sobota, 28 lutego 2015

Najgorsza rzecz jaką można usłyszeć w ciąży

Pomijając wszelkie ewentualne złe wiadomości, które może przekazać lekarz jest coś i czego nikomu nie życzę jest coś co zapewne usłyszała niejedna ciężarna od ukochanej rodziny lub znajomych:

"Zbrzydłaś, więc będzie dziewczynka."

Cóż... dziękuję?
Nie oszukujmy się, powiedzenie komuś, że fatalnie wygląda nigdy nie jest w dobrym guście i nijak nie poprawia samopoczucia, nawet jak ktoś z zapartym tchem owej dziewczynki wyczekuje. Jeśli więc spotykacie jakieś ciężarne to w ich i swoim imieniu powstrzymajcie się od tego typu komentarzy. Najlepiej w ogóle powstrzymać się od przytaczania wszelkich przesądów i ludowych mądrości i dawania doskonałych rad, które sprawdziły się na was, waszych mamach, ciotkach czy stryjenkach waszych przyjaciółek. Jeśli ciężarówa chętnie brnie w ten temat to śmiało, jednak większość z nich z tego co zaobserwowałam, będzie raczej rozdrażniona tym tematem niż wdzięczna za okazaną (w ten sposób) uwagę.
Każda ciąża jest inna i nawet ta sama kobieta może kompletnie inaczej czuć się przy pierwszym i drugim dziecku i mieć kompletnie różne objawy. Tak więc też opowiadanie przyszłej mamie jak to znajoma jej znajomej przez całą ciąże mogła góry przenosić i nie rozumie jak możesz czuć się źle gdy to dopiero początek, nie jest najlepszym pomysłem. Wspominanie o tym, że kiedyś kobieta w ciąży i na polu robiła do samego rozwiązania i nie obijała się na posesji, też odpada. Kobieta ma prawo czuć się w ciąży źle z różnych przyczyn i uważam, że powinno to być uszanowane. To, że rzygam od rana do rana nie jest przecież moim wyborem. To, że wyskoczyły mi pryszcze na całej twarzy i wyglądam jak smarkula z liceum też nie. Na to, że przez zmiażdżone płuca dostaję zadyszki po wejściu na półpiętro raczej też nie mam wpływu.
Tak więc gdybyście mieli obcować z jakąś ciężarówą w miarę możliwości kierujcie do niej głównie miłe słowa i życzenia zdrowia. Będą wam za to wdzięczne bo i tak z wielu powodów mają pod górkę.
Jeszcze jedna rzecz, o której chyba żadna ciężarna nie chce słuchać to choroby. Niezależnie od tego jak ciekawy czy rzadki przypadek spotkał kogoś w waszej rodzinie czy o czym ostatnio wyczytałeś czy z czym tam urodziło się dziecko na południu Indii to zachowaj to dla innych. Wyobraźnia robi swoje a stres w ciągu tych dziewięciu miesięcy raczej chcemy ograniczać.


czwartek, 26 lutego 2015

Czkawka Płodu

Zawsze wydawało mi się, że czkawka spowodowana jest nałykaniem się powietrza gdy ktoś łapczywie je lub przynajmniej coś w tym rodzaju. Skąd więc czkawka miałaby się wziąć u Fasoli, która nawet nie ma jeszcze kontaktu z powietrzem?
Oczywiście czkawka nie koniecznie jest spowodowana nałykaniem się powietrza, lecz samym gwałtownym i łapczywym jedzeniem czy po prostu przepełnieniem żołądka. Tak też się dzieje gdy Fasola zbyt gwałtownie zaczyna łykać wody płodowe. Niemniej jednak było to dla mnie absolutnie zaskakujące odkrycie. Przeczytałam o tym po raz pierwszy już kilka tygodni temu, lecz nic podobnego nigdy nie wyczuwałam i uznałam, że trafił mi się bezczkawkowy egzemplarz. Do czasu gdy kilka dni temu zorientowałam się, że Fasola rusza się tak jakoś... inaczej. Wstrzymała się na chwilę z tym co robiłam i faktycznie, wyraźnie czułam dużo delikatniejsze i miarowe, pulsacyjne puknięcia, które były zdecydowanie inne niż typowe kopniaki. Przechodzi to po kilku minutach i zdarza nam się dość rzadko. Może raz na dzień, jeśli w ogóle.
Myślę, że trudno może być to wyczuć przez rękę na brzuchu bo bardzo zwiększyła się objętość krwi w moim ciele (przez całą ciąże może być to nawet 30-50% więcej!). Tak więc z reguły pierwszą rzeczą wyczuwalną po przyłożeniu ręki do mojego brzucha jest bardzo wyraźny puls przeplatany silnymi kopniakami. Sama czkawka jest bardzo delikatna i mimo iż ja ją czuję wyraźnie to nie jestem pewna, czy ktoś trzeci mógłby ją wyłapać. M. wróci z obozu to sprawdzimy :)

Ja tymczasem przygotowałam piękny skrypt z zajęć szkoły rodzenia, gdzie spisane mam wszystkie mądrości dotyczące opieki nad dzieckiem do ukończenia około jednego roku. Cieszę się strasznie, że jestem o tą wiedzę bogatsza i czuję się z tym teraz dużo bezpieczniej. Mam nadzieję, że nie będę się swojego dziecka bała po porodzie i dam sobie z nim radę bez większych problemów.



wtorek, 24 lutego 2015

Coś się jednak zmieniło

Wspominałam kilka razy już, że odkąd zaszłam w ciążę niewiele się w moim życiu zmieniło. Niewiele ale jednak coś. W skrócie postaram się więc napisać co i dlaczego.

1. Zaczęłam pić.
Jakkolwiek dramatycznie by to nie zabrzmiało to jest całkowicie zgodne z prawdą. :) Przedtem piłam bardzo niewiele. Czasem, szczególnie gdy jadłam sporo owoców, potrafiłam wypić może jedną szklankę wody/soku/herbaty na nawet dwa dni. Sama o sobie mówiłam, że jestem jak wielbłąd i nie mogłam zrozumieć, że naprawdę da się wypić 1 czy 1,5 litra wody (płynów) dziennie. Po prostu nigdy tego nie potrzebowałam jakoś specjalnie i wystarczyło mi to co dostarczam organizmowi w jedzeniu. Zaczęłam jednak pić dla Fasolki. To z jednej strony, żeby mieć pewność, że dobrze się rozwija a z drugiej, żeby zapobiec zatrzymywaniu wody w organizmie co w ciąży tym bardziej byłoby mało przyjemne.

2. Przestałam spać...
... na brzuchu. Już o tym wspominałam wcześniej, lecz jest to dla mnie wielka rewolucja. Całe życie spałam na brzuchu i naprawdę trudno zasnąć mi w innej pozycji. Męczę się nocami i dodatkowo bardzo często budzę się, bo muszę iść do toalety. Noce są teraz dla mnie bardzo przykrymi porami.

3. Zmieniłam nawyki żywieniowe.
Wcześniej z reguły jadłam trzy posiłki dziennie, starając się nawet nie podjadać między nimi. Trzy wystarczyły mi całkowicie i nie ograniczałam się przy nich jakoś specjalnie. Zawsze lubiłam zjeść dużo i dobrze. Teraz jem jakieś... 10 posiłków dziennie więcej. No może przesadzam ale średnio co 1,5 - 3 godziny muszę coś zjeść. Z tego ze dwa posiłki są obiadowe. Z niezadowoleniem też odkryłam, że strasznie mało jest knajpek gdzie dania obiadowe podawane są od 10-tej. Ja uważam, że to idealna pora na pierwszy obiad i Fasolka jest tego samego zdania.

4. Basen.
No właśnie. Zaczęłam coś robić więcej dla siebie i dla swojego ciała. Nie mogłam się długo zebrać, żeby zacząć robić cokolwiek po zajęciach i zwykle tylko jęczałam, że coś bym zrobiła, bo M. ma chociaż swoje treningi a ja nic popołudniami nie robię. To teraz już robię i bardzo się z tego powodu cieszę. Liczę na to, że zostanie mi nawyk chodzenia na basen przynajmniej raz w tygodniu, także po porodzie. Na pewno planujemy chodzić z Fasolką na basen, na zajęcia dla dzieciaczków już od 3-go miesiąca.

5. Zaczęłam czytać babskie fora.
I właśnie to jest to, co akurat uważam za złe w tej całej sytuacji. Z początku była to ciekawość, bo co tydzień sprawdzałam w rozmaitych ciążowych kalendarzach co tam się zmienia u Fasolki. Dość szybko odkryłam też, że kobitki uwielbiają fora i na każdym z nich istnieje po tysiąc najrozmaitszych wątków dotyczących nie tylko ciąży ale i... w zasadzie wszystkiego. A mnie jakoś tak wciąga czytanie życiowych historii, dramatów, internetowych kłótni i dyskusji na kompletnie bezsensowne z reguły tematy. Osobiście się nie udzielam lecz i tak stanowczo za dużo czasu poświęcam na tego typu strony.

To chyba top 5 z tego co akurat przychodzi mi do głowy. Pewnie przypomnę sobie coś jeszcze, lecz jak widać nic z tego nie jest wielką i dramatyczną zmianą mającą nie wiadomo jak ogromny wpływ na moje życie. Może trochę zdrowych nawyków więcej. Może kilka, które są nieco uciążliwe lecz nadal mam wrażenie, że wszystko jest praktycznie tak jak było.

niedziela, 22 lutego 2015

Zostałam sama z brzuchem

Jak w tytule. Albo nie. Zostałam sama z brzuchem i dwoma psami co by mi weselej było. M. pojechał wczoraj na swój długo wyczekiwany obóz sportowy i wróci dopiero w przyszłą niedzielę.
Rozglądam się dookoła po mieszkaniu i słyszę tylko tykanie zegara. I nawet nie ma specjalnie po co na niego patrzeć bo zwykle to i tak sprawdzałam na nim ile zostało czasu do powrotu M. z pracy czy treningu. Teraz mogę popatrzeć najwyżej na kalendarz. No zgoda, trochę mi smutno i samotno. Nie jestem przyzwyczajona do bycia samej w mieszkaniu. Jest to dla mnie bardzo dziwne uczucie i chyba nie do końca się w tym odnajduję. O tak, ten 'zostawiany' ma dużo gorzej niż 'zostawiający'. Jaka ja byłam bezduszna gdy wyjeżdżałam na te 10 miesięcy do Mongolii. I jeszcze mu się dziwiłam co on taki markotny i smutny, zamiast cieszyć się moim szczęściem gdy ja zwiedzam Azję i tyle się dzieje dookoła. 10 miesięcy! Teraz ten czas wydaje mi się kompletnie nie do pojęcia. Jak można wyjechać na tak długo i zostawić umierającą w domu z tęsknoty osobę? Teraz już bym się na coś takiego nie zdecydowała, nawet jakby nie było Fasolki.
Na szkołę rodzenia też pojechałam w tym tygodniu sama. Teraz już w zasadzie mieliśmy omawiany sam poród, więc jeśli M. zdecydowałby się przy nim nie być to nawet nic nie stracił. No ale jakoś tak smutniej samemu gdy wszyscy dookoła tandemowo.

Schodząc jednak z tematu mojej czarnej rozpaczy, trochę teraz o Fasolce, czyli coś o czym nigdy przed zajściem nie słyszałam:

- Lanugo - meszek płodowy pokrywający całe ciało dzieciaczka od ok. 5 do 7-8 miesiąca ciąży. Niektóre noworodki rodzą się pokryte tymi włoskami, lecz wycierają się one samoistnie w ciągu pierwszych dni po porodzie. Jest odpowiednikiem sierści zwierząt.  

- Maź płodowa - lepka substancja pokrywająca ciało płodu i chroniąca go przed wodami płodowymi (aby nie zmiękczyły i nie zmacerowały skóry). Dlatego rodzą się takie obślizgłe...

- Kikut pępowiny - pozostałość po odciętej pępowinie. Taka antenka pozostaje przy pępku dziecka nawet do 6-ciu tygodni po porodzie i należy poczekać aż odpadnie samoistnie.


piątek, 20 lutego 2015

Moja szlachetność.

"Szlachcianka prze! Szlachcianka prze!" - dokładnie taki doping podczas porodu obiecał mi wczoraj M. gdy w rozmowie próbowałam mu wyjaśnić, że cierpienie uszlachetnia. Nie tego się spodziewałam, niemniej jednak rozbawił mnie tym niesamowicie, choć wątpię aby swojego słowa dotrzymał. Nie zdecydowaliśmy się w zasadzie jeszcze czy w ogóle chcemy poród rodzinny. Oboje mamy pod tym względem trochę obiekcji, choć bez wątpienia ma to i swoje dobre strony. Ku własnemu zaskoczeniu odkryłam, że tym co mnie najbardziej skłania do tego, żeby M. był jednak przy mnie to to, że boję się, że się tam zanudzę. Wiem, że może głupio to brzmi ale tyle słyszałam o tym ile porody trwają, że wizja spędzenia na porodówce choćby czterech godzin samej jakoś mnie demotywuje. Wiem, wiem, to nie jest kilka godzin leżenia w łóżku i patrzenia w sufit i zapewne nawet nie będę miała czasu specjalnie o niczym pomyśleć i zacząć się nudzić ale jakoś tego nie widzę. Tak więc fajnie by było mieć kogoś do pogadania. Wydaje mi się, że M. siedzący obok i trzymający mnie za łapkę czy (nie daj Boże) głaszczący mnie po głowie czy po ramieniu tylko działałby mi na nerwy. Sama bym go chyba wyrzuciła stamtąd. I wiem też, że dla niego trudne by było siedzieć tam, patrzeć jak się skręcam z bólu i nic nie móc zrobić. No ale pogadać byłoby z kim. Tak więc kwestia jest jeszcze do rozpatrzenia a i tak pewnie wszystko wyjdzie nagle i bez czasu do zastanowienia, niezależnie od tego co sobie wcześniej wymyślimy. Niemniej jednak wolę, żeby to była jego decyzja. Będzie chciał posiedzieć ze mną to posiedzi, nie to nie.
Ja czuję jednak, że w jakiś sposób tego czasu robi się coraz mniej. Że już niedługo będziemy kończyć kompletowanie wyprawki, że zaraz trzeba będzie zacząć szykować torbę do szpitala, że faktycznie wielka piłka pojawi się w miejscu mojego ślicznego brzuszka. Poza tym, zaczęłam już odczuwać skurcze brzucha. To chyba tzw. skurcze przepowiadające, które mogą zacząć pojawiać się po 20-tym tygodniu ciąży. Zdarzają mi się kilka razy dziennie, zwykle gdy po coś się schylam lub kucam. Brzuch robi się nagle twardy i trwa to kilka sekund. Nie powiedziałabym, że jest to jakoś dokuczliwe. Nie są to bolesne skurcze i w niczym mi w zasadzie nie przeszkadzają. We wtorek idę do lekarza to zapytam się co o nich myśli. Internety twierdzą, że to normalne to i nie przejmuję się zbytnio.
Fasola natomiast chyba świętuje karnawał u mnie w brzuchu. Trochę się spóźniła choć zdaje się, że w ogóle jej to nie przeszkadza. Dokazuje aż miło po kilka ładnych godzin dziennie. Rozpycha się gdzie tylko się da a ja czuje jak mi ręce podskakują gdy opieram je o brzuch czytając książkę. Pociesza mnie jednak to, że godziny, w których jest najbardziej aktywna nie przypadają na noc, jak to ponoć zwykle bywa. Zaczyna tańcować najbardziej nad ranem jak wstaję i wieczorami między obiadem a pójściem do łóżka. Dla nas jest to o tyle pozytywna wiadomość, że podobno noworodki przez jakiś czas po porodzie mają takie same godziny aktywności jak jeszcze w brzuszku i zazwyczaj właśnie jest to środek nocy. Więc może nam się upiecze?

wtorek, 17 lutego 2015

7 miesiąc ciąży

To już. Od tego tygodnia oficjalnie zaczynam trzeci trymestr! Niesamowite jak ten czas leci. A co przynosi? Pokorę.
A no tak. A bo w swojej pysze, z niewiadomych mi obecnie powodów, sądziłam, że w zasadzie to jakoś mi się upiecze. Bom młoda, sprawna, aktywna i w ogóle. Brzuszek niewielki i do tej pory żadnych szczególnie dokuczliwych dolegliwości - poza karmieniem rybek na początku. Tak sobie myślałam, że taka fajna jestem i nie do zdarcia. A bóle pleców? Phi, to może dla kogoś kto faktycznie przytył znacząco a nie ja, ze swoimi dwoma kilogramami więcej. A jednak. Nie zauważyłam u siebie lordozy, charakterystycznej dla ciąży i też nie czuję, żeby mnie brzuch ciągnął specjalnie do przodu lecz bóle pleców pojawiają się i są bardzo mało przyjemne. Lecz występują tylko w momentach gdy długo siedzę lub leżę w konkretnych pozycjach. Niestety co do leżenia to nie mam alternatywy. Muszę spać na boku, niezależnie od tego jak bardzo by mnie to męczyło, dokuczało i jak często budziłabym się przez to w nocy i błagała o to, żeby już było rano i żeby można było wstać i zacząć dzień. A budzę się nieustannie co pół godziny lub godzinę. Nie mam potem najmniejszych problemów z zaśnięciem i nie przeszkadza mi się to wysypiać ale często bolą mnie po tym mięśnie.
Druga sprawa to siedzenie na krześle. I to mnie niepokoi. Bo jak sobie siedzę teraz w domu i mam ferie to z krzeseł prawie nie korzystam, pomijając posiłki. I jakie było wczoraj moje zaskoczenie, gdy usiadłam do pracy twórczej przy lapku i wstałam po dwóch godzinach naprawdę cierpiąc. Od razu złapałam youtube w panicznym poszukiwaniu ćwiczeń, które mogą pomóc i chwała bogu znalazłam je bez problemu. Tak więc chyba daruję sobie na razie moje codzienne kardio i skupię się na ćwiczeniach rozciągających. W zasadzie dla mnie to ważne, żeby w ogóle się ruszać. Ale co będzie potem na zajęciach?
No i grzechem byłoby nie wspomnieć o kochanym M., który dzielnie robi mi masaże pleców, których nauczyliśmy się na szkole rodzenia. Gdzie ja bym drugiego takiego znalazła?
To tyle o mnie a co u Fasoli? Dawno o niej nie wspominałam.
Fasola może mieć już nawet 30cm i ważyć ok kilograma. Wszystkie zmysły w zasadzie już działają więc może sobie wąchać wody płodowe i otwierać oczy. I cóż, ono naprawdę "oddycha" wodami płodowymi. To dla mnie trochę magia ale dziecko ćwiczy oddychanie na wodach płodowych. Płuca natomiast zaczynają wytwarzać  surfaktant czyli substancję, która zapobiega zapadaniu się i sklejaniu pęcherzyków płucnych po porodzie. Więc jakby Fasola postanowiła wyjść na światło dzienne teraz to w zasadzie mogłaby już sama oddychać. Glutek jakoś niedługo powinien też obrócić się główką w dół i pozostać tak już do porodu. Zobaczymy niebawem co o tym myśli bo między 28 a 32 tygodniem ciąży będziemy mieć ostatnie ciążowe USG na którym będzie można podejrzeć jak Fasolka jest ułożona.
Tymczasem u nas koniec ferii i od jutra znów uczelnia. Chyba jednak nie powinnam marudzić bo przynajmniej dla mnie ten semestr będzie chyba najkrótszym z możliwych.
surfaktant

http://www.poradnikzdrowie.pl/ciaza-i-macierzynstwo/ciaza-miesiac-po-miesiacu/kalendarium-ciazy-ii-trymestr-13-26-tydzien-ciazy_35865.html?page=4&

niedziela, 15 lutego 2015

Chłopcy też bawią się lalkami

A właśnie. Jak wspominałam ostatnio, mieliśmy się przygotować, że na szkole rodzenia będziemy omawiać pielęgnację noworodka, a co za tym idzie, ubieranie go. Tak więc zapakowaliśmy nasze nowe, piękne ubranka do plecaka i pojechaliśmy zdobywać wiedzę. Pomijając całą teorię, na koniec mieliśmy chwilę praktyki i mieliśmy sami ubrać "lalkodzieci", zgodnie z tym co usłyszeliśmy wcześniej. Z toreb i plecaków dookoła wysypały się różowe i niebieskie pajacyki i co poniektóre, tak jak nasze, dość jasne i nieokreślone. I przystąpiliśmy do działania. Tzn., w naszym wypadku do działania przystąpił M. gdy ja miałam tą radość powtarzać mu co chwila "teraz się nie ruszaj" i strzelać mu fotki.
 
Same lalki były mało urodziwe, strasznie ciężkie (jak dla mnie) i ponoć zdecydowanie mniej elastycznie niż typowy noworodek. (Pani zapewniała nas, że prawdziwym noworodkom zginają się łokcie i kolanka.)
Poza tym, wczoraj był pierwszy dzień od jakiegoś czasu gdy mieliśmy go całkiem dla siebie. Postanowiliśmy wybrać się więc razem do kina lecz niefortunnie trafiliśmy na walentynki. Nic nie mam do samego święta, tylko trochę bieda z tym kinem. Dwa dni wcześniej już chciałam zrobić rezerwację, żeby zająć sobie jakieś przyzwoite miejsca, lecz doznałam niemiłego zaskoczenia. 
1. W kinach w walentynki grali prawie tylko "50 twarzy Grey'a". Niektóre kina w ogóle nie grały seansów, które nas interesowały a nawet jeśli to tylko raz tego dnia i...
2. ...nie można było robić rezerwacji.
Tak więc bilety na "Teorię Wszystkiego" mieliśmy kupione już dwa dni wcześniej bo obawiam się, że gdybyśmy kupowali w walentynki przed wejściem na salę to utonęlibyśmy w kolejkach i może nie dostalibyśmy biletu (w końcu to był tylko jeden jedyny seans tego dnia). Bardzo naiwna byłam. 
Maleńka sala, w której byliśmy była może w połowie zapełniona? Tak, naprawdę wszyscy tego dnia szli na "Grey'a".
Ja jednak gorąco polecam "Teorię Wszystkiego" i uważam, że jest to zarówno dobra biografia jak i przesympatyczny film o miłości. Bardzo udany wybór jak na walentynki.



czwartek, 12 lutego 2015

Słodko-słodkie i... za słodkie

Test obciążenia glukozą za mną. Ale co to w zasadzie za dziwny twór? Badanie krwi? Nieee... Trzy badania krwi - takie combo. Ale od początku.
Między 24 a 28 tygodniem ciąży przeprowadzany jest ów test obciążenia glukozą (50g lub 75g w zależności od decyzji lekarza prowadzącego). Ma on za zadanie wykryć lub wykluczyć mogącą pojawić się w ciąży cukrzycę, która dotyka ponoć ok 3% ciężarnych. Na badanie trzeba oczywiście stawić się na czczo ale nie to jest najgorsze. Po pierwszym pobraniu krwi dostajemy do wypicia obrzydliwie słodką miksturę i... czekamy godzinę. Po godzinie ponownie pobierają nam krew i... ponownie czekamy godzinę. Przez cały ten czas oczywiście nic nie jemy. Wspominałam już o tym, że słodycze nie są moją ulubioną przekąską w ciąży? A o tym, że jadam co 1,5 lub 2 godziny bo w innym wypadku zaczynam trawić się sama?
Przyznam, że strasznie panikowałam przed tym testem. Nic nie jeść? I to takie słodkie? Na szczęście jednak diabeł nie okazał się taki zły i całkiem nieźle zniosłam ten czas siedząc sobie na wygodnej kanapie w punkcie pobrań. Niemniej jednak cieszę się, że mam to już za sobą. A wyniki przyszły jeszcze tego samego dnia i wygląda na to, że jest bardzo dobrze. Dzisiejszy tłusty czwartek chyba jednak sobie daruję.
Ponadto wybraliśmy się wczoraj z M. na drobne zakupy. Na najbliższej szkole rodzenia mamy mieć zajęcia z ubierania i kąpania dzieciaczków i mamy przynieść ze sobą jakieś ubranka. Zatarłam więc łapki i ruszyliśmy na żer. W pierwszej kolejności odwiedziliśmy pobliskie Tesco bo nie raz przeglądałam tamtejszą ogromną kolekcję ubranek wyczekując dnia aż coś w końcu z tego wybiorę dla Fasolki. Skończyło się jednak na tym, że weszliśmy i... wyszliśmy z niczym. Jednak spotkania, na które zdarzyło nam się pójść i posłuchać na nich mądrych ludzi na coś się przydały. Bo może i ubranka w Tesco są przesłodkie ale kompletnie niepraktyczne. A nam bardzo zależy aby wszystkie ubranka były rozpinane po całości a takich niestety nie mają. Poszliśmy więc do znajdującego się w tym samym pasażu Świata Dziecka i tutaj dopiero dostaliśmy to czego szukaliśmy. I może nie były to ubranka równie słodkie lecz na pewno zdecydowanie praktyczniejsze.
Z resztą oceńcie je sami:
No i staraliśmy się celować w dość uniwersalne kolory. Nie wiem czy misie lub wieloryby są przeznaczone specjalnie dla chłopców czy dziewczynek. Liczę w skrytości ducha, że nie.

wtorek, 10 lutego 2015

Masaże i przemeblowania

W tym tygodniu na szkole rodzenia uczyliśmy się robić masaże. Tzn. uczyli się nasi mężczyźni bo masowane mają być ciężarówy. Bo bóle pleców, nóg, barków, skurcze... Ktoś musi o nas dbać w końcu. Miły pan fizjoterapeuta pokazywał jak zrobić prosty masaż, który może złagodzić niektóre nieprzyjemne objawy ciąży. A może źle się wyraziłam. Chodziło o masaż, który może złagodzić nie tylko nieprzyjemne objawy ciąży ale też bóle spowodowane złą postawą czy nadmiernym przeciążaniem mięśni. Myślę, że mój mężczyzna nie będzie się specjalnie rzucał gdy i ja będę chciała zrobić mu czasem masaż. I skurcze! Miły pan pokazał nam również jak szybko można z czyjąś pomocą poradzić sobie ze skurczem łydki.
Siedząc w sali pomyślałam sobie: "E, ja to sobie sama daję radę jak tylko czuję, że może mnie złapać i wcale nie zdarza mi się to często".
Dziś rano gdy szybko zerwałam się do wyjącego budzika i poczułam potworny ból w nodze pomyślałam: "Ratuj człowieku, widziałeś jak to się robi!" A M. złapał mnie w pełni profesjonalnie za nóżkę i po kilku sekundach wszystko ustąpiło jak ręką odjął. Dla mnie magia...
Więc jeszcze raz muszę przyznać, że szkoła rodzenia, to naprawdę fajny wynalazek. Cieszę się, że mamy jeszcze trzy weekendy przed sobą.
Jeśli chodzi jednak o moje dolegliwości to nie jest źle. Ostatnio w prawdzie czasem zaczynają mnie pobolewać plecy gdzieniegdzie lecz chyba zwaliłabym to na przymus spania na boku (do czego nie jestem kompletnie przyzwyczajona) niż na niewyobrażalne przeciążenie kręgosłupa. Nie czuję kompletnie dodatkowych kilogramów. Chwała bogu wcale nie ma ich dużo i jak dla mnie - niech tak pozostanie.
Bardziej martwię się o starzejącego się pieska pod moim dachem niż o siebie. No niestety, w ostatnich tygodniach bardzo pogorszył się stan stawów biodrowych u Hermesika i trzeba go często asekurować gdy podnosi się z podłogi czy chodzi po czymś śliskim. Do tego, najprawdopodobniej spowodowane jakąś alergią strupki pojawiające się na całym ciele. Codziennie wieczorem leki i smarowanie maściami. Ale mam teraz ferie to staram się poświęcać mu więcej czasu i dać jeszcze dużo radości z życia.
Jeśli jednak chodzi o przemeblowanie, to akurat Hermesowi chyba najlepiej nie zrobiło. Staramy się już zacząć podporządkowywać M6 pod nowego lokatora i w końcu udało nam się zrobić miejsce na łóżeczko. Z sypialni wyleciał nasz wielki materac i zagościła tam dużo węższa kanapa. Psu z chorymi stawami trudniej się wspiąć na kanapę ale jakoś sobie dajemy radę póki co. Więcej miejsca zrobiło się też nagle w salonie a będzie jeszcze lepiej bo to nie koniec naszych działań. Trochę nie mogę się doczekać efektu końcowego. Myślę, że będzie naprawdę fajnie. I przyjaźnie zarówno dla zwierząt jak i dzieci.

piątek, 6 lutego 2015

Atak

Zostałam ostatnio brutalnie zaatakowana i przesyłam filmik z całego zdarzenia. Tzn. nie z całego bo trwało to calusieńki wieczór ale jak ktoś sobie zapętli to mniej więcej będzie całe.

video

Od razu odpowiem też może na nasuwające się zapewne większości pytanie:
- nie to nie boli (bywa jednak potwornie nieprzyjemne jak się tak z całej pety dostanie w pęcherz).

No i 25 tydzień już u nas :) Już niewiele ponad trzy miesiące zostało. No i z radością oznajmiam, że wróciłam do ćwiczeń. Oczywiście nie szaleję z 40-sto minutowymi programami i postanowiłam darować sobie brzuszki ale you tube oferuje nam całą masą rozmaitych ćwiczeń dla ciężarówek więc jest w czym przebierać. Tak więc do basenu dodajemy regularne, krótkie treningi w domu. Bo czemu nie?


A to my w szóstym miesiącu. Da się schować pod bluzą. (Przepraszam za jakość.)



środa, 4 lutego 2015

24 przemyślenia na 24 urodziny

24 przemyślenia na 24 urodziny

Postaram się krótko, zwięźle i na temat, bez zbędnego filozofowania. Kolejność przypadkowa.

1 Pieniądze szczęścia nie dają.
Nie one są najważniejsze w życiu. Nie kupimy za nie zdrowia czy szczerej przyjaźni.

2 Ciesz się.
Wszystkim. Tym, że masz dwie sprawne nogi, kogoś, do kogo można się przytulić, czy własne łóżko z dachem nad głową.

3 Nie bój się.
„Strach to tylko zbędna strata czasu”.

4 Nie mów, że brak Ci czasu.
Zwykle jest to tylko brak chęci lub motywacji.

5 Pieniądze dają dużo szczęścia.
Szczególnie gdy umożliwiają nam spełnianie marzeń czy zwykłe godne życie.

6 Nie kłam.
„Lepiej powiedzieć najgorszą prawdę, ale prawdę”.

7 Spiesz się powoli.
Gnając często tracimy dużo więcej czasu przez stres i roztrzepanie.

8 Szanuj innych.
„Pamiętaj, że każdy człowiek, którego mijasz na ulicy coś kocha, czegoś się boi, coś stracił i czegoś pragnie.”

9 Płacz jak musisz.
To, że masz emocje nie czyni z ciebie człowieka słabego. To czyni z ciebie po prostu człowieka.

10 Jeździj na wakacje poza sezonem.
Mniej ludzi, niższe koszty, więcej dla Ciebie.

11 Ruszaj się.
Po postu – ruch to zdrowie.

12 Podróżuj.
Żeby dowiedzieć się więcej. Żeby lepiej rozumieć i przekonać się, że „tamto” istnieje naprawdę.

13 Czytaj.
Żeby dopieścić czasem swoją wyobraźnię i oderwać się od (szarej, codziennej) rzeczywistości.

14 Rób to co kochasz.
Masz prawo czerpać z życia radość.

15 Miej cel.
Znajdź sobie coś co będzie Cię nakręcać, dawać siłę i motywację.

16 Ciesz się oczekiwaniem i działaniem.
Gdy już dobijesz do celu, zwykle wszystko się kończy. Póki coś trwa możemy się tym cieszyć.

17 Nie ma ludzi niezastąpionych.
Ty też nie jesteś pod tym względem wyjątkowy. Świat sobie bez Ciebie poradzi więc jak czujesz, że musisz – odpuść.

18 Skończ co zacząłeś.
Żeby uniknąć frustracji i zdać sobie sprawę z odpowiedzialności.

19 „Nie przejmuj się rzeczami, na które nie masz wpływu -
Bo zwariujesz”

20 Nie jesteś lepszy od innych.
Jesteś inny. Nie pozwól dać się zjeść przez pychę.

21 Chcieć to móc.
Tylko czasem trzeba coś w tym celu zrobić a nie tylko siedzieć w fotelu i chcieć.

22 Niczego nie żałuj.
Cokolwiek się stało doprowadziło Cię to do tego kim jesteś teraz. Wyciągaj wnioski i ciesz się bogactwem doświadczeń.

23 Za 20 lat bardziej będziemy żałować tego, czego nie zrobiliśmy niż tego co zrobiliśmy.
Odwagi!

24 Ciesz się chwilą.
To co masz teraz już do Ciebie nie wróci. Nie żyj w oczekiwaniu na weekend, święta, urlop czy 30 urodziny. Żyj tak jakby dziś był ostatni dzień Twojego życia. Pełnią.

I na koniec:
Co powiedzielibyście sobie sprzed 10 lat? Jaką dalibyście sobie radę?
I jak myślisz, co powiedziałby Ci Ty z 2025 roku, gdyby mógł?

Może wyszło trochę filozoficznie ale myślę, że to dobra refleksja.






poniedziałek, 2 lutego 2015

Szkoła Rodzenia

Minęły nam wczoraj drugie zajęcia i cóż... nie jest to to, czego się spodziewałam po szkole rodzenia. Jest to za to to co bardzo chciałam usłyszeć! Więc z mojej strony (jak i ze strony mojego lubego) wielkie ŁAŁ!
Spotkaliśmy się wczoraj z lekarką, która dokładnie opisała nam kolejne etapy jakie przechodzi dziecko do mniej więcej pierwszego roku. Wytłumaczyła co i jak się zmienia, jak rozwija, kiedy dziecko powinno zacząć pełzać, raczkować i w końcu chodzić. Mówiłam o tym jak "pracować" z małym dzieckiem, co robić, czego nie robić, na co zwracać uwagę, jak nie przedobrzyć i jak dać maluchowi odpowiednią dozę samodzielności. Opowiedziała o najczęstszych błędach młodych rodziców zarówno tych wynikających z niewiedzy, chęci pomocy jak i tych przekazywanych w formie ludowych mądrości, które w rzeczywistości nie bardzo się sprawdzają. Opowiedziała nam trochę o tym jakich rzeczy dziecku nie kupować i czego się wystrzegać i ogólnie dostaliśmy ogromną dawkę bardzo życiowej wiedzy. Więc z mojej strony jeszcze jedno wielkie ŁAŁ!
Trochę nam dała do myślenia ta wczorajsza lekcja i myślę, że wpłynie to nieco na ogólny plan przystosowania mieszkania do nowego lokatora. Trzeba się bowiem powoli za to zacząć zbierać. Zgodnie jednak przyznaliśmy, że zmiany, które biorąc pod uwagę to co nam powiedziała pani lekarz, powinniśmy wprowadzić w zasadzie mogą być dla nas bardzo na rękę i spodobał nam się ten plan. Ponadto samo oczekiwanie na dziecko już jest zupełnie inne. Już chce się dostać tego malucha w łapki i zacząć go powoli kształtować. Patrzeć jak się rozwija i móc to wszystko co usłyszeliśmy wprowadzić w życie. A to dopiero drugie zajęcia! Przed nami jeszcze osiem następnych! No chyba nie trudno zauważyć jak pozytywnie mnie one nakręciły.
Ponadto wczoraj wieczorem chyba ostatecznie doszliśmy do porozumienia co do imion i bardzo mnie to cieszy. Jakby nie było, ten temat okazał się być dla mnie dość stresujący i myślę, że mogę się w końcu przestać tym przejmować. Ale jeszcze wszystko przed nami więc nic na razie zdradzać nie będę. 

niedziela, 1 lutego 2015

Sobotnie combo

Czekałam trochę na tą sobotę. Nie jakoś z zapartym tchem i rumieńcami na policzkach bo miałam jeszcze ostatnie egzaminy w tym tygodniu, ale ta sobota była już od jakiegoś czasu zapisana w kalendarzu. No ale sesja już teoretycznie zakończona i u mnie ferie do 18-stego lutego. Długo. Aż żal trochę siedzieć ten cały czas w domu... i pisać pracę.
Wracając jednak do soboty. Więc mieliśmy wczoraj nasze pierwsze zajęcia ze szkoły rodzenia! Zastanawiałam się wcześniej, czy faktycznie są one potrzebne i czy jest sens się zapisywać ale przypomniałam sobie jak sama jeszcze prowadziłam psie przedszkole. I może nie robiliśmy na tych zajęciach z psów K-9 ale do dnia dzisiejszego jestem zdania, że każda osoba, która ma psa po raz pierwszy powinna na takie zajęcia się udać, niezależnie od wielkości, temperamentu czy jego "czystości krwi". Bo ludzie często nie wiedzą w ogóle, że mogą się dowiedzieć czegoś ważnego. Pomyślałam, że może ze szkołą rodzenia będzie podobnie. Że może dowiem się tam czegoś czego w internecie nie znajdę, nie powie mi tego lekarz lub zostanę jakoś wprowadzona w błąd. Dlatego postanowiłam ostatecznie pójść i spotkać się na żywo z innymi ciężarówkami i położną prowadzącą.
Jeśli chodzi o te pierwsze zajęcia to bardziej były one zapoznawcze i "integracyjne" ale podoba mi się panująca na nich atmosfera. Ciężarówy siedzą na głębokich pufkach, towarzyszący panowie za nimi na krzesełkach i jest całkiem miło. Prowadząca wydaje się być miłą i konkretną babeczką. Jest luźno i zapowiada się bardzo ciekawie. Ostatecznie wyszliśmy stamtąd zadowoleni i chętnie pójdziemy tam dziś z powrotem.
Po szkole rodzenia natomiast udaliśmy się na organizowaną przez miesięcznik "M jak Mama" imprezę do Pałacu Prymasowskiego. "Więcej życzliwości dla kobiet w ciąży" miała ponoć zachęcać do ustępowania ciężarówom miejsc w środkach komunikacji, kolejkach i ogólnie wykazywać się w stosunku do nich życzliwością. W zasadzie, jak dla mnie było to po prostu ciekawe spotkanie z konkursami, nagrodami i panelami, które nie koniecznie związane były jakkolwiek z tematem. Nie niemniej jednak było ciekawie i trochę rzeczy przywieźliśmy stamtąd. No dobra, trochę rzeczy, które ostatecznie trzeba będzie jakoś zutylizować, bo chyba nie będę z nich korzystać.A szkoda, bo niektóre rzeczy do wygrania były bardzo ładne. My zgarnęliśmy kremy przeciwzmarszczkowe (dla osób po 30-stce), szekli ciążowe (które są mało przydatne jak ktoś korzysta ze spodni ciążowych), filiżankę (kolejna do kolekcji?) i termometr do kąpieli dla dziecka (niby niegłupie ale mamy prysznic z dość dokładnym termostatem). Wiem, że darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby ale... Ale przynajmniej dowiedzieliśmy się ciekawych rzeczy! No i mieliśmy szansę zrobić sobie darmowe KTG czyli mogliśmy posłuchać serduszka naszej Fasoli! I może w tym momencie wspomnę o tym co mnie troszkę przybiło w tym wszystkim. Podchodząc do punktu KTG i patrząc na ciężarówy ustawione w kolejce zapytałam się od którego tygodnia ciąży można sobie to badanie zrobić. Pani spojrzała na mnie smutno i powiedziała, że od 20-stego, jakby chciała powiedzieć "przykro mi, ale dopiero od 20-stego". Super, w takim razie ja też idę. Zaskoczyłam ją tym chyba nieco, ale u nas już 24 tydzień więc w zasadzie się bez problemu kwalifikujemy. I udało się znaleźć serduszko Fasoli (choć zbulwersowana była trochę faktem, że znowu ktoś przykłada do niej coś zimnego i jeździ za nią). Biło w tempie ok 140 uderzeń na minutę i był to bardzo miły dźwięk jak dla mnie.
Nie ulega jednak wątpliwości, że spośród wszystkich kobitek, które tam wczoraj przylgnęły wyglądałam chyba najmniej ciężarówkowo. I w zasadzie bardzo szybko zaczęła się tak czuć. Jakbym była kimś zupełnie nieodpowiednim w tym miejscu, kto przylazł tam z ulicy wypijać darmowe kefirki i zjadać kanapeczki. Nie potrafiłam jakoś... poczuć tej jedności między "nami ciężarówami". Może jestem za mało kobieca sama w sobie, żeby potrzebować w ogóle tego poczucia jedności? Nie wiem, jednak zauważyłam, że przez to wszystko jakoś tak bardzo odległa wydaje mi się wizja dziecka. No bo dzieci to będą miały te "właściwe" ciężarówki. Te z wielkimi brzuchami i gotową wyprawką i piękną bluzeczką podkreślającą krągłości.
A ja? Brzuch jakiś tam niby jest ale w życiu mi nie przeszkadza jakoś specjalnie i cały czas kryje się dzielnie pod zimowymi ubraniami, że mimo 6-stego miesiąca nie mam dalej szansy na to, żeby mi ktoś gdzieś ustąpił miejsca (bo nikt nigdzie nie pomyśli nawet o tym, że powinien).Bo kupiłam sobie ciążowe bluzki, które nie dość, że okazały się za wielkie to nawet na brzuchu ładnie by się zaczęły opinać dopiero przed porodem. Bo nie zmieniłam prawie w ogóle swojego trybu życia, dalej robię większość tego co robiłam przed zajściem i nie czuję potrzeby zmieniania szczególnie czegokolwiek (no może oprócz tego, że jem te kilkanaście posiłków dziennie jak hobbit). Bo w zasadzie nie zależy mi, żeby cały świat wiedział i bardzo niewiele osób z mojego bliskiego otoczenia domyśliło się same z siebie, że będzie mnie więcej.
Cieszę się, że mam mały brzuszek, bez rozstępów, żylaków, opuchlizn i całego tego mało fajnego syfu i mam nadzieję, że tak zostanie, tylko z każdym miesiącem mam wrażenie, że coraz bardziej oddala się ode mnie to, że pewnego dnia wszystko w moim życiu się zmieni i pojawi się... coś.
Kończę już moje wywody a dla wytrwałych coś miłego ;)