wtorek, 28 kwietnia 2015

Zbliżający się poród i metody jego przyspieszenia

Do wyznaczonego przez lekarza terminu zostały nam trzy tygodnie. Ja natomiast zauważyłam wczoraj u siebie, że zaczął mi się obniżać brzuszek co jest jednym z objawów zbliżającego się porodu i pojawia się na ok. dwa tygodnie przed porodem. Czyżby jednak Fasola chciała pokazać nam się trochę wcześniej? Zaczynam czuć czasami bardo wyraźny i mało przyjemny (wręcz bolesny) nacisk na kość łonową, czyli Fasola gniecie mi się główką do wyjścia. Dziś też już dużo wyraźniej czuję, że Dzieciaczek rusza się jakby niżej i choć nie dostawałam w ciąży kopniaków pod żebra (może jeden czy dwa się zdarzyły) to teraz już w ogóle Fasola się do nich nie zbliża. Ciekawa jestem kiedy się wykluje. Tylko bardzo ładnie proszę - nie przed moją obroną. A kiedy się bronię? W zasadzie nie wiem jeszcze, choć termin został chyba ustalony wczoraj na radzie wydziału. Muszę skontaktować się w tej sprawie z moim promotorem. Tymczasem zaczęłam sesję i mam już pierwszy egzamin z głowy. Kolejny już jutro i dwa następne w przyszłym tygodniu. I to już będzie wszystko. Dobrze mi, nie? I wakacje :)
No i jak już zaczęliśmy temat porodu to co z tymi metodami przyspieszenia go? I po co w ogóle przyspieszać poród? Nie wiem, może dlatego, że tak strasznie nam ciężko, że mamy już dosyć i sprzykrzyło nam się bycie w ciąży? Może dlatego, że minął już termin i mamy wrażenie, że zaraz minie już rok od poczęcia? Może dlatego, że coś nas zaniepokoiło, boimy się o Fasolkę i wolelibyśmy mieć ją już w naszych rękach? Zapewne różne kobiety mają różne motywacje. Nie wnikam. Podaję jednak to, co udało mi się usłyszeć lub wyczytać, choć wielu mądrych ludzi uważa, że Fasola i tak sama wybierze sobie najdogodniejszy termin, niezależnie od tego co byśmy cudowali.
1. Picie herbaty z liści malin (nie owoców - to nie przeziębienie). Działa naskurczowo lecz nie daje efektów po jednej szklance. Należy pić regularnie przez kilka, kilkanaście dni.
2. Drażnienie brodawek. Również wywołuje skurcze macicy.
3. Seks. Nasienie mężczyzny zawiera oksytocynę - hormon wywołujący skurcze macicy, często podawany w szpitalach aby wywołać akcję porodową lub ją przyspieszyć.
4. Zasada trzech "S": spacer, schody, seks. Ruch, łażenie po schodach i wspomniana wyżej oksytocyna ponoć dają jakieś efekty.
5. Lewatywa, ew. olej rycynowy. Dla odważnych i zdesperowanych.
Nie będę wspominała o metodach ryzykownych (czyt. szalonych i niebezpiecznych), które też spotkałam, bo po co puszczać coś takiego w świat? Jeśli o mnie chodzi to na razie daję Fasolce spokój i niech sobie tam siedzi. Nic na siłę. No może tylko tych trzech "S" nie da się uniknąć ale to wynika już bardziej z trybu życia niż specjalnej chęci wywołania Dzieciaczka na świat.
Poza tym to czasem mam wrażenie, że to wszystko to jakaś pomyłka. Że ja mam rodzić? Ale jak to, nie rozumiem. Czasem kompletnie abstrakcyjna wydaje mi się w ogóle myśl, że jestem w ciąży. Może to jakaś pomyłka? Może to zniknie jak się jutro rano obudzę? Nie ma, nie było. Z resztą co z ciebie za ciężarówka była? Jakaś taka udawana trochę i w ogóle.
No a jeśli chodzi o spanie to ostatnio śpię jak zabita. Budzę się raz, może dwa w nocy. Naprawę, nawet przed ciążą chyba nie spałam tak dobrze jak ostatnio. Nie wyobrażam sobie spać na żadnym boku czy na wznak. Mogę spać na brzuchu to spać na brzuchu będę! Poza tym to zauważyłam, że faktycznie robi mi się słabo i zaczyna kręcić się w głowie jak długo leżę na plecach. Jakiś tam nacisk jest przy tym na żyłę czy coś. Staram się unikać tej pozycji. No a od leżenia na boku bolą plecki więc nie ma przebacz - tylko na brzuchu.

niedziela, 26 kwietnia 2015

Jak nie być egoistycznym rodzicem?

Myślałam nad tym postem od jakiegoś czasu. Bo o co w ogóle chodzi? Czytając rozmaite artykuły i fora internetowe (tak, nadal mi się to zdarza) natrafiałam na wiele wypowiedzi o tym, że ludzie robią sobie dzieci z celów czysto egoistycznych. To zwykle były wypowiedzi osób, które deklarowały się, że dzieci w ogóle nigdy nie planują, lecz po głębszym zastanowieniu się, niejako musiałam przyznać im częściową rację. Bo jeśli ktoś pisze, że chce mieć dziecko, żeby potem nie zostać samemu na starość, albo żeby ktoś mu na łożu śmierci przysłowiową szklankę wody podał to trudno nie przyznać, że jest to dość egoistyczne. Z drugiej strony, przecież nie tylko o to chodzi. Chodzi też o miłość między dwojgiem ludzi, prawda? O chęć powołania na świat nowego życia, które, może zabrzmi to dość patetycznie, jest po prostu owocem tej miłości. Czymś, co nie tylko ma spełnić instynkty macierzyńskie (rzadziej tacierzyńskie) i dopełnić biologiczny obowiązek, ale też wypełnić życie dwojga kochających się osób o kolejny pierwiastek, którym będą mogli się cieszyć.
Idąc dalej, zakładając, że dziecko pojawiło się z pobudek nieegoistycznych, co zrobić, żeby faktycznie nie być egoistycznym rodzicem? Po wielu przemyśleniach nad tym tematem przychodzi mi jedna prosta odpowiedź na myśl. Nie oczekiwać niczego. Oczywiście nie chodzi o sprawy wychowania, edukacji czy relacji społecznych pt. "nie oczekuję, że moje dziecko nie będzie przeklinać i bić się - to jego życie i może robić co chce". Chodzi mi bardziej o oczekiwania co do dziecka względem jego życia i nas samych. Bez wymuszania ścieżki kariery, narzucania na siłę dodatkowych zajęć czy wzbraniania czegoś co nam się wydaje bezsensowne i niepotrzebnie marnujące czas. Chodzi mi bardziej o nieoczekiwanie od dziecka... wdzięczności i wiernego trwania przy nas jako szanowanych rodzicach, do samej śmierci bo jest to jego/jej obowiązek. Jeśli tego właśnie od dziecka oczekujemy to bez wątpienia jesteśmy egoistyczni i sprowadza się to znów do szklanki wody. No i właśnie, co ze wspomnianą wdzięcznością? Ile razy słyszałam w życiu jak to dzieci powinny być wdzięczne swoim rodzicom za to, że ci tak dbali o nich i opiekowali się nimi jak byli mali. Jak to pilnowało się nas 24h/dobę, zmieniało nam pieluchy, myło i siedziało całą noc jak byliśmy chorzy. Ok, zgadzam się, postawa godna podziwu ale czy nie są to podstawowe obowiązki rodzica? Czy ktoś kto decyduje się na dziecko, nie zdaje sobie sprawy, że tak to będzie wyglądać? Czy decydując się na dziecko mówimy sobie "będę dbać o nie i zmieniać mu pieluchy to będzie mnie kochać"? Nie. Chcemy dziecka, wiemy z czym to się je (bądź przynajmniej się domyślamy) i moim zdaniem, nie mamy prawa niczego w zamian oczekiwać. Jesteśmy odpowiedzialni za tą małą istotkę, którą powołaliśmy do życia i nie robimy jej łaski podcierając jej zadek gdy jeszcze sama tego nie potrafi. To jest po prostu nasz obowiązek. Dla mnie to trochę jakbyśmy wzięli do domu psa i oczekiwali od niego wdzięczności, że wychodzimy z nim na dwór gdy chce mu się sikać. Nie, to tak nie działa. Owszem, wyprowadzanie psa na spacer gdy tego potrzebuje jest rzeczą dobrą jednak niezrobienie tego robi z nas po prostu nieodpowiedzialnych sadystów. Więc wymaganie od dzieci wdzięczności za opiekę nad nimi jest dla mnie trochę jak wymaganie od nich wdzięczności za nie bycie wobec nich nieodpowiedzialnymi sadystami.
Może trochę brutalnie to opisałam, lecz takie są moje odczucia. Tak więc moim zdaniem powinniśmy bardziej postawić na wzmacnianie relacji rodzic - dziecko i faktycznie starać się aby dzieci szanowały nas i kochały za to jakimi jesteśmy rodzicami a nie za to, że po prostu nimi jesteśmy.
Jeśli chodzi o nas to im bliżej rozwiązania tym więcej zaczynamy z M. rozmawiać o dzieciaczku. I zauważyłam, że jesteśmy pod wieloma względami zgodni jeśli chodzi o Fasolkę. Oboje już się nie możemy doczekać tego, że w nasze ręce trafi nowa istotka, której będzie można pokazać cały świat. Nie możemy doczekać się tego wszystkiego, czego będziemy chcieli ją nauczyć, co będziemy chcieli przedstawić, przeczytać, do czego zachęcić i w końcu, żeby popatrzeć jak rośnie i rozwija własne pasje. To też nas intryguje. Kim będzie? Czy będzie bardziej umysłem ścisłym, czy zakocha się w gwiazdach i astronomii, czy będzie malować obrazy czy grać w tenisa, czy będzie się interesować psami czy grać na harmonijce, czy będzie chciało grać z nami w planszówki czy zdecyduje się samemu programować gry? Coraz częściej o tym rozmawiamy i nic chyba w tym dziwnego. Zostały już jakieś trzy tygodnie.

P.S. Żeby też nie było wątpliwości.  To, że uważam iż rodzice nie powinni oczekiwać wdzięczności za opiekę i spodziewanie się, że dzieci będę się nami opiekować na starość jest postawą egoistyczną nie znaczy iż dzieci nie powinny tego robić. Myślę jednak, że powinno to wynikać z ich własnych decyzji i owych szacunku i miłości, na które jako rodzice sobie zasłużymy. Myślę też, że jest to naturalny odruch w zdrowej i normalnej rodzinie, że dba się o każdego jej członka.

środa, 22 kwietnia 2015

Chyba umrę

Otoczenie bardzo wyraźnie daje mi znać, że zbliża się mój koniec. Trochę mnie to zaczyna niepokoić.
Ktoś: "Hej, a na kiedy masz termin?"
Ja: "Na 20-go maja."
K: "Ach! To musimy się spotkać jakoś w majówkę/po majówce" ew. "To będę musiał/a cię odwiedzić jakoś do tego czasu.", "To koniecznie się musimy jeszcze spotkać!"
...Ok, to się spotkajmy. Tylko czemu "koniecznie do tego czasu"? Czuję się jakbym miała potem nagle zniknąć i wszyscy muszą się ze mną pożegnać...
Czemu nikt mi nie powie: "Super, to może spotkamy się jakoś w Boże Ciało jak już sobie powoli zaczniesz układać?" Czy coś w tym stylu.
Znaczy, cieszę się bardzo, że znajomi chcą się ze mną spotykać i też chętnie się będę umawiać ale trochę mnie przeraża to podejście, z którym się ostatnio spotykam. Nie jestem obłożnie chora i nie zarażam dżumą, nie wyprowadzam się na koniec świata i nie będę jechać do szpitala na eutanazję tylko, żeby wrócić z niego w liczbie mnogiej. Tak więc ogłaszam wszystkim wszem i wobec, że po 20-m maja też można się wpisać w grafik w moim kalendarzu. Będzie to nawet bardzo mile widziane gdyby ktoś chciał przyjechać do mnie i Fasolki i nas odwiedzić. Jak już wcześniej pisałam, nie planuję rezygnować z życia towarzyskiego po porodzie. Bardzo mi zależy, żeby utrzymać jego względnie satysfakcjonujący poziom i mam nadzieję, że małe ja nie będzie tego specjalnie utrudniać. A wydaje mi się, że mogłoby to być nawet z korzyścią dla Fasoli. Ba, z pewnością będzie.
Ponadto, chyba zrezygnujemy z wyprawy na imprezę do znajomego w ten weekend. Ogromnie nad tym ubolewam bo ciągnie mnie do ludzi ale M. przekonuje mnie, że może być mi ciężko i mogę się źle czuć i tylko tam męczyć. A, że jesteśmy transportem uzależnieni od innych to nawet nie byłoby jak wrócić na własną rękę gdyby zaszła taka konieczność. A że to on z naszej dwójki jest ten starszy i mądrzejszy to chyba muszę się słuchać. Tak więc żegnaj ognisko, żegnajcie kiełbaski i ziemniaki pieczone, żegnajcie wszyscy fajni ludzie. Zostaję w domu przygotowywać się do swojego pogrzebu... znaczy się - porodu.

poniedziałek, 20 kwietnia 2015

Dobre rady i obiady

Mam w sobie ok. pół metra człowieka. Fasolka powinna mieć już mniej więcej 45cm długości całkowitej czyli tyle ile widać na zdjęciu:
Jakże to musi być poskręcane! Wiem, wiem, siedzi sobie w pozycji embrionalnej. Niemniej jednak musi tam być strasznie ciasno. Nie dziwię się już, że tak się rozpycha czasami. No i na tym zdjęciu to w ogóle nie widać, że jestem w ciąży. :)
A za nami kolejne święto. Tym razem rodzinne - 80-te urodziny babci. I przyznam, że (chyba) na szczęście nie jesteśmy zasypywani lawinami porad i opowieści typu: "A u mnie to...". Jedyna co, to na wspominki się wszystkim zebrało i wyszło że w mojej rodzinie to prawie same wcześniaki były. Bo jak widać dość łagodna ciąża jest chyba u mnie dziedziczna skoro dawało się w zaawansowanej ciąży: przeskakiwać przez mury cmentarne, skakać ze stołów po wieszaniu firanek i co tam jeszcze. No tylko na następny dzień już trzeba było rodzić. Więc najważniejszą radą którą dostałam na wczorajszym obiedzie było: "Tylko nie skacz córcia, dobrze?" No dobrze, nie będę. Prędzej mi do biegania niż skakania a to chyba tak bardzo nie szkodzi.
Jednakże natrafiliśmy z M. na jeszcze jedno dość duże zaskoczenie. Bo nie jest tak, że w ogóle nie obyło się bez dobrych rad. Z tą tylko różnicą, że nas dobrymi radami obsypał mój...wuj wujeczny (internety mówią, że tak się nazywa "syn brata babki macierzystej"). No i w zasadzie jest on w mojej rodzinie obecnie właścicielem największej liczby dzieci bo chyba ma ich piątkę, z czego trójka całkiem mała. I tak oto dowiedzieliśmy się jakich pieluch najlepiej używać, czego możemy się spodziewać podczas porodu w szpitalu, jak radzić sobie z kolkami (albo jak w ogóle ich unikać) a także jakiego kremu na rozstępy powinnam używać,czy co robić przy nawale pokarmu. Przyznam, że byłam tym dość zaskoczona choć słuchałam pilnie. Wydawało mi się zawsze, że faceci jednak są gdzieś z boku w takich sprawach a jednak jak widać zdarzają się tacy Family Men.
No a jeśli chodzi o mnie to niestety chyba najlepiej byłoby mi się już za dużo z domu nie ruszać lub tylko ruszać się z domu. Znaczy, naprawdę dobija mnie siedzenie czy stanie w miejscu. Jeśli nie mogę się ruszać, kręcić, łazić i rozciągać to następuje bardzo bolesny kryzys. Więc jak jestem w domku lub robię coś konkretnego to w zasadzie żyć nie umierać i tylko dzieci rodzić. Tak dobrze się czułam siedząc trzy dni w domu, że myślałam, że w zasadzie nawet moje problemy z łopatką minęły. Jednak rodzinny obiad rodzinny z siedzeniem lub staniem przy stole (nawet jeśli były to tylko dwie godziny) absolutnie mnie rozbroił na... bolące łopatki. Ciężko było mi potem wrócić do siebie. Dziękuję Panu Wałkowi za to, że mogę spać na brzuchu. Leżenie na którymkolwiek boku czy plecach na dłuższą metę odpada kompletnie. Gdyby nie Wałek to chyba musiałabym spać na stojąco... chociaż nie, od stania też mnie boli przecież. Więc pewnie nie spałabym w ogóle. A tak, to naprawdę mogę się wyspać.
Jeśli chodzi o Fasolkę to z ciekawości sprawdzaliśmy sobie z M. jak prawdopodobnie będzie wyglądać. Co nam wyszło:
kolor włosów:
brązowe - 50 %
czarne - 25 %
blond - 24 %
rude - 1 %
kolor oczu:
brązowe - 76 %
niebieskie - 23 %
zielone - 2 %.
Ciekawa jestem jak jest naprawdę. 

środa, 15 kwietnia 2015

Może sobie pani usiądzie?

Miałam taki sen ostatnio: Jechałam z M. autobusem, nie kompletnie zatłoczonym ale też nie wyjątkowo pustym. W związku z tym o czym już pisałam unikam pozycji siedzącej więc w autobusach też zwykle stoję. No i we śnie też sobie grzecznie stałam. Jednak pewna starsza pani zdawała się być zbulwersowana tym, że nie chcę usiąść i ustąpiła mi miejsca. Było w niej jednak coś co nie pozwalało jej odmówić i usiadłam. I czułam się okropnie i myślałam tylko o tym, że zaraz zacznie mnie boleć ta nieszczęsna łopatka i zastanawiałam się tylko jak daleko jedziemy i kiedy będę mogła wstać. Nie siedziałam jednak długo bo po chwili zadzwonił budzik. Uff... No właśnie. Słyszeliście o ciężarówie, której śnią się koszmary, że ktoś jej ustępuje miejsce w autobusie? Czuję się wyjątkowa pod tym względem.
Jednak gdy już zrobiło się ciepło i chodzę z rozpiętą kurtką to nie sposób nie zauważyć mojego brzuszka. A ja naprawdę w autobusach wolę postać nawet jak jadę z pętli na pętlę. Mam wrażenie, że niektóre osoby naprawdę są zdegustowane tym, że przecież są wolne miejsca a ja stoję. Często ktoś mi proponuje, żebym usiadła co uważam nie tylko za bardzo miłe ale też podbudowuje wiarę w ludzi. Naczytałam się tyle o tym jak to często w autobusach nikt nie chce ustępować miejsca starszym, chorym czy ciężarnym ale osobiście nie przypominam sobie, żebym się z tym spotkałam. Ponadto uważam, że ludzie, którzy usiąść potrzebują (czy źle się czują, czy ktoś ich po prostu w tłumie nie zauważył) nie powinni wstydzić się czy unosić dumą i po prostu poprosić. Ile razy mnie zdarzało się tak zaczytać czy zagapić przez okno, że nie zwracałam uwagi nawet na to kto wchodzi?
A pomijając kompletnie kwestie transportu miejskiego to faktycznie zaczęłam się oswajać z tym, że publicznie już widać mój brzuszek. Już jestem jedną z tych prawowitych ciężarnych (no chyba, że zapnę kurtkę). Dziś nawet spotkała mnie bardzo miła sytuacja gdy przechodziłam obok jednego pana a on zatrzymał się i powiedział tylko: "Na pewno będzie śliczne i zdrowe." I uśmiechnął się. He totally made my day.
No i czas się spiąć i zakończyć ten rok akademicki. Plan wygląda następująco:
- jutro i pojutrze biorę się solidnie do kończenia i upiększania pracy i do końca tygodnia wysyłam mojemu promotorowi wstępną-ostateczną wersję,
- ostatni tydzień kwietnia/pierwszy tydzień maja zdaję wszystkie egzaminy,
- bronię się na początku maja.
Koniec kropka. Plan B nie jest przewidziany na dzień dzisiejszy.

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Czas zwolnić?

"Wiem, że najchętniej to byś wsiadła na rower, przejechała 10 km na siłownię, poćwiczyła ze dwie godziny (tylko, bo akurat spieszyłabyś się na basen), ale musisz wziąć poprawkę na swój stan błogosławiony." Tak mi powiedział wczoraj M. I obawiam się, że ma rację. Chyba muszę zwolnić. Nie będę już udawać, że jestem kompletnie niezdarta. Mam wrażenie, że moja ciąża po prostu pojawiła się w ciągu ostatnich trzech tygodni. Brzuchol wylazł na wierzch i jednak zaczął obciążać trochę plecki. Nie wykrzywiam się, nie mam lordozy i nie czuję w prawdzie nadal tej słynnej zmiany środka ciężkości jednak coś mi musi paskudnie uciskać na jakiś nerw. Przez to właśnie odpada siedzenie, jak pisałam już wcześniej. Nie najlepiej jest też jak stoję długo w miejscu. Po prostu najlepiej mi być ciągle w ruchu ale to niestety mało wykonalne. Na zajęciach zajmuję teraz miejsce pod oknem gdzie z reguły albo stoję całe półtorej godziny albo kucam przy kaloryferze jak czuję, że muszę zmienić pozycję. W autobusie też wolę nie siadać bo zwykle i tak po chwili czuję, że muszę wstać. Tak więc wychodząc z domu liczę się z tym, że do powrotu będę ciągle na nogach.
I nawet nie przeszkadza mi to fizycznie aż tak jak psychicznie. Nie chcę dopuszczać do siebie myśli, że w końcu coś mnie zaczyna ograniczać. Dlaczego? Czemu nagle mam zmieniać swój tryb życia? Dlaczego mam zwalniać skoro tyle rzeczy jest do zrobienia? Nie chcę też dostawać specjalnych taryf ulgowych na uczelni. I tak wiele dla mnie zrobiono pozwalając mi zdawać egzaminy i kończyć ten rok na przełomie maja i kwietnia. Chcę dalej spotykać się ze znajomymi tak jak robiliśmy to do tej pory. Zwykle co najmniej raz w tygodniu mamy gości lub my gościmy u kogoś. Swoją drogą bardzo mi będzie zależało, żeby w miarę możliwości utrzymać to po porodzie. Mam nadzieję, że dzieciaczek nie okaże się przeszkodą, która zniszczy nasze życie towarzyskie. W końcu jest nas dwoje i mamy w zasadzie grono wspólnych znajomych, więc jakoś, wymieniając się w obowiązkach, powinniśmy dać radę. A i Fasolka będzie się dobrze socjalizować z ludźmi. No ale zobaczymy jak to będzie.
Tymczasem próbuję jakoś pogodzić się z myślą, że faktycznie nie jestem Rambo. Niemniej jednak nie będę się poddawać. Zwiększyłam sobie ostatnio intensywność ćwiczeń i liczę, że przyniesie to jakieś efekty. No i zauważyłam, że chyba nieźle ścisnął mi się żołądek bo mam ostatnio zdecydowanie mniejszy apetyt. Już trudno powiedzieć o trzech obiadach do południa. Jeden na dzień w zupełności mi wystarczy. I z niecierpliwością czekam na wysyp owoców na które mam przeogromną ochotę!
No i siedząc w przymierzalni w sklepie,zrozumiałam o co chodzi ludziom z tym "z tyłu to nic nie wdać, że jesteś w ciąży". No bo faktycznie, niełatwo się zorientować.
 A cały brzuszek wygląda na dzień dzisiejszy tak:
No i bojkotuję kupowanie ubrań dla ciężarnych (oprócz spodni - spodnie dla ciężarówek są rewelacyjne) Po pierwsze: bluzki są dużo droższe od zwykłych, choć jak dla mnie niewiele się różnią. Po drugie: one są wszystkie gigantyczne. To mnie naprawdę zdumiewa. Jak tak, to wszystkie sieciówki mają prawie same ubrania dla anorektyczek a nagle działy dla ciężarnych obwieszone są workami... Bluzka na zdjęciu to nowy nabytek. Zwykła, regularna eska tylko po prostu długa. Nie wiem jak to widać na zdjęciu ale nie jest obcisła i jest naprawdę wygodna. I przyda mi się na trochę dłużej niż ten jeden miesiąc co mi pozostał.

sobota, 11 kwietnia 2015

Torba do szpiatla

Torba do szpitala już spakowana. Co tak wcześnie? Nigdy nic nie wiadomo a lepiej być chyba przygotowanym. Poza tym M. chciał, żeby już wszystko było gotowe i żeby nic potem nie robić na ostatnią chwilę i w pośpiechu. A co w torbie? Dla mnie koszule do rodzenia i na potem (trzymają w szpitalu w sumie trzy dni), siateczkowe gacie poporodowe i gigantyczne podpaski. Po odejściu łożyska w macicy zostaje wielka rana, która potem krwawi nawet kilka dni. Takie tam smaczki. Poza tym jakiś ręcznik, szampon, mydło i takie podręczne rzeczy. Dla maluszka za to paczka pieluch (kilka tetrowych), gruby koc i ciuszki. Dwa zestawy ubranek. No właśnie, ubranka. Ostatnio wszystko już popraliśmy i M. wyprasował ciuszki swoim gadżeciarskim żelazkiem. Ja się bez bicia przyznaję, że prasować nie umiem i nie chcę się uczyć. Mogę robić wszystko inne ale tą szlachetną czynność pozostawiam mojej miłości.
Poza tym to zaczęłam przesypiać całą noc. Zupełnie jak dawniej. Ostatnie dwie noce spałam jak zabita. Może dlatego, że przenieśliśmy się ze spaniem na podłogę. Najpierw dlatego, że M. miał drobne problemy z plecami i źle mu było spać na naszej kanapie a teraz na kilka dni przyjechała do nas jego mama. Niemniej jednak spanie na podłodze służy nam obojgu. Naprawdę cudnie mi się ostatnio śpi. No i oczywiście na brzuchu. Lekarz pozwolił to już nawet nie mam oporów.
Z plecami też całkiem dobrze. Ćwiczę więcej jak tylko mam czas. Pogoda się zrobiła bardzo spacerowa więc też z psami więcej czasu będę pewnie na dworze spędzała. Niemniej jednak czuję w końcu, że jestem pełnoprawną ciężarówką. Można już zdjąć kurtkę a bez kurtki to już nie ma wątpliwości, że brzuszek jest. To znaczy tak mi się wydaje. Brzucho rośnie do przodu i nic na boki mi nie idzie więc też często słyszę od znajomych: "Z tyłu to nic nie widać, że jesteś w ciąży". Talia mi w prawdzie zniknęła ale za to mam wcięcie teraz trochę wyżej (na granicy brzucha i żeber), które całkiem nieźle ją chyba imituje.
No i  zaczynam sezon "koniczynkowy". Ci co mnie znają wiedzą, że uwielbiam zbierać czterolistne koniczynki. Natomiast pierwsza zdobycz z tego roku to dwie pięciolistne. Mam nadzieję, że to naprawdę dobry znak.


środa, 8 kwietnia 2015

Pojawia się problem

Co za problem? A dość dziwny i niespodziewany jak dla mnie. Pisałam wcześniej, że bolą mnie trochę plecy jak długo siedzę, nie? No więc w chwili obecnej owe "długo" to jakieś 5-10 min. Wniosek: jestem w stanie bez problemu chodzić, leżeć, biegać, skakać, kucać i co tam jeszcze się da, a gdy usiądę choć na chwilę czuję się jakby mnie ktoś okładał kijem. No mało fajne. Choć co jeszcze bardziej interesujące zawsze boli mnie tylko jedno miejsce - mięsień przy lewej łopatce i nic więcej. Czemu? No nie wiem. Niemniej jednak odpada teraz nie tylko siedzenie przy stole czy posiadówka w kawiarenkach ale też jak się okazuje siedzenie w autobusie czy na wykładach. Zamieniam się więc w stojącą istotę.Trochę to nieciekawy scenariusz ze względu na to, że droga autobusem na uczelnię zajmuje ok 50 min. Do tego potem 1,5h wykład (o ile tylko jeden) i powrót do domu. Wszystko na nogach. Cóż, da się. Zdecydowanie bardziej wolę żeby mnie nogi bolały od stania niż plecy od siedzenia. Poza tym już niewiele mi zostało i w zasadzie na uczelnię mogę chodzić tylko trzy razy w tygodniu. Jakoś do końca kwietnia wytrzymam a potem już tylko na egzaminy się poumawiam. Jak stwierdził jeden z moich wykładowców: "W związku z tym, że zdecydowała się pani jak widać zostać w kraju i dążyć do jego rozwoju i rodzić tu dzieci to się pani wszystko należy." To jak mi się należy to skorzystam. :)
Z jednej strony trochę niefajnie a z drugiej to trochę się cieszę, bo w zasadzie cały czas muszę się ruszać i trochę wysilać. Tak więc nawet jak nie mam czasem czasu poćwiczyć w domu to teraz i tak będę się musiała codziennie kondycją wykazać. Myślę, że to ważne, zwłaszcza pod koniec, żeby tak się nie zasiedzieć i nie zesztywnieć tuż przed rozwiązaniem. Poród to też jakiś tam wysiłek i to nie mały więc chyba lepiej być w miarę dobrej kondycji tuż przed nim. No i muszę przyznać, że naprawdę podoba mi się mój brzuszek. Szczególnie fajny kształt przyjmuje właśnie jak napinam mięśnie brzucha bo robi się wtedy coś w rodzaju stożka.
No i powolutku kończymy kompletowanie wyprawki. Już w zasadzie to prawie wszystko jest, czeka i pachnie (bo wyprane). A czas zasuwa w niewyobrażalnym tempie więc w zasadzie to już naprawdę niedługo. Tymczasem idzie wiosenne ciepełko i sezon grillowo-imprezowy. Może i my niedługo jakiegoś grilla zorganizujemy w naszym uroczym ogródku?

poniedziałek, 6 kwietnia 2015

Brzuch mi urósł

No właśnie. Mój brzuch nagle urósł. I myślę, że słowo nagle pasuje tu idealnie. Mam wrażenie, że pewnego dnia po prostu, zwyczajne się obudziłam a on już był jakby... większy. Przynajmniej w końcu zaczęłam go czuć. Do tej pory po prostu sobie był i nie było z tym żadnych problemów. Niespecjalnie go czułam oprócz tego, że gdy garbię się siedząc to mam wrażenie, jakbym się o coś opierała (macica mi się kończy chyba tuż pod mostkiem i tak można na niej śmiesznie zawisnąć :)). A teraz zaczęłam czuć, że coś mam z przodu i ciągnie mnie to. Ostatnie dwa tygodnie też dość gwałtownie przybrałam na wadze. Wyszło mi kilogram na tydzień i mam nadzieję, że ta tendencja się nie utrzyma. Mogłoby trochę przystopować z powrotem. Nie mam jednak pojęcia skąd ten nagły przyrost. Robię to co zawsze, nie jem wcale więcej a mam nawet wrażenie, że trochę mniej (na pewno mniej w porównaniu z początkiem ciąży). Na pewno nie jem za dwoje choć faktycznie ostatnio wracam powoli do pieczywa i raz na jakiś czas coś słodkiego da się już przetrawić. Nie wydaje mi się, żeby mi się woda w organizmie zatrzymywała bo staram się pić sporo i nie zauważyłam żadnych opuchnięć. No ale nie ma to znaczenia. Dalej mogę chodzić (nawet biegać) a nie toczyć się i ćwiczenia też idą sprawnie to może ten nagły rozrost brzucha i dodatkowe dwa kilo mnie nie dobiją. No i dalej śpię na brzuchu. Już sobie do końca chyba tego nie odmówię.
Fasola natomiast rozpycha się nie na żarty. "Przepraszam bardzo ale co z tą wątrobą? W sensie ona tak tu będzie leżeć? A co mam niby z nogami zrobić? Weź mi z tym wyjazd! (Łup, łup łup) No i weźże mama stąd te flaki. O zobacz, przepchnę je tu na tył i będę miał trochę luzu. A to płucko da się trochę w górę jeszcze podciągnąć? Choć sprawdzimy. No raz, dwa... o udało się!" Tak właśnie Fasola robi mi przemeblowanie wnętrzności. Ale nie narzekam i nie marudzę. Nie dostaję kopniaków pod żebra tylko na bok. Zawsze dostaję z prawej strony (tam gdzie zwykle ludzie mają wątrobę). Jak zaczyna wierzgać to zwykle widać jak tułów wypycha się pleckami na lewo a nóżki właśnie w prawo kopią. W górę na szczęście nie.
Powoli też zaczynamy kończyć kompletowanie dzieciowego osprzętu. Powoli, powoli i zaraz będzie wszystko gotowe. Potem tylko spakować torbę do szpitala, obronić licencjat i tyle. I wakacje z Fasolą! Już naprawdę niedługo a ja kompletnie chyba tego nie czuję. No trudno. Przyjdzie odpowiednia pora to poczuję.

czwartek, 2 kwietnia 2015

Nie myślę o dziecku

Nic dziwnego, że nie specjalnie mam czas nad rozpatrywaniem mojego przyszłego macierzyństwa. Złapałam się na tym, że w zasadzie coraz mniej nad tym rozmyślam. Szkoła rodzenia odhaczona, książki przeczytane, wyprawka w zasadzie skompletowana. Czuję się już oswojona z myślą, że to naprawdę się dzieje i już niedługo będzie nas +1 i jakoś przeszłam z tym chyba do porządku dziennego. No i śpię już normalnie więc w zasadzie mam wrażenie, że moje życie wróciło już w jakimś sensie na kompletnie zwyczajne tory, gdzie człowiek raczej tylko codziennością się przejmuje.
Poza tym im bliżej rozwiązania tym jeszcze bliżej mojej obrony i to ona jakoś zaczęła spychać na drugi plan wszystko pozostałe, łącznie z Fasolą. Bo w zasadzie powinnam skończyć pisać swoją pracę jakoś w przeciągu najbliższych dwóch, trzech tygodni. I bardzo chcę to zrobić. Trochę mi utrudnia życie fakt, że nie mogę na dłużej usiąść i napisać konkretnego fragmentu. Muszę zmieniać pozycje, kręcić się i najlepiej robić co jakiś czas fajrant na ćwiczenia żeby potem płaczu nie było. A ja kurczę, jak mam coś takiego do zrobienia to lubię usiąść i przesiedzieć ciurkiem te trzy godziny, czy ile tam potrzebuję, i zamknąć temat. Lubię chodzić do kawiarni i różnego typu kafejek w takich chwilach. Teraz to odpada a czuję, że siedzenie w domu i pisanie rozciąga wszystko w czasie tak, że aż tracę trochę motywację. No ale już niedługo. Wkrótce wszystko będę miała za sobą.Wtedy pomyślę może jeszcze Fasolce :).
Ona sama ma dużo mniej miejsca w brzuchu niż jeszcze niedawno i faktycznie ruchy są dużo płynniejsze i jakby nieco łagodniejsze, choć zdarzają się (na szczęście rzadko) dość bolesne kopnięcia.No i w zasadzie jakby Fasola się wykluła już teraz to istnieje duża szansa, że oddychałaby samodzielnie. No ale niech posiedzi tam do tej nieszczęsnej obrony. Chciałabym nie musieć się tym przejmować jak już będzie na świecie tylko zająć się uczciwym matkowaniem.

No i tak wygląda nasz 8. miesiąc.
Zaskakuje mnie, że nadal mam dość silne mięśnie brzucha i cały czas da się je ćwiczyć. Oczywiście nie rzucam się na brzuszki ani nic takiego ale delikatnie ćwiczenia na brzuch, czemu nie?

No i dla chętnych na święta, polecam film dokumentalny o dzieciach z różnych stron świata. Film składa się z samych scen pokazujących życie czwórki dzieci od narodzin do ok 1 roku i pozbawiony jest komentarza. Jeden z dzieciaczków jest z Mongolii więc trochę bliski memu sercu.
Babies