czwartek, 16 października 2014

I co?

Chciałam napisać post o tym jak mi źle i niedobrze, jak mnie męczą torsje i jestem wyczerpana ciągłym bólem brzucha i poziomem zmęczenia. Jak widać jednak nie trzeba się o tym specjalnie rozpisywać, bo wszystko da się zawrzeć w jednym zdaniu. :) Podzielę się zatem moimi rozmaitymi spostrzeżeniami, starając się jak najmniej jednak utyskiwać przy tym na moje samopoczucie.
Przede wszystkim zauważyłam, że im więcej rzeczy mam do zrobienia albo dzieje się dookoła, tym łatwiej znosić wszystkie nieprzyjemne objawy ciąży. Oczywiście wszystko w granicach rozsądku. Dalekie podróże odpadają, ze względu na to, że źle reaguję na jazdę autobusem, ale powolny spacerek jest jak najbardziej mile widziany. Obiad u rodziny, długie zajęcia na uczelni czy wizyta znajomych u nas też zwykle nie sprawiają mi kłopotu. Najgorzej jest jak siedzę w domu i (teoretycznie) nic nie robię. Wtedy wszystko się na mnie potęguje.
Planowałam sobie oczywiście, że w trakcie ciąży będę sumiennie ćwiczyć i rozciągać się i och i ach. Przed ciążą ćwiczyłam w miarę regularnie, dużo jeździłam na rowerze i jako tako dbałam o siebie i sprawność fizyczną. Początek ciąży jednak trochę mnie przystopował. Zwykle po zajęciach nie mogę się do niczego zebrać, lub jestem zbyt zmęczona na to, żeby chociaż machnąć ręką na psa ale liczę na to, że wkrótce się to zmieni. Bądź co bądź, zdaje się, że zaczynam powoli czuć się coraz lepiej i już niedługo planuję wrócić do delikatnych na początku, acz regularnych ćwiczeń.
Ponadto pusty żołądek jest wielkim wrogiem kobiet w ciąży. Na wszelki wypadek wychodząc z domu staram się mieć ze sobą solidną wałówkę, żeby podjadać sobie gdy tylko zacznie mi się robić niedobrze. Liczę na to, że w końcu, regularnymi, drobnymi posiłkami uda mi się zwalczyć karmienie rybek.
Poza tym coraz częściej zastanawiam się w ogóle nad tym co się dzieje. W sensie – jestem w ciąży i jakoś chyba nie dociera do mnie co to tak naprawdę oznacza.
- No... będziesz mamą.
- Ok, no ale co to znaczy?
- No, że będziesz miała bobo.
- Ok, ale co w związku z tym?
- No wiesz, zmieni się kompletnie twoje życie i w ogóle.
I jakoś ostatnio chyba to do mnie nie dociera. Ale nie przejmuję się tym. Przed moim wyjazdem za granicę było podobnie.
- Jak się czujesz przed wyjazdem?
- No nie wiem. Jadę...
- Ale co? Cieszysz się? Boisz się?
- No nie wiem. Jadę. Zobaczę na miejscu.
- I nie boisz się tak na rok jechać do obcego kraju?
- Eeeee... Nie wiem. Nie myślałam o tym. No... jadę.
Praktycznie do momentu wylądowania w UB nie docierało do mnie, że to się faktycznie dzieje. Niemniej jednak byłam na to przygotowana i szybko się zaklimatyzowałam w nowym otoczeniu. Mam wrażenie, że tym razem będzie podobnie. Że do samego końca nie bardzo będę mogła uwierzyć, że naprawdę ma się coś zmienić. A potem po prostu przestawię się z trybu szczęśliwy-posiadać-wolnego-czasu-i-życia-towarzyskiego na szczęśliwy-posiadacz-małego-srajtka.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz