piątek, 15 maja 2015

Szlafrok i godz. 21

Rano, chwilę po budziku, dostaję sms'a:
"Szlafrok mi się dziś śnił!"
Nie bardzo rozumiejąc o co chodzi, odpowiadam, że mnie śniło się, że latam, czaruję, uciekam z domu (do Tomaszowa Lubelskiego, ale przez Warmię i pomorze, nie wiedzieć czemu), próbuję przechytrzyć gang narkotykowy i próbują mnie zabić (i wiele więcej do tego ale już pominęłam szczegóły) i pytam, czy ma to jakieś ukryte znaczenie. Miało. Sen o szlafroku ponoć oznacza powiększenie się rodziny. Mój brat chciał, żeby Fasolka wyszła na świat 14-tego bo to dokładnie miesiąc po jego urodzinach i łatwo byłoby zapamiętać. Fasolka jednak gdzieś miała astrologię (czy co to tam jest co się znaczeniami snów zajmuje) i nadal siedzi mi pod sercem. A widać, że już każdy chciałby ją mieć w łapkach i oglądać. Ja już bym bardzo chciała, zwłaszcza, że czuję jakby stwór był już naprawdę gigantyczny. I znam dokładnie jej cykl dobowy. Największą aktywność wykazuje koło godziny 11 i 21. Szczególnie o 21. Wtedy zaczyna się jej półtorej godziny szaleństwa, które już wcale nie jest dla mnie przyjemne. Kopie i wierci się naprawdę mocno. Często dostaję w nerwy gdzieś w okolicy miednicy i promieniuje mi to na całą nogę, jedną lub drugą (już mi dziecko gra na nerwach). Bardzo często zdarza się też, że boleśnie zaatakuje mój biedny pęcherz i aż mnie skręca czasem. Żadna zmiana pozycji, głaskanie i prośby nie pomagają. Nawet złote ręce taty często nie dają rady. To jest półtorej godziny dla Fasoli i mamy się nie wtrącać! Co poradzić?
Zaczęłam za to regularnie pić herbatę z liści malin. Nawet nie na samo przyspieszenie porodu ale ponoć wcześniejsze jej picie może potem wspomóc samą akcję porodową. Nie wiem ile w tym prawdy ale zaszkodzić nie zaszkodzi a w smaku jest też nie najgorsza.
Tymczasem leseruję już od uczelni. W tym tygodniu nie pojawiłam się tam w ogóle i tylko naniosłam te poprawki na pracę licencjacką. Niby mam już egzaminy za sobą ale w zasadzie to mogłabym jeszcze chodzić na zajęcia. No i powinnam jeszcze dostać dwa wpisy do indeksu o które też będę musiała się uśmiechnąć kiedyś. Więc w przyszłym tygodniu chyba się tam jeszcze pojawię.
Tymczasem, razem z M. oczekujemy już bardziej konkretnego terminu niż dzień przyjścia Fasolki na świat. 19-tego maja wychodzi w końcu nowy Wiedźmin. W związku z tym też M. załatwił nową kartę graficzną, która da radę tą grę udźwignąć. O mały włos jednak nasz komputer by samej karty nie udźwignął bo się zwyczajnie do niego nie mieściła. Pan inżynier pogrzebał jednak trochę i w końcu się udało. No i zapewnia mnie, że mimo iż podłączone są do niej dwa (może trzy) kable zasilające to nadal ciągnie ona mniej prądu niż nasza lodówka.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz