środa, 8 października 2014

Nic mi nie jest!

7 tydzień. Wcześnie. Fasola jest jeszcze na tyle mała, że nic po mnie nie widać. O sprawie wiedzą tylko wtajemniczeni. Jak to łatwo jeszcze wszystko ukryć. Wystarczy zachowywać się normalnie, chodzić kulturalnie na zajęcia i w skrytości cieszyć się swoim sekretem. Tak to sobie wyobrażałam... Przecież nikt na początku nie musi wiedzieć. Ciąża nie choroba, dam sobie spokojnie radę. Nah, co to dla mnie? Nie jestem byle mimozą, żeby mdleć i rzygać ciągle po kątach.
No cóż. Nie raz już się w życiu przekonywałam, że mój własny obraz siebie jako niepokonanej-kobiety-Rambo gdzieś tam się rozmywał w proszę-pomóż-mi-jestem-biedną-zagubioną-sierotką. Niemniej jednak pod wieloma względami przejawiam objawy pamięci bardzo krótkotrwałej i zwykle wracałam wyjątkowo szybko do postawy niezwyciężonej i chwalebnej, ponad wszelkimi wątłymi niewiastami.
Tym razem jednak dostałam dość solidną lekcję pokory. Głównie chyba dlatego, że nie miałam bladego pojęcia o ciąży, zanim mnie ona nie dosięgnęła. Bo co może być strasznego? Że mdłości? Oj tam, to że ktoś sobie rzygnie czasem to nie powód do tragedii. Że spać się tak bardzo chce? Co to, to zdecydowanie nie ja! Ja nie ulegnę tak błahym słabościom, nie ma mowy. I w zasadzie na tym kończyła się moja wiedza. Sami widzicie, że ciąża to nie taki straszny stan, nie?
To co na mnie spadło, nijak miało się do tego co (nie) wiedziałam a tzw. objawy ciąży dały mi oooostro popalić.
1. Przede wszystkim towarzyszący od dość wczesnej pory ból brzucha. Niezbyt mocny acz niejednokrotnie upierdliwy.
2. Ból głowy – dopiero zaczyna człowiek rozumieć jak męczący i obezwładniający może być, gdy nagle nie wolno Ci wziąć prochów przeciwbólowych.
3. Senność – jaka senność? To zdrowy tryb życia przecież, żeby kłaść się spać o 20:00... najpóźniej...
4. Nadwrażliwość piersi – wow są teraz super duże! Co z tego jak mój biedny chłopak nie może się nimi nawet nacieszyć bo bolą przy każdym dotyku?
5. Latanie do łazienki co pięć minut – no może nie co pięć minut ale średnio co dwie godziny (w nocy też) gdy nic nie piję i nawet co pół godziny gdy wypiję choć litr czegokolwiek w dzień.
I na koniec dwie wisienki na torcie.
6. „Poranne mdłości”. Zastanawiałam się skąd nazwa. Może dlatego, że trwają od rana do rana? Oj, tak. Wcale nie jest to przypadłość ściśle wczesna lecz, przynajmniej w moim wypadku, są już stałym elementem mojego życia. Koszmarnym, dołującym, odbierającym siły i chęci do czegokolwiek elementem.
7. Wyostrzony zmysł węchu. Niby fajnie, nie? Jak pies człowiek wyczuje wszystko. Szkoda tylko, że to wszystko to zwykle smród śmietnika, kojący zapach brudnego zlewu lub zmywarki, psie gówna na trawnikach, zepsute produkty spożywcze itp., itd.. A wszystko to skutkuje potwornie bolesnymi skurczami żołądka i wymiotami (od niedawna w prawdzie ale jednak).

Więc jak? 7 tydzień? Wcześnie i nic po tobie nie widać? W rzeczywistości to dla mnie drugi tydzień egzystencji gdzieś pomiędzy. Żeby walczyć z mdłościami nie mogę doprowadzić do tego, żebym była głodna (dlatego pewnie rano wydają się najbardziej nasilone). Gdy jednak zgłodnieję, robi mi się tak niedobrze, że nie mogę patrzeć na jedzenie. Do tego zapach kuchni w takich momentach jest nie do zniesienia i nie jestem w stanie przygotować sobie nic nawet na bardzo szybko! Przez to czuję się jeszcze gorzej. Błędne koło. Pozostaje mi zmuszać się do jedzenia (prawie jak gwałt na sobie), lub wegetować biernie pilnując aby nie zapomnieć o oddychaniu, aż chłopak nie wróci z pracy i mnie nakarmi.

Nie wiem jak w tym wszystkim mogę znaleźć te kilka godzin dziennie na wykładach, gdzie wszystko jakoś tak znika. Ach, lecznicze właściwości nauki...

2 komentarze:

  1. Zaczynam czytać od początku, choć z czasem krucho, ale będę tu zerkać, uwiodłaś mnie tym opisem i pomyśleć, że mnie to wszystko minęło, bo jakimś cudem o ciąży dowiedziałam się w 12 tygodniu. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo mi miło :) Cóż, u mnie nie dało się przeoczyć faktu bycia w ciąży. W 12 tygodniu dopiero zaczynałam czuć się lepiej.

      Usuń