niedziela, 31 maja 2015

Mój poród - cesarka

„Jak się zacznie to na pewno będziesz wiedziała, że to to.” Tak czytałam w internecie. Praktycznie każda babka opisująca swój poród powtarzała to zdanie. A ja byłam kompletnie wygłupiona. Czy to na pewno to? Skoro nie mam pewności to pewnie nie. Ale coś jednak jest nie do końca w porządku więc może jednak? W nocy zaczęły mi powoli odchodzić wody, ale sączyły się tak marnie, że kilka godzin obserwacji potrzebowałam aby się upewnić. W międzyczasie zdążyłam nawet skoczyć do apteki całodobowej po test sprawdzający wody płodowe ale akurat go nie mieli. Niemniej jednak zaczęłam tracić wątpliwości i przekonywać się, że to jednak to. Ach, no i miałam jakieś tam skurcze ale w zasadzie nie różniły się od żadnego wcześniejszego fałszywego alarmu więc nimi się nawet nie sugerowałam. Wzięłam sobie na spokojnie kąpiel i no-spę tak dla formalności. Potem poszłam obudzić M. żeby wyszedł z psami a sama skończyłam pakować się do szpitala i zrobiłam kanapki (tak na wszelki wypadek, żeby M. nie był głodny jak się będę męczyć a ja żebym miała co przekąsić po wyjściu z porodówki).
Byliśmy w szpitalu po 5-tej. Na początku cała masa formalności, badanie i zapis KTG. „Yup, to są wody płodowe. W takim razie proszę się przebrać, mąż pomoże zanieść rzeczy na górę, pożegna się i niech wraca do domu się przespać. Da mu pani znać jak będzie miała zostać przeniesiona na salę porodową, to przyjedzie.”
Trafiłam na salę przedporodową, gdzie za parawanikami było pięć stanowisk z kobitkami czekającymi na rozhulanie się akcji porodowej na tyle, żeby mogły przejść do oddzielnej sali porodowej. I nie oszukujmy się. Większość kobitek spędza na sali przedporodowej od kilku do kilkunastu godzin. Są podłączone pod zapis KTG ewentualnie podaje się tam też środki na pobudzenie akcji porodowej. Moje skurcze były bardzo silne i regularne ale kompletnie niebolesne a co za tym szło, praktycznie nieefektywne, więc ostatecznie dostałam kroplówkę z oksytocyną. Potem faktycznie zaczęły boleć. Nieźle boleć. Jednak czułam wyraźnie, że gdy tylko skurcz ustępował to wszystko wracało do stanu zerowego. I moim zdaniem nawet nie chodzi o ból pojedynczego skurczu (boli piekielnie ale da się wytrzymać) tylko to po prostu trwa godzinami i zarówno organizm jak i psychika w pewnym momencie siadają. Trochę jak agonia. I nic się z tym nie da zrobić. A tu ci przychodzą lekarze i mówią, że jeszcze musisz poleżeć bo akcja porodowa się na dobre nie zaczęła. A ty nawet już nie chcesz wiedzieć jak wygląda „na dobre zaczęta akcja porodowa”.
Osobiście całkiem nieźle chyba sama to znosiłam. Podczas skurczu starałam się głęboko oddychać choć czasem czułam, że aż się cała trzęsę. Trochę się czułam jakbym odpływała na tą minutę czy ile to tam było. Nie miałam w tych krótkich momentach żadnego kontaktu ze światem.
W końcu nadszedł ten czas i przeniesiono mnie na salę porodową. Było to około godz. 16-tej. M. był już w szpitalu i zaraz do mnie dołączył. Mimo bólu byłam absolutnie przeszczęśliwa z czego śmiała się położna zajmująca się nami na sali przedporodowej. Cieszyłam się, że to się już dzieje, że jest tam ze mną M., że zaraz Fasolka będzie na świecie. Bardzo chciałam się dobrać na sali porodowej do całego sprzętu jaki tam był. Poskakać na piłce, powieszać się na drabinkach, może nawet wejść do wanny. Jednak lekarze znów podłączyli mnie pod KTG i kazali na razie leżeć. No więc cierpliwie leżałam i czekałam gadając z M. w przerwach między tymczasowymi skurczowymi odjazdami.
I jakie było moje zdziwienie gdy w zasadzie po niecałej godzinie do pokoju weszła cała ekipa lekarzy i jedna pani oświadczyła mi, że z zapisu KTG wynika, że z każdym skurczem spada tętno Fasolki a akcja porodowa nie rusza się ani o krok do przodu. „Nie widzę szansy na to, że poród mógłby zakończyć się w ciągu najbliższych dwóch, trzech godzin a w związku z zaistniałą sytuacją (zapis KTG) proponujemy pani cesarskie cięcie. Choć nawet i teraz nie mamy pewności, że po cesarskim cięciu dziecko dostanie 10 punktów (skala Apgar oceniająca noworodki zaraz po narodzinach).”
Byłam w kompletnym szoku. Absolutnie się tego nie spodziewałam. Nawet nie brałam pod uwagę cesarskiego cięcia. Tak się cieszyłam, że Fasolka jest obrócona głową w dół i nie mam też żadnych innych wskazań do cięcia a tu nagle ni stąd ni zowąd taki cios obuchem w głowę. Zostaliśmy na chwilę sami z M., żeby to przegadać a ja wybuchnęłam płaczem. Oczywiście nie upierałabym się za żadne skarby na poród naturalny w takiej sytuacji i nie narażała Fasolki ale czułam, że w jakimś sensie poniosłam druzgocącą porażkę.
„A może spójrz na to nie jak na swoją porażkę, tylko jak na tryumf techniki?” powiedział M. „Nie ma co ryzykować.” Jasne, wiem o tym. Jedziemy na stół. Jeszcze leżąc na sali operacyjnej ryczałam a lekarze nie mogli się nadziwić, że kobieta płacze bo chcą jej zrobić cesarkę. Tak wiem, większość dałaby się pokroić za to żeby nie męczyć się podczas porodu naturalnego. Jakie dosłowne to w tym wypadku.
A mnie zadziwiło tempo całego zabiegu. W dwie minuty od podania znieczulenie lekarze przeszli do operacji która też nie trwała więcej niż trzy minuty. To dłużej samo zszywanie zajęło. A jakie to uczucie jak ci dziecko z brzucha wyciągają? Paskudne! Znieczulenie sprawia że nie czuje się bólu ale dotyk sam pozostaje. Moje wrażenie było takie jakbym była napchanym pokrowcem, z którego ktoś siłą wyciąga zawartość. Brrr... Naprawdę paskudne.
A potem pokazali mi Mikołajka i... podali mi jeszcze całego obślizgłego do pocałowania. To było zabawne. Chwile potem w zasadzie odpłynęłam. Pewnie zarówno ze zmęczenia jak i nadmiaru emocji. Pamiętam tylko, że jeszcze na korytarzu podszedł do mnie M., pocałował i pojechałam na salę pooperacyjną, gdzie obudziłam się po jakichś dwóch godzinach. Niedługo potem przywieźli mi Mikołajka i spędziliśmy razem czas do północy. Potem zabrano go na salę noworodkową a ja mogłam zasnąć i odpocząć.

4 komentarze:

  1. Moj dzidzius odwrocil sie ostatnio posladkami w dol. Bylam tym faktem zalamana. Myslalam sobie ze jak zrobia mi cc to jaka ze mnie mama bedzie.. Noie bylam nastawiona na taki obrot syt. Jestem dopiero w 33 tyg, Dzidzia ma szanse na fikolka, ale szok pozostal. Powiem szczerze ze momentami az mi wstyd...glupota wiem. Teraz podchodze z wiekszym dystansem do calej sprawy. Oswajam sie z mysla :). Bardzo podziwiam Ciebie. Zaskoczyli Cie cc juz na finiszu, ja nie wiem jak bym zareagowala. teraz wiem ze najwazniejszy jest taki porod ktory jest najlepszy dla dziecka :). Potrzebowalam jednak czasu :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, ja też potrzebowałam czasu żeby dojść do tego wniosku. Żałuję, że nie miałam go wystarczająco przed porodem, ale ważne, że wszystko się dobrze skończyło.

      Usuń
  2. Mnie cesarka też zaskoczyła. Ale odwiedziłaś mnie to pewnie wiesz. Dokładnie rozumiem co czułaś. Teraz mam nadzieję, że takie myśli Cię już opuściły i wiesz, że nie zawiodłaś.

    OdpowiedzUsuń
  3. tez mialam cesarke ale przeszlam 2 proby oksytocyny a ze bylo po terminie tak padlo - CESARKA ... z jednej strony sie cieszylam bo jak lezalam na porodowce i slyszalam inne krzyczace i nie tylko mamy tak chyba wolalam miec cesarke... balam sie jak kazdego zabiegu ale przezylam tylko mimo ladnego gojenia dllugo dochodzilam do siebie i zylam z bolem ... a najgorszy jaki mialam to kiedy wracalismy ze szpitala do domu ... lzy ciekly jak z wodospadu niagara.... hektolitrami

    OdpowiedzUsuń