środa, 28 stycznia 2015

Jestem leniem

Nie znoszę siebie. Oczywiście nie cały czas. Tylko w tych niektórych dniach, gdy to nie jestem w stanie do niczego się zebrać a powinnam. I ta przeklęta prokrastynacja. Modne ostatnio słówko, którego nie znoszę, nie wiem czy bardziej przez jego brzmienie czy znaczenie. Zawsze tak miałam, że uczyłam się na ostatnią chwilę. I nigdy jakoś nie mogłam się przełamać, żeby to zmienić bo w 99% przypadków to po prostu działało. Więc po co? Oczywiście przysparza to mnóstwo stresu i taką nagłą panikę: "potrzebuję jeszcze z pół dnia, żeby wszystko ogarnąć na spokojnie, przecież mogłam do tego usiąść wczoraj!". Summa summarum jednak wszystko zawsze się dobrze kończyło a moja zapora psychiczna ignorowała traumatyczne wspomnienia z okresu przedegzaminowej paniki. Tak więc prokrastynacja w moim przypadku działała zawsze i niestety niezawodnie.
Lenistwo za to przypada na okresy gdy nie muszę niczego szczególnego robić, mam ferie/wakacje, jestem chora itp., itd.. I tego lenistwa bardziej nie znoszę niż odkładanie wszystkiego na ostatnią chwilę. Gdy tylko skończy się dzień, a ja nie jestem w stanie stwierdzić, co właściwie pożytecznego, sensownego czy kreatywnego zrobiłam łapię kompletnego doła. Nie, zdecydowanie nie jestem typem człowieka, który może z uśmiechem na ustach przez cały dzień obejrzeć wszystkie sezony jakiegoś serialu, wlepiać się w telewizor czy oglądać śmieszne koty w internecie i uważać po tym, że był to dobry dzień. Dla mnie jest to stracony dzień, którego już w żaden sposób nie odzyskam. A tyle rzeczy można by przecież w międzyczasie zrobić.
Lecz spotkało mnie to szczęście, że trafiłam pewnego słonecznego dnia na moją miłość, która dość szybko nauczyła mnie prostej metody motywacyjnej. Tak oto dziś (po dwóch dniach odkładania wszystkiego na potem i użalania się nad swoim lenistwem) ponownie wróciłam do sposobu, który pokazał mi M. Zrobiłam uroczą listę rzeczy, które mogę zrobić każdego dnia i są to rzeczy pożyteczne, sensowne i kreatywne, i za zrobienie każdej z tych rzeczy dostaję punkty (różne w zależności od wielu czynników). Dodałam też listę rzeczy za niezrobienie których w danym dniu, też dostaję punkty (może będzie mnie to trzymać z dala od internetów). Oczywiście można też robić codziennie nowe listy z rzeczami które są aktualnie ważne lecz mnie taka ogólna raczej powinna na razie wystarczyć.
Tak więc żegnam lenistwo i niechciejstwo i biorę się za siebie. A co z punktami? Cóż, każdy może sobie sam wymyślić jaka ma go czekać nagroda za uzbieranie odpowiedniej liczby punktów. Czy zafunduje sobie fajnego ciucha, wyjście do kina lub teatru, nową grę, książkę, wypad do SPA czy do fajnej knajpy to bardzo indywidualna sprawa. 
Niemniej jednak ja chyba źle znoszę te momenty gdy muszę dłuższy czas siedzieć w domu i nie mam żadnego zajęcia. Nie wyobrażam sobie siedzieć przez te dziewięć miesięcy na zwolnieniu lekarskim tak jak to robią niektóre ciężarne. Jasne, że czasem nie ma wyjścia i sprawa jest poważna ale chyba bym osobiście zwariowała. Ba! dziewięć miesięcy... Ja bym chyba już po dwóch zwariowała. Cieszę się, że mam swoje studia.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz