piątek, 20 lutego 2015

Moja szlachetność.

"Szlachcianka prze! Szlachcianka prze!" - dokładnie taki doping podczas porodu obiecał mi wczoraj M. gdy w rozmowie próbowałam mu wyjaśnić, że cierpienie uszlachetnia. Nie tego się spodziewałam, niemniej jednak rozbawił mnie tym niesamowicie, choć wątpię aby swojego słowa dotrzymał. Nie zdecydowaliśmy się w zasadzie jeszcze czy w ogóle chcemy poród rodzinny. Oboje mamy pod tym względem trochę obiekcji, choć bez wątpienia ma to i swoje dobre strony. Ku własnemu zaskoczeniu odkryłam, że tym co mnie najbardziej skłania do tego, żeby M. był jednak przy mnie to to, że boję się, że się tam zanudzę. Wiem, że może głupio to brzmi ale tyle słyszałam o tym ile porody trwają, że wizja spędzenia na porodówce choćby czterech godzin samej jakoś mnie demotywuje. Wiem, wiem, to nie jest kilka godzin leżenia w łóżku i patrzenia w sufit i zapewne nawet nie będę miała czasu specjalnie o niczym pomyśleć i zacząć się nudzić ale jakoś tego nie widzę. Tak więc fajnie by było mieć kogoś do pogadania. Wydaje mi się, że M. siedzący obok i trzymający mnie za łapkę czy (nie daj Boże) głaszczący mnie po głowie czy po ramieniu tylko działałby mi na nerwy. Sama bym go chyba wyrzuciła stamtąd. I wiem też, że dla niego trudne by było siedzieć tam, patrzeć jak się skręcam z bólu i nic nie móc zrobić. No ale pogadać byłoby z kim. Tak więc kwestia jest jeszcze do rozpatrzenia a i tak pewnie wszystko wyjdzie nagle i bez czasu do zastanowienia, niezależnie od tego co sobie wcześniej wymyślimy. Niemniej jednak wolę, żeby to była jego decyzja. Będzie chciał posiedzieć ze mną to posiedzi, nie to nie.
Ja czuję jednak, że w jakiś sposób tego czasu robi się coraz mniej. Że już niedługo będziemy kończyć kompletowanie wyprawki, że zaraz trzeba będzie zacząć szykować torbę do szpitala, że faktycznie wielka piłka pojawi się w miejscu mojego ślicznego brzuszka. Poza tym, zaczęłam już odczuwać skurcze brzucha. To chyba tzw. skurcze przepowiadające, które mogą zacząć pojawiać się po 20-tym tygodniu ciąży. Zdarzają mi się kilka razy dziennie, zwykle gdy po coś się schylam lub kucam. Brzuch robi się nagle twardy i trwa to kilka sekund. Nie powiedziałabym, że jest to jakoś dokuczliwe. Nie są to bolesne skurcze i w niczym mi w zasadzie nie przeszkadzają. We wtorek idę do lekarza to zapytam się co o nich myśli. Internety twierdzą, że to normalne to i nie przejmuję się zbytnio.
Fasola natomiast chyba świętuje karnawał u mnie w brzuchu. Trochę się spóźniła choć zdaje się, że w ogóle jej to nie przeszkadza. Dokazuje aż miło po kilka ładnych godzin dziennie. Rozpycha się gdzie tylko się da a ja czuje jak mi ręce podskakują gdy opieram je o brzuch czytając książkę. Pociesza mnie jednak to, że godziny, w których jest najbardziej aktywna nie przypadają na noc, jak to ponoć zwykle bywa. Zaczyna tańcować najbardziej nad ranem jak wstaję i wieczorami między obiadem a pójściem do łóżka. Dla nas jest to o tyle pozytywna wiadomość, że podobno noworodki przez jakiś czas po porodzie mają takie same godziny aktywności jak jeszcze w brzuszku i zazwyczaj właśnie jest to środek nocy. Więc może nam się upiecze?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz