środa, 22 kwietnia 2015

Chyba umrę

Otoczenie bardzo wyraźnie daje mi znać, że zbliża się mój koniec. Trochę mnie to zaczyna niepokoić.
Ktoś: "Hej, a na kiedy masz termin?"
Ja: "Na 20-go maja."
K: "Ach! To musimy się spotkać jakoś w majówkę/po majówce" ew. "To będę musiał/a cię odwiedzić jakoś do tego czasu.", "To koniecznie się musimy jeszcze spotkać!"
...Ok, to się spotkajmy. Tylko czemu "koniecznie do tego czasu"? Czuję się jakbym miała potem nagle zniknąć i wszyscy muszą się ze mną pożegnać...
Czemu nikt mi nie powie: "Super, to może spotkamy się jakoś w Boże Ciało jak już sobie powoli zaczniesz układać?" Czy coś w tym stylu.
Znaczy, cieszę się bardzo, że znajomi chcą się ze mną spotykać i też chętnie się będę umawiać ale trochę mnie przeraża to podejście, z którym się ostatnio spotykam. Nie jestem obłożnie chora i nie zarażam dżumą, nie wyprowadzam się na koniec świata i nie będę jechać do szpitala na eutanazję tylko, żeby wrócić z niego w liczbie mnogiej. Tak więc ogłaszam wszystkim wszem i wobec, że po 20-m maja też można się wpisać w grafik w moim kalendarzu. Będzie to nawet bardzo mile widziane gdyby ktoś chciał przyjechać do mnie i Fasolki i nas odwiedzić. Jak już wcześniej pisałam, nie planuję rezygnować z życia towarzyskiego po porodzie. Bardzo mi zależy, żeby utrzymać jego względnie satysfakcjonujący poziom i mam nadzieję, że małe ja nie będzie tego specjalnie utrudniać. A wydaje mi się, że mogłoby to być nawet z korzyścią dla Fasoli. Ba, z pewnością będzie.
Ponadto, chyba zrezygnujemy z wyprawy na imprezę do znajomego w ten weekend. Ogromnie nad tym ubolewam bo ciągnie mnie do ludzi ale M. przekonuje mnie, że może być mi ciężko i mogę się źle czuć i tylko tam męczyć. A, że jesteśmy transportem uzależnieni od innych to nawet nie byłoby jak wrócić na własną rękę gdyby zaszła taka konieczność. A że to on z naszej dwójki jest ten starszy i mądrzejszy to chyba muszę się słuchać. Tak więc żegnaj ognisko, żegnajcie kiełbaski i ziemniaki pieczone, żegnajcie wszyscy fajni ludzie. Zostaję w domu przygotowywać się do swojego pogrzebu... znaczy się - porodu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz