczesna lecz, przynajmniej w moim wypadku, są już stałym elementem mojego życia. Koszmarnym, dołującym, odbierającym siły i chęci do czegokolwiek elementem.
7. Wyostrzony zmysł węchu. Niby fajnie, nie? Jak pies człowiek wyczuje wszystko. Szkoda tylko, że to wszystko to zwykle smród śmietnika, kojący zapach brudnego zlewu lub zmywarki, psie gówna na trawnikach, zepsute produkty spożywcze itp., itd.. A wszystko to skutkuje potwornie bolesnymi skurczami żołądka i wymiotami (od niedawna w prawdzie ale jednak).

Więc jak? 7 tydzień? Wcześnie i nic po tobie nie widać? W rzeczywistości to dla mnie drugi tydzień egzystencji gdzieś pomiędzy. Żeby walczyć z mdłościami nie mogę doprowadzić do tego, żebym była głodna (dlatego pewnie rano wydają się najbardziej nasilone). Gdy jednak zgłodnieję, robi mi się tak niedobrze, że nie mogę patrzeć na jedzenie. Do tego zapach kuchni w takich momentach jest nie do zniesienia i nie jestem w stanie przygotować sobie nic nawet na bardzo szybko! Przez to czuję się jeszcze gorzej. Błędne koło. Pozostaje mi zmuszać się do jedzenia (prawie jak gwałt na sobie), lub wegetować biernie pilnując aby nie zapomnieć o oddychaniu, aż chłopak nie wróci z pracy i mnie nakarmi.

Nie wiem jak w tym wszystkim mogę znaleźć te kilka godzin dziennie na wykładach, gdzie wszystko jakoś tak znika. Ach, lecznicze właściwości nauki...

Czas start!

Czy będę „best”? - nie wiem. „Damn”? - pewnie nie raz. Niemniej jednak wysoko kładę poprzeczkę. Bo czemu i nie?
Zanim jednak zacznę przygodę z rodzicielstwem dożyć będę musiała końca ciąży, a że jestem dopiero na starcie to długa przede mną droga. Postaram się wiernie i dokładnie odtworzyć życie ciężarówy na studiach, bo właśnie zaczęłam trzeci rok licencjatu. Samą mnie zżera ciekawość co mi przyniesie ten dziwny okres i wszystkich chętnych zapraszam do towarzyszenia mi na mojej skromnej stronce.