środa, 28 stycznia 2015

Jestem leniem

Nie znoszę siebie. Oczywiście nie cały czas. Tylko w tych niektórych dniach, gdy to nie jestem w stanie do niczego się zebrać a powinnam. I ta przeklęta prokrastynacja. Modne ostatnio słówko, którego nie znoszę, nie wiem czy bardziej przez jego brzmienie czy znaczenie. Zawsze tak miałam, że uczyłam się na ostatnią chwilę. I nigdy jakoś nie mogłam się przełamać, żeby to zmienić bo w 99% przypadków to po prostu działało. Więc po co? Oczywiście przysparza to mnóstwo stresu i taką nagłą panikę: "potrzebuję jeszcze z pół dnia, żeby wszystko ogarnąć na spokojnie, przecież mogłam do tego usiąść wczoraj!". Summa summarum jednak wszystko zawsze się dobrze kończyło a moja zapora psychiczna ignorowała traumatyczne wspomnienia z okresu przedegzaminowej paniki. Tak więc prokrastynacja w moim przypadku działała zawsze i niestety niezawodnie.
Lenistwo za to przypada na okresy gdy nie muszę niczego szczególnego robić, mam ferie/wakacje, jestem chora itp., itd.. I tego lenistwa bardziej nie znoszę niż odkładanie wszystkiego na ostatnią chwilę. Gdy tylko skończy się dzień, a ja nie jestem w stanie stwierdzić, co właściwie pożytecznego, sensownego czy kreatywnego zrobiłam łapię kompletnego doła. Nie, zdecydowanie nie jestem typem człowieka, który może z uśmiechem na ustach przez cały dzień obejrzeć wszystkie sezony jakiegoś serialu, wlepiać się w telewizor czy oglądać śmieszne koty w internecie i uważać po tym, że był to dobry dzień. Dla mnie jest to stracony dzień, którego już w żaden sposób nie odzyskam. A tyle rzeczy można by przecież w międzyczasie zrobić.
Lecz spotkało mnie to szczęście, że trafiłam pewnego słonecznego dnia na moją miłość, która dość szybko nauczyła mnie prostej metody motywacyjnej. Tak oto dziś (po dwóch dniach odkładania wszystkiego na potem i użalania się nad swoim lenistwem) ponownie wróciłam do sposobu, który pokazał mi M. Zrobiłam uroczą listę rzeczy, które mogę zrobić każdego dnia i są to rzeczy pożyteczne, sensowne i kreatywne, i za zrobienie każdej z tych rzeczy dostaję punkty (różne w zależności od wielu czynników). Dodałam też listę rzeczy za niezrobienie których w danym dniu, też dostaję punkty (może będzie mnie to trzymać z dala od internetów). Oczywiście można też robić codziennie nowe listy z rzeczami które są aktualnie ważne lecz mnie taka ogólna raczej powinna na razie wystarczyć.
Tak więc żegnam lenistwo i niechciejstwo i biorę się za siebie. A co z punktami? Cóż, każdy może sobie sam wymyślić jaka ma go czekać nagroda za uzbieranie odpowiedniej liczby punktów. Czy zafunduje sobie fajnego ciucha, wyjście do kina lub teatru, nową grę, książkę, wypad do SPA czy do fajnej knajpy to bardzo indywidualna sprawa. 
Niemniej jednak ja chyba źle znoszę te momenty gdy muszę dłuższy czas siedzieć w domu i nie mam żadnego zajęcia. Nie wyobrażam sobie siedzieć przez te dziewięć miesięcy na zwolnieniu lekarskim tak jak to robią niektóre ciężarne. Jasne, że czasem nie ma wyjścia i sprawa jest poważna ale chyba bym osobiście zwariowała. Ba! dziewięć miesięcy... Ja bym chyba już po dwóch zwariowała. Cieszę się, że mam swoje studia.


niedziela, 25 stycznia 2015

Krnąbrne łóżeczko

Wspominałam już chyba wcześniej, że zakupiliśmy już łóżeczko dla Fasolki. Z kilku powodów zdecydowaliśmy się na turystyczne, składane zamiast standardowe drewniane. Wydawały się one ładniejsze, poręczniejsze, bardziej wielofunkcyjne i bezpieczniejsze dla dziecka, które przez brak drewnianych desek, nie ma się o co uderzyć. Dziś postanowiliśmy je rozłożyć na próbę i zobaczyć ile będzie faktycznie zajmować miejsca i o ile mniejszy materac do sypialni musimy sobie kupić. Teraz mamy burżujski 160x200 na którym mogłoby się na upartego i sześć osób zmieścić. Nie dziwota, że przywykliśmy do przestrzennych, sypialniowych luksusów. Szczęśliwie będziemy mogli pozwolić sobie na nowy niewiele krótszy bo powinien bez problemy wejść razem z łóżeczkiem materac o szerokości 140cm.
Wracając jednak do samego łóżeczka, to okazało się ono bardzo nieskore do współpracy. Z instrukcji wynika, że wystarczy je rozłożyć, pociągnąć najpierw za poprzeczne, górne boki, potem za te podłużne i wszystko się cacuśnie zablokuje i będzie stało. Wygląda na to, że nawet jedna osoba powinna sobie z tym poradzić w trzy minuty. Jednakże poprzeczki miały gdzieś to czy się je ciągnie, szarpie, bije czy obrzuca je obelgami. Oczywiście nie wszystkie tylko trzy, kompletnie nie chciały się złożyć i wisiały cały czas smętnie, sprawiając, że łóżeczko składało się do środka. Ostatnia poprzeczka zablokowała się zaraz po wyjęciu z pudełka i ona z drugiej strony nie chciała drgnąć nawet odrobinę, żeby się później złożyć.
Trochę zagubieni i poirytowani siedzieliśmy kilka minut nad łóżeczkiem, którego już ani złożyć, ani rozłożyć się nie dało. I jak tu nawet to zareklamować i odesłać, jak ta przeklęta poprzeczka nie chciała ani drgnąć?
Zrezygnowana zapytałam o radę wujka googla, który trochę mnie pocieszył. Choć w zasadzie nie wiem, czy fakt iż co druga osoba zakupująca tego typu łóżeczko ma podobne problemy, powinien być pocieszający. Jednak kierując się drobnymi radami osób, które przed nami już przeszły to piekło, udało nam się ostatecznie dziada złożyć. I wygląda naprawdę fajnie, ładnie i poręcznie. I chyba będzie tak musiało wyglądać przez najbliższe cztery miesiące... na środku naszego mieszkania... bo jak wspomniałam już, złożyć się go nie da...
Trochę utrudnia całą sprawę fakt, że zajmuje połowę M6 a miejsce, które dla niego mamy przeznaczone na razie zajmują półki z książkami i część wspomnianego wyżej materaca. Ale na dziś przynajmniej kapitulujemy. Niech sobie tu stoi i straszy. Może jutro uda nam się je jakoś złożyć.



czwartek, 22 stycznia 2015

Nie mogę spać

No, nie mogę spać i akurat to nie trwająca sesja spędza mi sen z powiek. Po prostu nie mogę znaleźć sobie pozycji do spania.

"Będziesz się budzić w nocy, brzuch będzie ci przeszkadzał w znalezieniu wygodnej pozycji. Jeśli sytuacja będzie ci się wydawać beznadziejna, pamiętaj, że z czasem będzie coraz gorzej."

Taką poradę znalazłam na jednym portalu i jeszcze bardziej mnie ona dobiła. Nawet nie chcę wiedzieć co oznacza jeszcze gorzej. Przez calutkie swoje życie spałam na brzuchu i teraz czuję się naprawdę zrozpaczona gdy muszę z tego zrezygnować. Jasne, Pan Wałek nieco pomaga ale ja po prostu... nie umiem spać inaczej. Próbuję znaleźć jakąś pozycję pomiędzy leżeniem na brzuchu i na boku.

Zwykle przyjmuję pozycję jak ta środkowa na zdjęciu i udaje mi się tak przespać przynajmniej część nocy. Oczywiście bez głowy na poduszce bo potwornie nie lubię poduszek. Nigdy nie spałam z poduszką (chyba, że miałam się do niej przytulić) i chyba to też jest teraz moim dużym problemem. Śpiąc na brzuchu nie potrzebna jest do niczego poduszka, ale śpiąc na boku głowa opada jakoś tak dziwnie i niewygodnie. A jak już nawet próbowałam podłożyć sobie poduchę pod głowę i zasnąć na boku to potem budziłam się ze strasznie bolącym uchem... No i co zrobić z rękoma? Leżąc na brzuchu mogę je porozwalać jak mi się żywnie podoba a leżąc na którymś boku jedna ręka pozostaje zawsze trochę zgnieciona. To nie fajne. To takie nie dla mnie.
Do tego wszystkiego dochodzą jeszcze ograniczenia co do pozycji jakie mogą przyjmować ciężarówy podczas snu. Nie wolno spać na brzuchu (z oczywistych przyczyn), nie wolno na plecach (bo macica uciska aorty, czy coś tam i się może Fasola udusić) i nie powinno się na prawym boku (z podobnych przyczyn co jak przy leżeniu na plecach ponoć). Najlepiej spać sobie bardziej lub mniej wygodnie na lewym boku.

W efekcie tego wszystkiego bardzo źle mi się śpi. Nie dość, że budzę się prawie co godzinę, żeby pójść do łazienki (naprawdę aż do 5-8 razy w ciągu nocy), to w pewnym momencie jestem już tak zmęczona spaniem w jakichś dziwnych pozycjach, że zwykle budzę się długo przed budzikiem i czekam na ranek, żeby można było już nie leżeć w łóżku. No niby mogę wstać i zacząć coś robić, ale nawet zwykle leżenie (nawet jeśli bardzo się przy tym kręcę) jest choć trochę relaksujące i może stanowić drobną namiastkę snu. Do tego oczywiście dochodzą dziwaczne sny, w których coraz częściej pojawia się Fasolka. Chociaż ze wszystkich moich snów, te z Fasolką są chyba nawet najciekawsze i najprzyjemniejsze.

Ponadto skończyłam już 23 tydzień ciąży a to dość ważny termin. Wcześniaki urodzone w szóstym miesiącu (czyli jakoś tak od 22-23 tygodnia właśnie), mają już szansę przeżycia. Szansa ta będzie teraz bardzo gwałtownie rosła z każdym kolejnym tygodniem i to jest już bardzo uspokajające. Broń boże nie planuję wcześniaka, lecz sama myśl o tym, że w razie czego już Fasolka jest wstanie przeżyć poza moim brzuchem jest bardzo pocieszająca. 

Chociaż ja nadal widzę swoje palce...

wtorek, 20 stycznia 2015

Chora Mama i sesja za pasem

Przeziębienie? Dobry żart. Po roku w Mongolii gdzie przez 6 miesięcy temperatura nie weszła na plus ani razu powinnam być zahartowana na najbliższe trzy lata co najmniej. No i cieplutko się przecież ubieram. Co zatem? Zatem mój żołądek odmówił w niedzielę współpracy i stwierdził, że świństwa jem a on świństew nie lubi. Nie bardzo niestety wiem co mu zaszkodziło, bo akurat dzień wcześniej nie jadłam nic co było szczególnie podejrzane. Już bardziej mogłabym się takiej reakcji spodziewać po spotkaniu z ambasadorami Azji i Afryki, które organizował mój wydział w zeszłym tygodniu i gdzie ambasady przygotowywały poczęstunki ze swoich tradycyjnych potraw. Ot, cała Azja i Afryka smaków przeszły niezauważone aby w niedzielę nagle zaszkodził mi domowy obiadek. No cóż, i tak bywa.
Sytuacja nie wyglądała zbyt kolorowo bo żołądek postanowił w pewnym momencie nie przyjmować nie tylko żadnych posiłków stałych ale i płynów i gotowa już byłam jechać do szpitala, gdy w końcu trochę odpuścił. I całe szczęście bo bałam się, że będą mnie chcieli zostawić na kroplówce i obserwacji a ja od dziś mam zaliczenia i egzaminy! I może nawet czegoś bym się w szpitalu pouczyła, ale przegapić sesji bym bardzo nie chciała. Nie mam za dużo zaliczeń, więc nie ma tragedii a ja po studencku zamartwianie się zostawiam na ostatnie pięć minut przez egzaminem. Bo po co się stresować? Stres jest bardzo niewskazany, zwłaszcza w moim stanie.
Myślę, że istotniejszą sprawą od sesji jest dalej moja praca licencjacka. Zaliczenie jednego z przedmiotów to oddanie jej części, co z jednej strony mnie cieszy z drugiej niepokoi. Bo i mam jakiś imperatyw, żeby się za to zabrać tak... bardziej, a z drugiej prowadzący chce ode mnie tej części pracy, do której na razie nie mam zamiaru siadać. Bądź mądry i pisz wiersze...
Myślę też, że jest to dobry moment aby zaznaczyć, że na każde pytanie typu: "Jak ci idzie pisanie pracy?", "Zaczęłaś już coś pisać?" itp. będę ostentacyjnie odpowiadać, że nie zaczęłam i nie mam zamiaru zaczynać, niezależnie od stanu faktycznego. Mili moi, jak będę chciała na ten temat porozmawiać to z pewnością zacznę ten temat sama i nie trzeba mi przypominać co trzy miesiące, że jest już coraz mniej czasu.
Jeśli natomiast chodzi Fasolę, to zdaje się, że nie przejęła się zbytnio buntem mojego żołądka i dogadza jak zawsze. Tylko musiałam na kilka dni przejść na trochę lżejszą dietę więc znów mogę zapomnieć o wszelkich dodatkowych kilogramach. Do tej pory wychodzę na 0, jeśli chodzi o przybieranie na wadze i nie wiem czy mam się z tego cieszy czy powinnam zacząć niepokoić. Według średniej powinnam do teraz przytyć 5-7 kilogramów. Czy to tak jakbym te 5-7 kilogramów teraz schudła?
Pomijając jednak wszelkie zdrowotne dywagacje to w naszym domku powoli zaczęła panować atmosfera wicia gniazdka. I tak oto przygotowujemy się do małego przemeblowania, które jest niezbędne aby Fasolce zrobić trochę miejsca w naszym M-6. Dodatkowo zaczęliśmy negocjować porozumienie, na podstawie którego będziemy mieli dzielić się obowiązkami względem Fasolki. Zaproponowałam  żeby podzielić się po równo, czyli jak ja biorę na siebie pierwsze dziewięć miesięcy teraz to Mój Luby mógłby zamienić mnie na następne dziewięć miesięcy i tak dalej. Na razie dyskusja jest otwarta i coś ten mężczyzna kręci na to nosem, ale moim zdaniem propozycja jest uczciwa.

niedziela, 11 stycznia 2015

Półmetek!

Jakoś na Nowy Rok przypadał 20 tydzień więc to już półmetek ciąży. Bliżej nam do końca niż do początku i z czasem wydaje mi się to coraz dziwniejsze. Coś więcej więcej pojawi, coś będzie tutaj płakać, gaworzyć, łazić. Wokół czegoś trzeba będzie chodzić, sprzątać po tym, bawić to i uczyć. No i najfajniejsze! Trzeba będzie temu czemuś kupić wyprawkę a potem całą masę rozmaitych przeuroczych cosiowych ubranek i osprzętu! Przyznaję się, że z przyjemnością oglądam cosiowe działy w sklepach i jakieś to dziwne się wydaje, że zaraz będę brała coś z tamtych półek.
Jeśli chodzi o samą Fasolę to jej hiperaktywność wcale nie spada i tłucze się po moich trzewiach jak oszalała. Coraz częściej zarabia mój biedny pęcherz i czasem aż boję się na samą myśl o dłuższej jeździe autobusem czy wypadzie do hipermarketu. Czasem jak się Fasolka przekręci to nawet jak niewiele mi się zebrało w pęcherzu to czuję tak nieprzyjemny ucisk, jakbym nie załatwiała się od 10-ciu godzin. Staje się to coraz bardziej uciążliwe a dziś w nocy mam wrażenie, że wstawałam do łazienki co pół godziny :/ . Bardzo niefajne. Ważne jednak, że człowiek w brzuchu ma się dobrze. Na ostatnim badaniu wyszło, że ma teraz ok 400g. Długości nie da się już niestety dokładnie określić i lekarz nawet nie próbował. Moja waga w tym tygodniu się w końcu wyzerowała, choć brzusio jest już troszkę widoczny. Tzn., gdyby było lato to nie byłoby już siły go ukryć. Pod bluzami jeszcze wyglądam na zwyczajnie spasioną :).
A po świętach wyglądamy tak:

poniedziałek, 5 stycznia 2015

Kilka powodów dla tórych ciąża zniszczy mi życie

Od czasu do czasu zdarza mi się przeglądać rozmaite fora internetowe i portale dotyczące ciąży i macierzyństwa. A co, dokształcam się. Pisałam już w pierwszych postach, że przez zajściem w ciążę, jak się szybko okazało, nie wiedziałam o niej kompletnie nic. Dlatego też chętnie czytam na temat rozwoju Fasoli, co tam się u niej dzieje i rozmaite relacje mamuś, które już to przeszły szukając podobieństw i różnic do tego jak wszystko przebiega u mnie.
Nie raz jednak zdarzało mi się natrafić na wyjątkowo pejoratywne komentarze dotyczące zarówno matek w ciąży jak i samego stanu ciężarności. To czego się dowiedziałam to przede wszystkim to, że wszystkie przyszłe mamusie zachowują się jak święte krowy i zrobiły sobie dziecko żeby móc się wepchnąć w kolejkę w kasie supermarketu. Bo jak już mają siły iść do sklepu to chyba mogą też wystać w kolejce jak wszyscy inni, nie? No i czego się taka pcha w autobusie? Ma siły rodzić, to może też postać kilka przystanków. A nie daj boże żeby weszła taka do banku albo na pocztę. Trzeba będzie jędzę przepuścić albo ustąpić jej krzesełko w poczekalni. O komentarzach dotyczących mam z wózkami lub małymi dziećmi nie wspomnę bo samą mnie przeraża brak ludzkiej empatii i nawet nie chcę o tym myśleć.
Na szczęście, pomijając te kilka potwornych tygodni na początku ciąży, gdzie ledwo egzystowałam, osobiście czuję się już całkiem dobrze i nie czuję potrzeby wpychania się w kolejki czy wymuszania na kimkolwiek dogadzania mi w ten czy inny sposób. Mam też tego farta, że autobusy, którymi jeżdżę, zwykle nie są zapchane po brzegi i mogę sobie zawsze spokojnie usiąść. I też właśnie na samym początku, gdzie nie było szansy nawet dostrzec brzucha, nie czułam się na siłach aby stać w autobusie w drodze do szkoły lub z powrotem do domu. I nie wiem nawet jak miałabym to ubrać w słowa, gdybym miała kogoś prosić o ustąpienie mi miejsca. Większość ludzi (ja też tak robiłam!) myśli chyba, że to wielki zwalisty brzuch jest dla ciężarnej takim problemem, że jest jej tak ciężko, że nie daje sobie z niczym rady. Ale jest cała masa innych dolegliwości, które dużo bardziej uprzykrzają życie w ciąży i mogą nie wiązać się w ogóle z dodatkowym balastem. Za bardzo jednak odchodzę od tego o czym chciałam pisać.
Tak więc dowiedziałam się również, że ciąża była dla mnie absolutnie najgorszą możliwą życiową decyzją. Bezapelacyjnie zostaną mi potem paskudne rozstępy na brzuchu, udach, pośladkach, piersiach, ramionach, szyi, czubku nosa i piętach. Kobiety, które twierdzą, że ich nie mają KŁAMIĄ. Po karmieniu dziecka mój biust będzie paskudny i obwisły i mój mężczyzna już nigdy ale to nigdy nie będzie chciał się ze mną kochać albo już zaczął sobie szukać jakiejś flądry na boku bo obrzydza go sama myśl o moim ciele po porodzie. Absolutnie nie mam też szansy na odczuwanie przyjemności z seksu po porodzie i najlepiej żeby stało się coś co zmusi bezdusznych lekarzy do zrobienia mi cesarskiego cięcia. Na pewno też już zaczęłam mieć problemy z hemoroidami, które zostaną do końca mojego nieszczęsnego żywota a dojdzie do tego jeszcze nietrzymanie moczu i wstyd w ogóle się ludziom pokazać na oczy bo zaraz zaczną mi garściami włosy wypadać. Obwisły brzuch i żylaki, są tak oczywiste, że nie będę się o nich rozpisywać. Powinnam się nacieszyć tym basenem na który chodzę bo po ciąży już NIGDY nie będę mogła założyć kostiumu kąpielowego i pokazać się ludziom.
Co do samego dziecka, to już może być tylko gorzej. Mogę zapomnieć o tym, że będę mogła się dalej jakkolwiek rozwijać, czy poświęcać czas na moje hobby. Dziecko to 100% poświęcenia przez 24h na dobę przez co najmniej 30 pierwszych lat jego życia. A w ogóle to jestem potworną egoistką bo robię sobie dziecko tylko po, żeby ktoś mi zmieniał pieluchy na starość. Nie ma mowy o podróżach, imprezach, moje życie towarzyskie runie w gruzach i w ogóle to trochę umrę dla społeczeństwa. Parszywie będę tylko wychodzić z maluchem i w godzinach szczytu wpychać się we wszystkie kolejki.
Eh, przepraszam jak wyszło ze mnie trochę jadu ale musiałam gdzieś to wyrzucić. I powtórzę raz jeszcze: przeraża mnie brak empatii wśród ludzi.
Co do wszystkiego co wypisałam powyżej - oby się nic nie sprawdziło i zarówno sobie jak i mojemu lubemu życzę, aby człowiek siedzący mi w brzuchu był dla nas tylko wielkim szczęściem.
Wyłączam ponadto wszelkie fora i strony mając w głowie mądre słowa wypowiedziane przez pewnego lekarza. Zapytany, czy komputer może szkodzić kobietom w ciąży odpowiedział tylko: "Owszem, gdy jest podłączony do internetu".

A na koniec najnowsze zdjęcie Fasolki:

niedziela, 4 stycznia 2015

Święta - Sylwester - Nowy Rok

Po dość długiej przerwie wracam, z brzuchem pełnym lecz niewiele większym niż poprzednio. Pozwoliłam sobie trochę na świąteczne obżarstwo i rada jestem, że i Fasola mi na nie pozwoliła. Wszystko ze względnym umiarem naturalnie. Było rodzinnie, kolorowo i chociaż odrobinę zimowo. Osobiście lubię śnieg i niskie temperatury więc ucieszyłam się na te kilka dni mrozu. Pilnuję jednak, żeby się zawsze ciepło ubierać i absolutnie uwielbiam ciążowe spodnie które są diablo wygodne i zakrywają calutkie nerki, co zawsze było dla mnie problemem. Odpukać, do tej pory nie złapałam żadnego choróbska ani przeziębienia i aby tak pozostało. Może faktycznie ten rok w Mongolii mnie zahartował. Jakby nie było, czuję się dobrze i oby tak już zostało, bo niestety lista leków, które mogę zażywać, jest dość krótka.
Sylwester, kameralnie i planszówkowo zrobiliśmy u nas. Wyszliśmy o północy popatrzeć na fajerwerki lecz trochę się obawiałam, czy nie jest za głośno dla Fasolki i bardziej się skupiałam na szczelnym opatulaniu brzuszka niż podziwianiu. Chyba jednak się nie przejęła tym specjalnie bo cały czas, jak zwykle się wierciła, kopała i skakała na wszystkie strony po swojemu.
A propos tego wiercenia się to już mnie trochę zaczyna męczyć to skakanie po pęcherzu. W łazience pojawiam się jeszcze częściej niż zwykle a czasem to czuję, że mogłabym stamtąd w ogóle nie wychodzić. Już pal licho jak kopnie w pęcherz ale jak się na nim uwali cały to mało przyjemne. A cały jest już chyba całkiem duży bo ma ponad 15 cm od czubka głowy do pośladków a jakby wyciągnął się cały to z 10 cm więcej.
Kontynuujemy także edukację muzyczną Fasolki, choć tym razem w bardziej... po maluszkowemu. Tak więc polecam wszystkim do posłuchania najpopularniejszych rockowych kawałków poprzerabianych na kołysanki dla dzieci. Sama słucham tego z ogromną przyjemnością i nadaje się świetnie do puszczenia sobie jako muzyka w tle:

Rockowe kołysanki

Jeśli chodzi o studia to mimo iż mam teraz świąteczną przerwę to planowałam w końcu na dobre zabrać się za pisanie pracy. Niestety stało się tak, że padł mój ukochany laptop i nadal nie udało się go wskrzesić. Wiem, że to absolutnie idealna wymówka, żeby nic nie robić, niemniej jednak spadły mi morale i motywacja. Im dłużej jednak nic nie robię tym bardzie spadają oba wskaźniki. Błędne koło... Niemniej jednak jest jedna rzecz, która trochę daje mi natchnienie. Mój promotor zapowiedział mi, że postaramy się zrobić wszystko aby obronić pracę i zaliczyć sesję na początku maja abym nie martwiła się niczym już po porodzie. Byłoby świetnie gdyby się tak dało i naprawdę chcę się zebrać w sobie i zrobić to. A potem cieszyć się długimi miesiącami tylko z Fasolką.