niedziela, 1 lutego 2015

Sobotnie combo

Czekałam trochę na tą sobotę. Nie jakoś z zapartym tchem i rumieńcami na policzkach bo miałam jeszcze ostatnie egzaminy w tym tygodniu, ale ta sobota była już od jakiegoś czasu zapisana w kalendarzu. No ale sesja już teoretycznie zakończona i u mnie ferie do 18-stego lutego. Długo. Aż żal trochę siedzieć ten cały czas w domu... i pisać pracę.
Wracając jednak do soboty. Więc mieliśmy wczoraj nasze pierwsze zajęcia ze szkoły rodzenia! Zastanawiałam się wcześniej, czy faktycznie są one potrzebne i czy jest sens się zapisywać ale przypomniałam sobie jak sama jeszcze prowadziłam psie przedszkole. I może nie robiliśmy na tych zajęciach z psów K-9 ale do dnia dzisiejszego jestem zdania, że każda osoba, która ma psa po raz pierwszy powinna na takie zajęcia się udać, niezależnie od wielkości, temperamentu czy jego "czystości krwi". Bo ludzie często nie wiedzą w ogóle, że mogą się dowiedzieć czegoś ważnego. Pomyślałam, że może ze szkołą rodzenia będzie podobnie. Że może dowiem się tam czegoś czego w internecie nie znajdę, nie powie mi tego lekarz lub zostanę jakoś wprowadzona w błąd. Dlatego postanowiłam ostatecznie pójść i spotkać się na żywo z innymi ciężarówkami i położną prowadzącą.
Jeśli chodzi o te pierwsze zajęcia to bardziej były one zapoznawcze i "integracyjne" ale podoba mi się panująca na nich atmosfera. Ciężarówy siedzą na głębokich pufkach, towarzyszący panowie za nimi na krzesełkach i jest całkiem miło. Prowadząca wydaje się być miłą i konkretną babeczką. Jest luźno i zapowiada się bardzo ciekawie. Ostatecznie wyszliśmy stamtąd zadowoleni i chętnie pójdziemy tam dziś z powrotem.
Po szkole rodzenia natomiast udaliśmy się na organizowaną przez miesięcznik "M jak Mama" imprezę do Pałacu Prymasowskiego. "Więcej życzliwości dla kobiet w ciąży" miała ponoć zachęcać do ustępowania ciężarówom miejsc w środkach komunikacji, kolejkach i ogólnie wykazywać się w stosunku do nich życzliwością. W zasadzie, jak dla mnie było to po prostu ciekawe spotkanie z konkursami, nagrodami i panelami, które nie koniecznie związane były jakkolwiek z tematem. Nie niemniej jednak było ciekawie i trochę rzeczy przywieźliśmy stamtąd. No dobra, trochę rzeczy, które ostatecznie trzeba będzie jakoś zutylizować, bo chyba nie będę z nich korzystać.A szkoda, bo niektóre rzeczy do wygrania były bardzo ładne. My zgarnęliśmy kremy przeciwzmarszczkowe (dla osób po 30-stce), szekli ciążowe (które są mało przydatne jak ktoś korzysta ze spodni ciążowych), filiżankę (kolejna do kolekcji?) i termometr do kąpieli dla dziecka (niby niegłupie ale mamy prysznic z dość dokładnym termostatem). Wiem, że darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby ale... Ale przynajmniej dowiedzieliśmy się ciekawych rzeczy! No i mieliśmy szansę zrobić sobie darmowe KTG czyli mogliśmy posłuchać serduszka naszej Fasoli! I może w tym momencie wspomnę o tym co mnie troszkę przybiło w tym wszystkim. Podchodząc do punktu KTG i patrząc na ciężarówy ustawione w kolejce zapytałam się od którego tygodnia ciąży można sobie to badanie zrobić. Pani spojrzała na mnie smutno i powiedziała, że od 20-stego, jakby chciała powiedzieć "przykro mi, ale dopiero od 20-stego". Super, w takim razie ja też idę. Zaskoczyłam ją tym chyba nieco, ale u nas już 24 tydzień więc w zasadzie się bez problemu kwalifikujemy. I udało się znaleźć serduszko Fasoli (choć zbulwersowana była trochę faktem, że znowu ktoś przykłada do niej coś zimnego i jeździ za nią). Biło w tempie ok 140 uderzeń na minutę i był to bardzo miły dźwięk jak dla mnie.
Nie ulega jednak wątpliwości, że spośród wszystkich kobitek, które tam wczoraj przylgnęły wyglądałam chyba najmniej ciężarówkowo. I w zasadzie bardzo szybko zaczęła się tak czuć. Jakbym była kimś zupełnie nieodpowiednim w tym miejscu, kto przylazł tam z ulicy wypijać darmowe kefirki i zjadać kanapeczki. Nie potrafiłam jakoś... poczuć tej jedności między "nami ciężarówami". Może jestem za mało kobieca sama w sobie, żeby potrzebować w ogóle tego poczucia jedności? Nie wiem, jednak zauważyłam, że przez to wszystko jakoś tak bardzo odległa wydaje mi się wizja dziecka. No bo dzieci to będą miały te "właściwe" ciężarówki. Te z wielkimi brzuchami i gotową wyprawką i piękną bluzeczką podkreślającą krągłości.
A ja? Brzuch jakiś tam niby jest ale w życiu mi nie przeszkadza jakoś specjalnie i cały czas kryje się dzielnie pod zimowymi ubraniami, że mimo 6-stego miesiąca nie mam dalej szansy na to, żeby mi ktoś gdzieś ustąpił miejsca (bo nikt nigdzie nie pomyśli nawet o tym, że powinien).Bo kupiłam sobie ciążowe bluzki, które nie dość, że okazały się za wielkie to nawet na brzuchu ładnie by się zaczęły opinać dopiero przed porodem. Bo nie zmieniłam prawie w ogóle swojego trybu życia, dalej robię większość tego co robiłam przed zajściem i nie czuję potrzeby zmieniania szczególnie czegokolwiek (no może oprócz tego, że jem te kilkanaście posiłków dziennie jak hobbit). Bo w zasadzie nie zależy mi, żeby cały świat wiedział i bardzo niewiele osób z mojego bliskiego otoczenia domyśliło się same z siebie, że będzie mnie więcej.
Cieszę się, że mam mały brzuszek, bez rozstępów, żylaków, opuchlizn i całego tego mało fajnego syfu i mam nadzieję, że tak zostanie, tylko z każdym miesiącem mam wrażenie, że coraz bardziej oddala się ode mnie to, że pewnego dnia wszystko w moim życiu się zmieni i pojawi się... coś.
Kończę już moje wywody a dla wytrwałych coś miłego ;)


1 komentarz:

  1. Fajne te dzieciątka to jajeczko, brzuszek, pływanie... no ale skąd się to bierze? No chyba, że się mama z tatą pocałowali i to się niesie z buzi do buzi... :-)))
    A co do brzucha... to nieważne, że był malutki w 24 tygodniu, pod koniec rośnie najszybciej. Grunt, ze się specjalnie w ciąży nie głodziłaś, co obecnie ponoć jest trendi wśród młodych ciężarówek.

    OdpowiedzUsuń