poniedziałek, 25 maja 2015

Kiedy wreszcie urodzę?

Szyjka skrócona, główka jest już bardzo nisko, kanał rodny otwarty i ok 2 cm rozwarcia. Cokolwiek by to wszystko znaczyło to wg pani doktór, która mnie ostatnio badała, jest to bardzo dobra gotowość porodowa i gdy już coś się zacznie dziać to powinno pójść szybko i sprawnie. Super, tylko kiedy w końcu coś się zacznie dziać?! Już mam dość tego ciągłego czekania i zastanawiania się codziennie: czy to już, czy to już? Zaczęłam kompletnie olewać wszelkie skurcze i bóle. Mam dość tych fałszywych nadziei. Ponoć jak już się zacznie coś na serio to nie będę miała wątpliwości, że to to. Wtedy może zacznę liczyć znów te przeklęte skurcze.
Jestem dobita tym, że tak się to przeciąga. Pisałam w prawdzie, że dziecko ma czas do dwóch tygodni po terminie, żeby przyjść na świat jednak jeśli do środy nic się nie ruszy to mam się stawić w szpitalu i zostaję na patologii ciąży. Nie chcę tego. Tak bardzo tego nie chcę. Pobyt w szpitalu będzie działał na mnie jeszcze bardziej stresująco a stres przecież tylko opóźnia poród. Boję się, że ostatecznie lekarze będą mi chcieli wywoływać poród a skurcze po podanej oksytocynie są jeszcze boleśniejsze od normalnych porodowych. Więc jeśli zwykły poród jest określany przez kobiety jako "największy ból ever" to ja nie chcę wiedzieć jaki jest po oksy. Fakt, że oksytocyna przyspiesza bardzo samą akcję porodową ale ja bym tak bardzo chciała, żeby to poszło po swojemu i naturalnie. I mam wrażenie, że coś robię źle. Że to moja wina, że dzieciaczek się jeszcze nie urodził. Wiem, że to nieprawda i wszystko jest sterowane przez organizm i hormony ale nic na to nie poradzę. Mam wrażenie, że brakuje tylko jakiejś drobnej iskry, że coś przeoczyłam albo zaniedbałam i naprawdę mnie to powoli wykańcza. I wiem, że takie zamartwianie się w niczym nie pomaga, ale to już chyba silniejsze ode mnie. Chcę, żeby to już było za mną...
 No ale mam też dwie pocieszające wiadomości. Jedna to, że będąc dziś w szpitalu na KTG spotkałam znajomych ze szkoły rodzenia. Mieli termin na dokładnie ten sam dzień co ja i u nich też jeszcze nic więc bardzo prawdopodobne, że spotkamy się na porodówce. Bo jak nic się nie ruszy to obie idziemy w środę do szpitala. Pogadałyśmy trochę i w zasadzie pocieszyłyśmy się nawzajem. Mamy bardzo podobne odczucia co do tego wszystkiego i dobrze było spotkać kogoś kto jest w takiej samej sytuacji i cię rozumie.
Druga dobra wiadomość przyszła od mojego promotora i brzmiała tak: " Nie wiem czy już mogę gratulować zostania mamą, ale z pewnością mogę gratulować ukończenia pisania pracy dyplomowej." Yupi! Wystarczy to teraz wydrukować i złożyć w dziekanacie. A obrona jakoś w czerwcu zapewne. Cieszę się, że już się tym nie muszę przejmować.
Tymczasem wracam do próby niezamartwiania się.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz