niedziela, 31 maja 2015

Mój poród - cesarka

„Jak się zacznie to na pewno będziesz wiedziała, że to to.” Tak czytałam w internecie. Praktycznie każda babka opisująca swój poród powtarzała to zdanie. A ja byłam kompletnie wygłupiona. Czy to na pewno to? Skoro nie mam pewności to pewnie nie. Ale coś jednak jest nie do końca w porządku więc może jednak? W nocy zaczęły mi powoli odchodzić wody, ale sączyły się tak marnie, że kilka godzin obserwacji potrzebowałam aby się upewnić. W międzyczasie zdążyłam nawet skoczyć do apteki całodobowej po test sprawdzający wody płodowe ale akurat go nie mieli. Niemniej jednak zaczęłam tracić wątpliwości i przekonywać się, że to jednak to. Ach, no i miałam jakieś tam skurcze ale w zasadzie nie różniły się od żadnego wcześniejszego fałszywego alarmu więc nimi się nawet nie sugerowałam. Wzięłam sobie na spokojnie kąpiel i no-spę tak dla formalności. Potem poszłam obudzić M. żeby wyszedł z psami a sama skończyłam pakować się do szpitala i zrobiłam kanapki (tak na wszelki wypadek, żeby M. nie był głodny jak się będę męczyć a ja żebym miała co przekąsić po wyjściu z porodówki).
Byliśmy w szpitalu po 5-tej. Na początku cała masa formalności, badanie i zapis KTG. „Yup, to są wody płodowe. W takim razie proszę się przebrać, mąż pomoże zanieść rzeczy na górę, pożegna się i niech wraca do domu się przespać. Da mu pani znać jak będzie miała zostać przeniesiona na salę porodową, to przyjedzie.”
Trafiłam na salę przedporodową, gdzie za parawanikami było pięć stanowisk z kobitkami czekającymi na rozhulanie się akcji porodowej na tyle, żeby mogły przejść do oddzielnej sali porodowej. I nie oszukujmy się. Większość kobitek spędza na sali przedporodowej od kilku do kilkunastu godzin. Są podłączone pod zapis KTG ewentualnie podaje się tam też środki na pobudzenie akcji porodowej. Moje skurcze były bardzo silne i regularne ale kompletnie niebolesne a co za tym szło, praktycznie nieefektywne, więc ostatecznie dostałam kroplówkę z oksytocyną. Potem faktycznie zaczęły boleć. Nieźle boleć. Jednak czułam wyraźnie, że gdy tylko skurcz ustępował to wszystko wracało do stanu zerowego. I moim zdaniem nawet nie chodzi o ból pojedynczego skurczu (boli piekielnie ale da się wytrzymać) tylko to po prostu trwa godzinami i zarówno organizm jak i psychika w pewnym momencie siadają. Trochę jak agonia. I nic się z tym nie da zrobić. A tu ci przychodzą lekarze i mówią, że jeszcze musisz poleżeć bo akcja porodowa się na dobre nie zaczęła. A ty nawet już nie chcesz wiedzieć jak wygląda „na dobre zaczęta akcja porodowa”.
Osobiście całkiem nieźle chyba sama to znosiłam. Podczas skurczu starałam się głęboko oddychać choć czasem czułam, że aż się cała trzęsę. Trochę się czułam jakbym odpływała na tą minutę czy ile to tam było. Nie miałam w tych krótkich momentach żadnego kontaktu ze światem.
W końcu nadszedł ten czas i przeniesiono mnie na salę porodową. Było to około godz. 16-tej. M. był już w szpitalu i zaraz do mnie dołączył. Mimo bólu byłam absolutnie przeszczęśliwa z czego śmiała się położna zajmująca się nami na sali przedporodowej. Cieszyłam się, że to się już dzieje, że jest tam ze mną M., że zaraz Fasolka będzie na świecie. Bardzo chciałam się dobrać na sali porodowej do całego sprzętu jaki tam był. Poskakać na piłce, powieszać się na drabinkach, może nawet wejść do wanny. Jednak lekarze znów podłączyli mnie pod KTG i kazali na razie leżeć. No więc cierpliwie leżałam i czekałam gadając z M. w przerwach między tymczasowymi skurczowymi odjazdami.
I jakie było moje zdziwienie gdy w zasadzie po niecałej godzinie do pokoju weszła cała ekipa lekarzy i jedna pani oświadczyła mi, że z zapisu KTG wynika, że z każdym skurczem spada tętno Fasolki a akcja porodowa nie rusza się ani o krok do przodu. „Nie widzę szansy na to, że poród mógłby zakończyć się w ciągu najbliższych dwóch, trzech godzin a w związku z zaistniałą sytuacją (zapis KTG) proponujemy pani cesarskie cięcie. Choć nawet i teraz nie mamy pewności, że po cesarskim cięciu dziecko dostanie 10 punktów (skala Apgar oceniająca noworodki zaraz po narodzinach).”
Byłam w kompletnym szoku. Absolutnie się tego nie spodziewałam. Nawet nie brałam pod uwagę cesarskiego cięcia. Tak się cieszyłam, że Fasolka jest obrócona głową w dół i nie mam też żadnych innych wskazań do cięcia a tu nagle ni stąd ni zowąd taki cios obuchem w głowę. Zostaliśmy na chwilę sami z M., żeby to przegadać a ja wybuchnęłam płaczem. Oczywiście nie upierałabym się za żadne skarby na poród naturalny w takiej sytuacji i nie narażała Fasolki ale czułam, że w jakimś sensie poniosłam druzgocącą porażkę.
„A może spójrz na to nie jak na swoją porażkę, tylko jak na tryumf techniki?” powiedział M. „Nie ma co ryzykować.” Jasne, wiem o tym. Jedziemy na stół. Jeszcze leżąc na sali operacyjnej ryczałam a lekarze nie mogli się nadziwić, że kobieta płacze bo chcą jej zrobić cesarkę. Tak wiem, większość dałaby się pokroić za to żeby nie męczyć się podczas porodu naturalnego. Jakie dosłowne to w tym wypadku.
A mnie zadziwiło tempo całego zabiegu. W dwie minuty od podania znieczulenie lekarze przeszli do operacji która też nie trwała więcej niż trzy minuty. To dłużej samo zszywanie zajęło. A jakie to uczucie jak ci dziecko z brzucha wyciągają? Paskudne! Znieczulenie sprawia że nie czuje się bólu ale dotyk sam pozostaje. Moje wrażenie było takie jakbym była napchanym pokrowcem, z którego ktoś siłą wyciąga zawartość. Brrr... Naprawdę paskudne.
A potem pokazali mi Mikołajka i... podali mi jeszcze całego obślizgłego do pocałowania. To było zabawne. Chwile potem w zasadzie odpłynęłam. Pewnie zarówno ze zmęczenia jak i nadmiaru emocji. Pamiętam tylko, że jeszcze na korytarzu podszedł do mnie M., pocałował i pojechałam na salę pooperacyjną, gdzie obudziłam się po jakichś dwóch godzinach. Niedługo potem przywieźli mi Mikołajka i spędziliśmy razem czas do północy. Potem zabrano go na salę noworodkową a ja mogłam zasnąć i odpocząć.

poniedziałek, 25 maja 2015

Kiedy wreszcie urodzę?

Szyjka skrócona, główka jest już bardzo nisko, kanał rodny otwarty i ok 2 cm rozwarcia. Cokolwiek by to wszystko znaczyło to wg pani doktór, która mnie ostatnio badała, jest to bardzo dobra gotowość porodowa i gdy już coś się zacznie dziać to powinno pójść szybko i sprawnie. Super, tylko kiedy w końcu coś się zacznie dziać?! Już mam dość tego ciągłego czekania i zastanawiania się codziennie: czy to już, czy to już? Zaczęłam kompletnie olewać wszelkie skurcze i bóle. Mam dość tych fałszywych nadziei. Ponoć jak już się zacznie coś na serio to nie będę miała wątpliwości, że to to. Wtedy może zacznę liczyć znów te przeklęte skurcze.
Jestem dobita tym, że tak się to przeciąga. Pisałam w prawdzie, że dziecko ma czas do dwóch tygodni po terminie, żeby przyjść na świat jednak jeśli do środy nic się nie ruszy to mam się stawić w szpitalu i zostaję na patologii ciąży. Nie chcę tego. Tak bardzo tego nie chcę. Pobyt w szpitalu będzie działał na mnie jeszcze bardziej stresująco a stres przecież tylko opóźnia poród. Boję się, że ostatecznie lekarze będą mi chcieli wywoływać poród a skurcze po podanej oksytocynie są jeszcze boleśniejsze od normalnych porodowych. Więc jeśli zwykły poród jest określany przez kobiety jako "największy ból ever" to ja nie chcę wiedzieć jaki jest po oksy. Fakt, że oksytocyna przyspiesza bardzo samą akcję porodową ale ja bym tak bardzo chciała, żeby to poszło po swojemu i naturalnie. I mam wrażenie, że coś robię źle. Że to moja wina, że dzieciaczek się jeszcze nie urodził. Wiem, że to nieprawda i wszystko jest sterowane przez organizm i hormony ale nic na to nie poradzę. Mam wrażenie, że brakuje tylko jakiejś drobnej iskry, że coś przeoczyłam albo zaniedbałam i naprawdę mnie to powoli wykańcza. I wiem, że takie zamartwianie się w niczym nie pomaga, ale to już chyba silniejsze ode mnie. Chcę, żeby to już było za mną...
 No ale mam też dwie pocieszające wiadomości. Jedna to, że będąc dziś w szpitalu na KTG spotkałam znajomych ze szkoły rodzenia. Mieli termin na dokładnie ten sam dzień co ja i u nich też jeszcze nic więc bardzo prawdopodobne, że spotkamy się na porodówce. Bo jak nic się nie ruszy to obie idziemy w środę do szpitala. Pogadałyśmy trochę i w zasadzie pocieszyłyśmy się nawzajem. Mamy bardzo podobne odczucia co do tego wszystkiego i dobrze było spotkać kogoś kto jest w takiej samej sytuacji i cię rozumie.
Druga dobra wiadomość przyszła od mojego promotora i brzmiała tak: " Nie wiem czy już mogę gratulować zostania mamą, ale z pewnością mogę gratulować ukończenia pisania pracy dyplomowej." Yupi! Wystarczy to teraz wydrukować i złożyć w dziekanacie. A obrona jakoś w czerwcu zapewne. Cieszę się, że już się tym nie muszę przejmować.
Tymczasem wracam do próby niezamartwiania się.

piątek, 22 maja 2015

Dziecko się przestraszy

- Jak minie termin porodu i nic się nie będzie działo, to proszę jechać do przychodni przyszpitalnej, żeby panią zbadali - tak mi powiedział mój lekarz prowadzący na ostatniej wizycie.
W związku z powyższym chciałam dziś się zapisać do przychodni na wizytę lecz telefonicznie zostałam poinformowana, że w przychodni nie ma miejsc na dziś i mogę spróbować zgłosić się osobiście i zobaczyć czy jakiś lekarz mnie przyjmie lub pojechać na izbę przyjęć. M. wziął wolne i pojechał ze mną na izbę przyjęć. Tam podpięli mi KTG (badające tętno dzieciaczka i skurcze) i wyszło na to, że w zasadzie wszystko jest ok. ALE, że jestem już po terminie to lekarz chciał zostawić mnie już w szpitalu. Potwornie mnie to zestresowało. Z badania w prawdzie wynika, że jest tam jakieś 2cm rozwarcia i macica jest napięta (choć regularnych skurczów nie ma), ale w takim stanie może się to jeszcze utrzymywać kilka dni. Nie chcę bez potrzeby leżeć kilka dni w szpitalu. Po naradzie, M. zgodził się, żebym podpisała, że na własną zgodę odmawiam pobytu w szpitalu i wróciliśmy do domu. Wolę czekać tutaj z psami i M. niż tam. Nawet jeśli miałoby się okazać, że jeszcze dziś wieczorem będziemy musieli jechać tam z powrotem. Ale żeby było śmiesznie to okazało się, że lekarz który mnie badał mieszka dwa bloki od nas. Świat jest mały.
A o co chodzi z przestraszonym dzieckiem? No więc już któryś raz słyszałam o tym, jak to wystraszymy dziecko gdy pojawi się już na świecie. A czym? Dwoma rzeczami: brodą M. (którą zapuścił ostatnio) i pluszowym Kthulhu. I wiecie co? Dla mnie to trochę jakby mi ktoś mówił, że dziecko przestraszy się, jak zobaczy u kogoś nos lub słodkiego pluszowego misia. Bo co za różnica? Przecież ono nigdy w życiu niczego wcześniej nie widziało. Skąd ma wiedzieć, że broda jest straszna a zwykły nos nie? Skąd ma wiedzieć, że nie trzeba bać się czerwonej bluzy? Skąd ma wiedzieć, że pluszowy miś jest uroczy a pluszowy Kthulhu przerażający? Nie ma przecież żadnych wzorców na razie. Przecież ono nigdy wcześniej niczego nie widziało. Wydaje mi się raczej, że to z czym spotka się na początku będzie dla niego normalne i naturalne, niezależnie co to będzie.
Czytałam gdzieś o tym, że u małych kaczek jest krótki okres, tuż po ich wykluciu, który warunkuje to jak postrzegają siebie i swój gatunek. Zazwyczaj w tym czasie jest przy nich ich mama i właśnie ona staje się pierwotnym wzorcem. Jednakże gdy naukowcy pokazywali kaczkom w tym okresie zielony balonik, to potem już zawsze, gdy miały okazję, wolały podążać za zielonym balonikiem niż innymi kaczkami.
No bo dlaczego dziecko ma się bać czegoś o czym nie wie, że jest straszne (bo skąd ma to wiedzieć?!)? Jeśli zna głos M., będzie kojarzyć go też po porodzie. Skoro będzie go kojarzyć po porodzie to automatycznie jest to coś, co daje raczej jakieś poczucie bezpieczeństwa. Tak samo jak dziecko przyzwyczaja się do głosu matki. Biorąc pod uwagę, że małe dzieci w ogóle mają słaby wzrok po porodzie to uważam, że kwestia tego co słyszy (czyli tych bodźców z którymi wyraźnie się wcześniej spotkał) jest dużo ważniejsza niż broda tatusia.
Tymczasem my dalej cierpliwie czekamy.

środa, 20 maja 2015

Wyznaczony termin porodu

Wyznaczony termin porodu jest dokładnie dziś. Tymczasem nic się nie dzieje. Ostatnio chodzę trochę zestresowana tym czekaniem. Niby jeszcze żadna tragedia bo, jak już pisałam, poród może odbyć się od dwóch tygodni przed do dwóch tygodni po wyznaczonym terminie i wszystko jest w takiej sytuacji w porządku ale męczy mnie już trochę to czekanie. I to naprawdę miłe, że znajomi i rodzina nieśmiało się dopytują "czy już?", ale z drugiej strony czuję na sobie dziwną presję z tego powodu. Nie mogłam dziś spać w nocy. Większość porodów ponoć zaczyna się w nocy więc gdy kładę się spać wieczorem i później obudzę się po kilku godzinach i wiem już, że nic się nie dzieje to trochę się tym martwię. Może to głupie ale strasznie to na mnie siedzi. I pytania: "jeszcze nie urodziłaś?". Jakby to ode mnie zależało... Czuje się trochę zmieszana i zakłopotana. Jakbym wszystkich zawiodła.
Ja też przecież chciałabym mieć już Fasolkę w rękach. Rzadziej piszę nawet do M. gdy jest w pracy. On też już taki niecierpliwy chodzi. Mam wrażenie, że siedząc w pracy, gdy do niego napiszę będzie myślał, że już się coś zaczęło i też będzie zawiedziony, że to jeszcze nie to.
No i w zasadzie siedzę w domu już cały czas. Nawet bym poszła na uczelnię ale chyba mi się to nie opłaca specjalnie. Czekam na kolejnego maila od promotora z informacją, co dalej z moją pracą i w zasadzie nic konkretnego nie mam do roboty. Wzięłabym się za mieszkanie i coś ogarnęła ale też mi się potwornie nie chce. Gram w Wiedźmina przez większość czasu. No i może zrobię czasem coś dla siebie. Wczoraj na przykład postanowiłam trochę wyżyć się twórczo.








Robienie pluszaków i pacynek to fajna sprawa. Niestety jednak nie najlepszy to pomysł przy niesprawnym nadgarstku. Uszycie królika (którego M. nazwał ostatecznie Harry, bo z jakiegoś powodu kojarzy mu się z Harrym Potterem), zajęło mi kilka godzin, a nie jest to wcale takie skomplikowane. Musiałam jednak często robić przerwy i ostatecznie i tak do wieczora bolała mnie cała ręka. Zrobiłabym ich więcej, szczególnie tych pacynek ale na razie nie będę się tym katować.
Mam ochotę przewegetować gdzieś do dnia porodu. Cieszę się, że się przynajmniej dobrze czuję. Oprócz nadgarstka nic mi nie jest. Żadnego bólu kręgosłupa, żadnych opuchniętych i bolących nóg i nie chodzę jak kaczka. Mogę wyjść z Neską na długi spacer (co też często robię) i pójść normalnie na zakupy. Nawet pojechałabym się z kimś spotkać gdyby nie to, że wszyscy mają albo sesję albo milion innych ważnych rzeczy do zrobienia.
Co poradzić? Nic tylko czekać aż dzieciaczek postanowi  się w końcu pokazać światu.

poniedziałek, 18 maja 2015

Zespół cieśni nadgarstka

Tak się dobrze chowałam całą końcówkę ciąży, a teraz co? Teraz zespół cieśni nadgarstka. Pisałam wcześniej, że drętwieje mi ręka. Już wiem co jest tego przyczyną - zespół cieśni nadgarstka. Nigdy wcześniej o tym nie słyszałam, a teraz muszę szukać sposobów, żeby sobie z tym jakoś poradzić. A co to w ogóle jest?
"Wewnątrz kanału nadgarstka biegnie nerw pośrodkowy, który jest odpowiedzialny za zginanie palców. Do ucisku nerwu pośrodkowego może przyczynić się obrzęk tkanek, wywołany na przykład zatrzymywaniem wody w organizmie."
Zatrzymywanie wody w organizmie jest bardzo częstą przypadłością w ciąży. Do tej pory sądziłam, że mnie to nie dotyczy. Nie widzę u siebie żadnych opuchnięć ani na nogach ani na rękach. No może jakoś minimalnie w okolicach... no właśnie - nadgarstków. Choć szczerze mówiąc to zauważyłam to tylko dzięki temu, że mam wokół lewego nadgarstka przewiązany sznureczek, który ostatnio zaczął się robić coraz ciaśniejszy, bo zobaczyć, że mam opuchnięte ręce, faktycznie nie sposób. No ale nawet ta odrobina wody zatrzymana w moim ciele doprowadziła do tego, że pojawił się u mnie ów zespół cieśni nadgarstka. Ale nawet w związku z tym mam dobrą i złą wiadomość. Dobra jest taka, że pojawiło mi się to na kilka dni, nie miesięcy, przed porodem i potem powinno przejść samoistnie. Zła jest taka, że niestety dość szybko nasiliło się to do tego stopnia, że mam problemy z używaniem prawej dłoni. Jak tylko zaczynam nią pracować to pojawia się ból promieniujący na wnętrze dłoni aż do łokcia. Niefajne. Do tego mam permanentnie odrętwiałe opuszki palców. Cały czas czuję mrowienie z którym niewiele da się zrobić. No ale na szczęście to tylko jedna dłoń a nie obie.
Jak sobie z tym radzić? Internety piszą, że w zasadzie nie leczy się tego tylko rozwiązuje się problem operacyjnie (w ciąży zwykle wystarczy poczekać do rozwiązania). Poza tym wyczytałam, że pomaga noszenie opaski na nadgarstek. Wczoraj w końcu zdecydowałam się obwiązać sobie go bandażem, bo opaski nie mieliśmy i w zasadzie pomogło. Ból minął. Zostały tylko odrętwiałe palce ale z tym da się żyć. Do tego muszę z powrotem dużo zacząć pić. Przez całą ciążę dużo piłam i wierzę, że to zapobiegało zatrzymywaniu się wody w organizmie a ostatnio przestałam. Ciekawa jestem czy jak znów zacznę się poić ile się da to wszystko wróci do normy. Chociaż może nie będę miała szansy się przekonać bo Fasolka w końcu zdecyduje się pokazać światu? Byłby cudownie.
Już przestałam dopatrywać się u siebie oznak zbliżającego się porodu. Teraz nachodzą mnie zupełnie inne myśli. Że Fasolka się zaprze i postanowi wyjść dopiero za jakieś dwa tygodnie albo coś w tym stylu. Zaczęłam ignorować pojawiający się ból brzucha. Przestałam się łudzić, że faktycznie coś zwiastuje. Skurcze też bardzo rzadkie i w zasadzie od tego "fałszywego alarmu" to nic się nie dzieje. Chodzę dużo, ruszam się cały czas, nawet do autobusu biegam jak mam okazję ale nic nie pomaga. Nic tylko czekać. I odpisywać grzecznie wszystkim zainteresowanym: "Nie jeszcze się nie wykluliśmy. Na pewno dam znać jak już Fasolka będzie na świecie."

piątek, 15 maja 2015

Szlafrok i godz. 21

Rano, chwilę po budziku, dostaję sms'a:
"Szlafrok mi się dziś śnił!"
Nie bardzo rozumiejąc o co chodzi, odpowiadam, że mnie śniło się, że latam, czaruję, uciekam z domu (do Tomaszowa Lubelskiego, ale przez Warmię i pomorze, nie wiedzieć czemu), próbuję przechytrzyć gang narkotykowy i próbują mnie zabić (i wiele więcej do tego ale już pominęłam szczegóły) i pytam, czy ma to jakieś ukryte znaczenie. Miało. Sen o szlafroku ponoć oznacza powiększenie się rodziny. Mój brat chciał, żeby Fasolka wyszła na świat 14-tego bo to dokładnie miesiąc po jego urodzinach i łatwo byłoby zapamiętać. Fasolka jednak gdzieś miała astrologię (czy co to tam jest co się znaczeniami snów zajmuje) i nadal siedzi mi pod sercem. A widać, że już każdy chciałby ją mieć w łapkach i oglądać. Ja już bym bardzo chciała, zwłaszcza, że czuję jakby stwór był już naprawdę gigantyczny. I znam dokładnie jej cykl dobowy. Największą aktywność wykazuje koło godziny 11 i 21. Szczególnie o 21. Wtedy zaczyna się jej półtorej godziny szaleństwa, które już wcale nie jest dla mnie przyjemne. Kopie i wierci się naprawdę mocno. Często dostaję w nerwy gdzieś w okolicy miednicy i promieniuje mi to na całą nogę, jedną lub drugą (już mi dziecko gra na nerwach). Bardzo często zdarza się też, że boleśnie zaatakuje mój biedny pęcherz i aż mnie skręca czasem. Żadna zmiana pozycji, głaskanie i prośby nie pomagają. Nawet złote ręce taty często nie dają rady. To jest półtorej godziny dla Fasoli i mamy się nie wtrącać! Co poradzić?
Zaczęłam za to regularnie pić herbatę z liści malin. Nawet nie na samo przyspieszenie porodu ale ponoć wcześniejsze jej picie może potem wspomóc samą akcję porodową. Nie wiem ile w tym prawdy ale zaszkodzić nie zaszkodzi a w smaku jest też nie najgorsza.
Tymczasem leseruję już od uczelni. W tym tygodniu nie pojawiłam się tam w ogóle i tylko naniosłam te poprawki na pracę licencjacką. Niby mam już egzaminy za sobą ale w zasadzie to mogłabym jeszcze chodzić na zajęcia. No i powinnam jeszcze dostać dwa wpisy do indeksu o które też będę musiała się uśmiechnąć kiedyś. Więc w przyszłym tygodniu chyba się tam jeszcze pojawię.
Tymczasem, razem z M. oczekujemy już bardziej konkretnego terminu niż dzień przyjścia Fasolki na świat. 19-tego maja wychodzi w końcu nowy Wiedźmin. W związku z tym też M. załatwił nową kartę graficzną, która da radę tą grę udźwignąć. O mały włos jednak nasz komputer by samej karty nie udźwignął bo się zwyczajnie do niego nie mieściła. Pan inżynier pogrzebał jednak trochę i w końcu się udało. No i zapewnia mnie, że mimo iż podłączone są do niej dwa (może trzy) kable zasilające to nadal ciągnie ona mniej prądu niż nasza lodówka.

wtorek, 12 maja 2015

Fałszywy alarm

M.: Więc jak często masz skurcze?
Ja: Co trzy minuty.
M.: I od jak dawna?
Ja: No nie wiem. Jak jechaliśmy autobusem to się zorientowałam i zaczęłam liczyć.
M.: A przy jak częstych należy jechać do szpitala?
Ja: Jak są co 5-10 minut.
M.: Więc na co jeszcze czekamy?
Ja: Bo najpierw trzeba wziąć no-spę, i jak nie przechodzą to wziąć ciepłą kąpiel i jak dalej nie przechodzą to dopiero. Mają być regularnie co 5-10 min i trwać jedną lub dwie godziny. Poza tym nic mnie nie boli. One po prostu są.

Po no-spie przeszło jak ręką odjął.

Ale naprawdę już się nie możemy doczekać. Upatruję się w sobie najróżniejszych oznak zbliżającego się porodu. Znów coraz częściej i coraz dłużej czuję bóle w podbrzuszu przy których robi mi się niedobrze. Jak tylko gdzieś idę to łapią mnie skurcze. Poza tym od dwóch dni czuję już wyraźne ciągnięcie i lekki ból w pachwinach, też bardzo wyraźny podczas chodzenia. Brzuch mi często bardzo twardnieje.
No i powinnam wziąć się w garść i dopisać te poprawki do pracy, co mi promotor wysłał ale mi się tak bardzo nie chce. Tak bardzo, że próbowałam zrobić tłumaczenie tekstu z google tłumacza, zamiast samemu do tego przysiąść. Nawet nie przejmowałam się perełkami typu: "Astrologia, ustawiony w środku mięczaków na trafienie.", wmawiając sobie, że wystarczy zrozumieć kontekst i nie trzeba będzie w zasadzie sięgać po słownik. Niestety nie mam pojęcia o jakie mięczaki i astrologię chodzi :/.
No i Wiedźmin III wychodzi za tydzień a ja nawet nie mam sumienia kończyć teraz przechodzenie dwójki bo... muszę poprawić licencjat. I takie błędne koło się zamyka.
Łapie mnie apatia bo nie mogę zająć się fajnymi rzeczami - nie mogę zająć się fajnymi rzeczami, bo powinnam skończyć licencjat - nie mogę skończyć licencjatu bo łapie mnie apatia.
No ale przynajmniej Hermesik znów się dobrze czuje.

niedziela, 10 maja 2015

Myślałam, że masz okres...

Jednak udało mi się jeszcze przed porodem zaliczyć jedną imprezę. Znajomy robił grilla, tym razem w Warszawie a nie gdzieś daleko, więc pozwoliłam sobie pójść. Było całkiem sympatycznie i sporo nowych ludzi poznałam bo większości w zasadzie nigdy wcześniej nie widziałam. Jako że impreza odbywała się w ogrodach działkowych to postanowiłam zwinąć się stamtąd przed 23-cią, żeby zdążyć jeszcze przed zamknięciem bramy. Jest jeszcze w prawdzie możliwość przejścia za pomocą drabiny przez ogrodzenie ale uznałam, że nie będę jednak szaleć. Później jedna z nowo poznanych dziewczyn powiedziała mi, że gdy mówiłam, że w moim stanie nie wiem czy łażenie po drabinie jest dobrym pomysłem i złapałam się za brzuch, myślała, że mam okres. Cóż, a ja myślałam, że dziewiąty miesiąc jest już nie do przeoczenia. :)
Cieszę się strasznie, że poszłam i najadłam się pysznych rzeczy z ogniska i grilla i tak swobodnie mogłam jeszcze czuć się wśród znajomych. Nie mam bladego pojęcia jak to będzie wyglądać potem. Jak często uda nam się znaleźć opiekę dla dzieciaczka, gdy będziemy chcieli gdzieś wyjść i jak często będziemy mieć taką możliwość. Czy faktycznie będziemy postrzegani jako martwi dla jeszcze bezdzietnej części społeczeństwa czy uda nam się zachować w jakiś sposób to życie, które prowadzimy teraz. Liczę zdecydowanie na to, że Fasolka nie stanie się teraz absolutnie całym naszym światem tak aby przysłonić wszystko co do tej pory robiliśmy. Nie postrzegam dziecka na razie jako przeszkody i mam nadzieje, że taką przeszkodą nigdy nie będzie. Zdaję sobie sprawę, że będzie wymagać dużo opieki, czasu i uwagi ale dużo nie oznacza też przecież cały możliwy.
Jeśli chodzi o moje samopoczucie to czuję się naprawdę świetnie. Dawno już nie dokuczały mi plecy (unikam pozycji siedzących i dość sporo się ostatnio ruszam), śpię rewelacyjnie i wbrew temu co się naczytałam, mam wrażenie, że coraz rzadziej chodzę do toalety. Z nowinek to pojawiło mi się drętwienie prawej ręki od łokcia w dół. Nie jestem w stanie dokładnie określić czym jest powodowane. Pojawia się w różnych sytuacjach i zwykle dość gwałtownie się nasila ale wystarczy trochę rękę rozruszać i problem mija.
Jeśli chodzi o resztę domowego gospodarstwa to na zdrowiu podupada coraz bardziej Hermesik. Pewnie ze względu na wiek łapią go różne choroby coraz częściej. Całe szczęście, że jest ciepło i większość czasu spędza na ogródku. Czasem ma problemy z zapanowaniem nad swoim ciałem i też nie pała radością na myśl o spacerze, nawet jak tylko przed blok wychodzimy. Mimo wszystko jednak zdarzyło się kilka razy, gdy wychodziliśmy gdzieś na dłużej i zostawialiśmy go w domu, że zdarzył się wypadek na dywanie bądź na łóżku. Ostatnio już bardzo mnie to przybiło. Zestresowałam się tym, że mój, stary, schorowany pies, którego M. zgodził się przyjąć pod swój dach w pakiecie z moją skromną osobą znów angażuje nas w mało przyjemne sprzątanie po sobie. Wiem, że może to po prostu budzić obrzydzenie. M. widząc mnie powiedział tylko, żebym się nie przejmowała i zostawiła mu sprzątanie. Żebym się nie martwiła bo nie ma to naprawdę żadnego znaczenia i ważniejsza jest istota żywa niż jakieś tam rzeczy. No i w końcu niedługo pojawi się dzieciaczek i na pewno po nim też nieraz trzeba będzie posprzątać.
Jak go nie kochać? Nic tylko cieszyć się, że trafił mi się taki fajny tatuś dla moich dzieci.

A mój brzuch to z mojej perspektywy wygląda bardziej na kwadratowy niż okrągły:

czwartek, 7 maja 2015

Zaklepane, mój! - czyli wycieczka do USC

- Mam już na Ciebie papier - powiedział M. do mojego brzucha gdy wychodziliśmy dziś z urzędu stanu cywilnego. A po co tam w ogóle byliśmy?
W przypadku dzieci urodzonych w małżeństwach istnieje zasada tzw. domniemanego ojcostwa, co oznacza, że każde urodzone dziecko z założenia jest dzieckiem męża matki. W przypadku konkubinatów (nie znoszę tego słowa) już tak elegancko nie jest. Dlatego też pojechaliśmy dziś rano do urzędu, na umówioną wizytę, żeby podpisać dokument o uznaniu ojcostwa. Tak więc teraz  już Fasolka oficjalnie jest potomkiem M. i będzie nosić jego nazwisko. Nie ma przebacz, jak wyjdzie mały Mongołek to i tak będzie musiał kochać jak swoje.
Moje wakacje za to jednak trochę poczekają. Myślałam, że poprawki pracy licencjackiej są już tylko drobną kosmetyką i formalnością, lecz mój promotor chce więcej, więcej, więcej i podsyła mi kolejne rzeczy, o których warto by wspomnieć. Niby nie jest tego wiele ale trzeba przysiąść nad tłumaczeniem a tego mi się już nie chce. No ale mam teraz już dużo czasu i nie pozostaje mi nic jak czekać na Fasolkę to grzecznie nad tym przysiądę. No ale czy faktycznie nic więcej do roboty nie mam? Nie powiedziałabym. Do premiery nowego Wiedźmina zostały niecałe dwa tygodnie a ja ponownie muszę przejść drugą część gry, żeby mieć elegancką kontynuację w Dzikim Gonie. Trochę czasu trzeba na to poświęcić jednak, więc też tak kolorowo to nie jest. A kochany M. kupił mi jeszcze Game Boy'a advance, żebym miała się czym zająć w szpitalu po porodzie i pościągał kilka gier, które przecież też się same nie przejdą. Tak więc na wakacje mam zaplanowane kilka poważnych i pracochłonnych rzeczy. Może to i śmieszne ale musiałam się sporo powstrzymywać, żeby nie dobierać się do niczego podczas pisania pracy. Już bym chciała w końcu a tu kolejne rzeczy do zrobienia. No ale trzeba się wykazać cierpliwością i sumiennością. W końcu mam być zaraz odpowiedzialną mamą :).
A tak całkiem na poważnie to trochę mnie przeraża myśl o tym, że już będę miała cały uczelniany zgiełk za sobą. Nie lubię mieć za dużo wolnego czasu bo zawsze mam wrażenie, że za dużo bezwartościowych rzeczy wtedy robię. Tak więc w pierwszym odruchu po wczorajszym egzaminie trochę się przeraziłam, że to już i koniec, więc może lepiej, że jeszcze mogę przysiąść i dopracować mój licencjat. Oczywiście, że będę na to narzekać ale w głębi serca to chyba lepiej dla mnie, że mam jeszcze się czym zająć.
Tymczasem ubolewamy jeszcze trochę nad tym, że stracimy naszą nową szafę.
Niedługo nasza babybaddrobe zostanie zajęta całkowicie przez Fasolkę.:)

środa, 6 maja 2015

Wakacje i płacz dziecka

Dziś zdałam ostatni egzamin. W takich chwilach bardzo się cieszę z wyboru niszowego kierunku, na którym wszystko odbywa się tak kameralnie. Wykładowcy nie robili problemów, żebym wszystko zaliczyła wcześniej, ja się pouczyłam ładnie a koledzy i koleżanki z roku wiedzą też już co dokładnie ich czeka na sesji. Zostaje tylko obrona i coraz bardziej wątpię, żeby udało się ją załatwić przed porodem. A nawet jeśli nie, to trudno. Ważne, że wszystko inne mam już z głowy.
Za nami też już ostatnia wizyta u lekarza i mamy gotowy komplet dokumentów do szpitala (wszędzie ze mną jeżdżą na wszelki wypadek). Mam wrażenie, że Fasola wypełnia cały mój brzuch. Zjadła już jelita i wątrobę a teraz dobiera się do nerek. Innego wytłumaczenia nie widzę. Nie mam wielkiego brzucha i jak mu się przyjrzeć to czasem wygląda jakby ktoś wcisnął tam dziecko i naciągnął na nie skórę. Tu wystaje coś, tam coś wystaje i się do tego rusza. A to nagle wszystko przekręca się na którąś stronę i cały kształt się zmienia. Musi to śmiesznie wyglądać jak ktoś mi się przypatruje gdy jadę autobusem bo bardzo wyraźnie czasem widać jak mi się dziecię pod bluzką rusza.
No ale właśnie a propos tego dziecka. Tak się ostatnio nad tym zastanawiałam, że nawet niemowlaki, takie zaraz po urodzeniu, grymaszą albo płaczą gdy im coś nie pasuje. I jakoś nie wydaje mi się, żeby zdobywały tą umiejętność w dniu porodu. W sensie, czy czasem nie jest tak, że dziecko w brzuchu też się gorzej czuje czasem lub coś go uciska albo mu przeszkadza a my nie zwracamy na to uwagi? I to biedne dziecko chciałoby zapłakać i próbuje protestować a my nawet o tym nie wiemy.
"Och, moje maleństwo uwielbia tą muzykę. Zobacz jak się zaczyna przy tym kręcić!"
A Fasolka w brzuchu panikuje bo za głośno/dziwnie/strasznie.
Na pewno takie sytuacje się zdarzają.
Ja zauważyłam, że Fasolek nie lubi gdy siedzę na podłodze, szczególnie po turecku. Musi mu się wtedy robić bardzo niewygodnie bo zaczyna nieźle wtedy dawać czadu. Szkoda trochę bo mnie jest całkiem wygodnie w tej pozycji.
Ja za to ostatnio coraz częściej czuję rozmaite bóle. Doprawdy, do wyboru, do koloru. A to podbrzusze, a to Fasola w jakiś nerw trafi, a to coś dziwnego w krzyżu, a to moja nieszczęsna łopatka znów ma jakiś problem, a to coś mnie w pachwinie ciągnie. Nic jakoś specjalnie nie utrudnia mi życia i bardziej z ciekawością niż niechęcią to obserwuje. W końcu wszystko zmierza ku jednemu i nie będzie trwać wiecznie. Dodatkowo im bliżej porodu tym mniej mnie on stresuje. Bardziej skupiam się na tym gdzie i kiedy się zacznie bądź co będzie potem. A to pół godziny pomiędzy to jakoś się przecież przeżyje. :)

niedziela, 3 maja 2015

Koniec jest blisko

Zostały jakieś dwa tygodnie. Nie ukrywam, że oboje z M. już z lekkim zniecierpliwieniem odliczamy. Ponadto są dni gdy już bardzo wyraźnie czuję, że coś się zaczyna powoli dziać. Ostatni tydzień minął na częstych bólach podbrzusza (zupełnie jak miesiączkowe). Niektóre trwały nawet kilka godzin, szczególnie w nocy. Nie powiem, żeby były jakoś szczególnie dla mnie kłopotliwe. Biorąc pod uwagę to jak źle przeżywałam zawsze miesiączki to jakieśtam pobolewanie w dole brzucha niespecjalnie robiło na mnie wrażenie, nawet jak trochę przeszkadzało spać. Do tego coraz częściej zdarzają się tzw. skurcze przepowiadające - zwykle jak chodzę. Nie ma w nich na razie żadnej regularności ale na wszelki wypadek mam ściągniętą na telefon aplikację liczącą skurcze porodowe. Co się będzie człowiek zastanawiał i gapił ciągle na zegarek jak można po prostu klikać w telefon.
Jeśli chodzi o Fasolę to pamiętam, że wspominałam, że nieco mniej się już rusza bo ma mniej miejsca i takie łagodniejsze już te ruchy. I wiecie co? Chyba jakiś gorszy dzień wtedy mieliśmy. Wracam do moich wcześniejszych wrażeń: to dziecko chyba nigdy nie śpi. Albo wyjątkowo kopie również przez sen. Więc pozwalam sobie nie liczyć ruchów dziecka jak to jest zalecane - wiecie, dwa razy dziennie liczymy i ma być co najmniej 10 ruchów na godzinę a jak nic nie ma to zjeść coś słodkiego i odczekać kolejną godzinę. Ja zaczynam się lekko niepokoić jak nie czuję nic przez jakieś 15-30 min. 10 ruchów to my mamy średnio na minutę. Chyba że podejdzie tatuś. Jestem już prawie w 100% pewna, że ma jakieś złote ręce.
Ja: Daj łapkę. Zobacz jak wariuje znowu!
M. przykłada dłoń a w moim brzuchu nagle zapanowuje magiczny spokój.
Ja: Będę zachwycona, jak ta sztuczka będzie działać i po porodzie...
A to już zaraz! Nie wiem w prawdzie czy zdążę się jednak obronić przed rozwiązaniem bo coś jest z komisją na moim wydziale ale ostatnie dwa egzaminy zdaję w tym tygodniu to najwyżej na samą obronę się potem wyskoczy.
No i dalej snujemy z M. rozważania na temat dzieciaczka. Bardzo, bardzo rozmaite. Jak na przykład dziś wracając ze spaceru:
M.: Ciekawe jak to będzie pierwszy raz wysłać dzieciaczka na obóz. Całe trzy tygodnie...
Ja: Trzy tygodnie wolnego.
M.: No. Całe trzy tygodnie wolnego.
Ja: Widzisz, jeszcze go nie ma a my już oddychamy z ulgą na myśl, że będziemy mieć trzy tygodnie laby.
Ja tymczasem mam już zrobione wszystkie badania potrzebne mi do szpitala i porodu. Ostatnie USG - Fasolka waży ok 2700. Troszkę mniej niż średnia ale mieści się w normie. Mnie bardzo satysfakcjonuje i wcale nie zależy mi na tym, żeby jakoś specjalnie jeszcze przytyła przed porodem.