poniedziałek, 29 czerwca 2015

Moro - czyli co spędza nam sen z powiek

Moro i noc doskonale idą ze sobą w parze gdy mówimy o wojskowych manewrach czy obozie harcerskim. Moro, noc i małe dziecko kompletnie ze sobą nie współgrają.
Pisałam wcześniej o odruchu moro u niemowlaków. Polega on na wyrzuceniu ramion i powolnym przygięciu ich, jakby dziecko chciało coś objąć. W naszym wypadku, trochę rujnuje nam to sen. Nie mamy problemu z położeniem Mikołaja do łóżka wieczorem. Po kilku dniach walki, zaraz po powrocie ze szpitala, udało nam się przyzwyczaić juniora do tego, że godzina ósma jest godziną spania i teraz zasypia praktycznie bez krzyku i problemu. Trochę wystarczy przy nim jeszcze posiedzieć i pośpiewać mu czy coś i idzie w kimę na najbliższe dwie, trzy godziny. Osobiście dla własnej wygody przyjęłam zasadę, że jak już  się znajdzie w łóżeczku to wyjść może z niego tylko na przewijanie czy karmienie. Tata go czasem nosi i lula, mnie się nie chce. Na szczęście M. odkrył kiedyś, że Miki szybko się uspokaja, gdy położy mu się rękę na klatce piersiowej więc nie ma nawet potrzeby wyjmować go gdy się nawet zacznie rozbudzać.
 Problemy pojawiają się po nocnym karmieniu. A wygląda to tak: Miki budzi się, wstaję go nakarmić po czym chcę go położyć z powrotem i teoretycznie powinno być wszystko w porządku. Dziecko najedzone, śpiące, kładę go do łóżeczka i wygląda na to, że zasnął ALE... ale czekam jeszcze chwilę przy nim, żeby mieć pewność i nagle bach! MORO! I Miki się na powrót rozbudza i  skwierczy niepocieszony. I znów czekanie aż zaśnie. I skąd to przeklęte moro? Wg. wikipedii odruch pojawia się w odpowiedzi na gwałtowną zmianę położenia ciała noworodka, nagły hałas lub ostry dźwięk. No i co to ma z nami wspólnego? Środek nocy, ciemno, głucho, on już prawie śpi, to czemu mu te ręce lecą na boki?!
Zaczęłam czytać i jedyne co znalazłam, to to, że dzieci często czują się bezpiecznie gdy szczelnie się je opatuli kocem i dobrze wtedy zasypiają. Patrzyłam na to dość sceptycznie bo Miki zawsze śpi w pozycji na żabę, ze wszystkimi kończynami rozwalonymi na boki. W akcie desperacji jednak którejś nocy postanowiłam go w końcu nieco skrępować. Mimo wielkiego oburzenia i próby walki owinęłam go szczelnie, żeby nie miał szansy się nawet ruszyć. Cóż, jak nie będzie mógł wystrzelić rękoma to niby moro nie będzie, nie? Bardzo mu się to nie podobało ale tylko przez pierwsze... trzy sekundy. Serio, zrobiłam z niego burritokid i zasnął natychmiast. Niemniej jednak korzystam z tego raczej rzadko bo, często nocą jest po prostu gorąco albo gdy przez sen Miki próbuje się uwolnić a ja nie wystarczająco szczelnie go owinę to zakłada sobie koc na twarz. No i on raczej tego nie lubi, nawet gdy go to uspokaja gdy jest bardzo śpiący.
Niestety nie jest to jedyny problem, który pojawia się w nocy. Czasem się zapluwa i dławi jak na każdego Rozkosznego Ulewaczka przystało. Trzeba go też przewijać i potwornie przy tym protestuje bo go to rozbudza. I tak zwykle wstawanie do niego w nocy przeciąga nam się do około jednej godziny z czego zaledwie 10 - 15 to samo karmienie.
I robię co mogę, żeby faktycznie nie obudzić przy tym M., który rano wstaje do pracy. Ja niby mogę  potem w dzień odespać, nie?
Choć czasem, gdy to się przeciąga w nieskończoność a ja jestem naprawdę zmęczona mam cichą nadzieje, że M. jednak wstanie i mi pomoże. I słyszę jakiś ruch na łóżku. Obudził się.
M.: Co to za dźwięk?
Ja: To twój syn. Mikołaj - tata, tata - Mikołaj. Poznajcie się. (Tylko tak myślę, przecież mu tak nie powiem).
Ja: Nic, nic. Idź spać.
M.: Mogę twoją poduszkę?
Ja: Jasne.
I zakłada ją sobie na głowę, żeby nie słyszeć skwierczącego syna.
I jak mam się na niego złościć? Ma prawo się wyspać do pracy. A mnie w zasadzie coraz mniej przeszkadza wstawanie w nocy do Mikiego. Bo  naprawdę z każdym tygodniem jest lepiej.

niedziela, 28 czerwca 2015

Matka Polka Niechlujna

Wychodzę z psem na dwór i dopiero zauważam wielką plamę na ramieniu mojej kurtki, którą zrobił mi na jednym spacerze kilka dni temu Mikołaj. Wracam do domu i w lustrze zauważam, że bluzka, którą mam na sobie też jest upaprana plujkami syna. O, i jeszcze jakaś plama na spodniach. Cóż, uroki posiadania w domu Rozkosznego Ulewaczka. Ale nie oszukujmy się. Włosy też aż proszą się o jakieś lepsze uczesanie czy może nawet wizytę u fryzjera, a w ogóle to co ja mam na sobie? A z resztą, to tylko krótki spacer z psem, może nie spotkam żadnego sąsiada.
No przyznaję, że nie specjalnie  mam czas ani nawet motywację, żeby przejmować się na chwilę obecną jakoś wyjątkowo swoim wyglądem. Myślę, że do póki rano jestem na tyle przytomna, żeby nie wychodzić z Hermesem w samej piżamie na spacer to i tak jest dobrze. Przy Mikim niektóre dni to trochę jak walka o przetrwanie a kto podczas apokalipsy przejmowałby się jakąś plamą na ubraniu?
W domu udaje nam się utrzymać całkiem niezły porządek. Jakoś łatwiej mi znaleźć czas na dopieszczenie mojego otoczenia niż siebie. No i odkąd oddaliśmy babci sunię okazało się, że nawet nie trzeba codziennie odkurzać. A ja myślałam, że te wszystkie kłaki to Hermesa były. Ponadto człowiek przy noworodku nabywa niezwykłą odporność na wszelkie wydzieliny. Jak to powiedział M. w rozmowie z dziewczyną mojego brata: "Człowiek myślał, że to babranie się pieluchami to najgorsze przy małych dzieciach a okazuje się, że przewijanie akurat to najmniejszy problem i może być nawet zabawne". A owszem, może. Osobiście zawsze myślałam, że fontanny, które robią mali chłopcy to kolejny wymysł filmowców i "oczywiście zawsze się musi pojawić w scenie przewijania". Cóż, nie wiem jak to bywa u innych małych chłopców, ale u nas jest to faktycznie bardzo popularny motyw w scenach przewijania. Ze względu na wspomniane wcześniej ulewanie, zwykle też przebieramy się kilka razy dziennie. Zarówno Miki jak i ja... no i M. też czasami. Jednym słowem, regularnie jest coś zasikane lub zaplute. Do tego dochodzi moja nieuregulowana jeszcze laktacja i budzenie się w mokrych plamach wyciekającego bezczelnie przez sen mleka. Śpię na ręczniku bo aż żal mi i tak już mocno sfatygowanego łóżka.
Liczę na to, że faktycznie będzie coraz łatwiej z każdym kolejnym miesiącem. W końcu Miki jest już niemowlakiem a to do czegoś zobowiązuje.

czwartek, 25 czerwca 2015

Miesiąc po porodzie

Jutro mija pierwszy miesiąc życia Mikiego. Już nie jest noworodkiem. Już jest niemowlakiem. Czas leci niesamowicie szybko w porównaniu do końcówki ciąży, która wlekła się w nieskończoność. I mam czasem wrażenie jakby Mikołaj był tu od zawsze. Przyzwyczaiłam się do niego. I absolutnie go uwielbiam. I to też dla mnie zaskakujące jak silna więź się wytwarza między matką a małym dzieckiem. Czysta chemia i biologia naszych organizmów, która ma za zadanie zwiększyć szansę na przetrwanie naszego gatunku, jednak... Jednak sporo się słyszy na temat matczynej miłości. A ja jestem zaskoczona odczuwając to na własnej skórze. Bo zastanawiając się nad tym ostatnio powiedziałam sobie, że w zasadzie chyba nigdy nikogo nie kochałam tak mocno jak tą małą istotkę. Ale po chwili naszła mnie szybka refleksja, że w zasadzie jestem  wielkim błędzie. Prawidłowo powinnam była raczej uznać, że nigdy nikogo nie kochałam w ten sposób jak kocham tą małą istotkę. Bo mam wrażenie, że faktycznie jest to zupełnie inne uczucie niż to, którym darzę M. czy resztę mojej rodziny. Kompletnie nieporównywalne. Niemniej jednak czuję bardzo silną więź z Mikołajkiem. Cały czas mam tylko wrażenie, że to w większości jakiś pierwotny instynkt, który każe mi zajmować się potomstwem, podkręcany hormonami i Bóg wie czym jeszcze.
Ale zostawmy na razie w tyle biologię. Po prostu uwielbiam trzymać go na rękach. Lubie gdy nad ranem, kiedy zabieram go do naszego łóżka, zasypia na mnie lub leży obok i coś tam kwęka pod nosem oglądając swoją ulubioną poduszkę w kropki. Lubię gdy leży na podłodze oglądając uważnie mieszkanie dookoła, lub gdy pokazuje mu się mieszkanie a on skupiony ogląda wszystko marszcząc przy tym śmiesznie czółko. Lubię gdy podnosi głowę leżąc na brzuchu i stara się ją utrzymać prosto, co wcale nie jest łatwe, biorąc pod uwagę stosunkowo słabe jeszcze mięśnie karku. Przypomina wtedy pieska z kiwającą się główką. Lubię gdy się tak szeroko uśmiecha, nawet jeśli jeszcze nie jest to uśmiech świadomy. I w zasadzie lista rzeczy, które w nim lubię jest zadziwiająco długa i mogłaby się tak jeszcze ciągnąć. Na drugiej szalce jest w zasadzie tylko zmęczenie (z którym jednak mój organizm zaczął sobie jakoś radzić) i brak czasu dla siebie. I nie tylko dla siebie. Jakaś znajoma M.z pracy powiedziała mu dziś, że przy dzieciach trzeba nauczyć się dzielić czas na trzy: dla dziecka, dla siebie i dla drugiej połówki. No właśnie, jeszcze o drugiej połówce trzeba pamiętać. Bo niestety jestem w stanie wyobrazić sobie, że faktycznie jak pojawia się dziecko to jakoś się traci nie tylko na intymności co na... całym związku. Mam jednak wrażenie, że z M. całkiem nieźle znosimy na razie ten trudny okres. Mimo wszystko spędzamy razem chyba dość sporo czasu, mimo iż on wraca często padnięty z pracy a ja kładę się spać dużo wcześniej. No i naprawdę czuję, że jesteśmy świetnie zgrani charakterami co też ułatwia nam wspólne życie nawet w tak kryzysowej sytuacji jak: BOOM! Jesteście rodzicami! Deal with it!

poniedziałek, 22 czerwca 2015

Kilka słów o cesarskim cięciu

Znów wracam do tego tematu. Tym razem postaram się jednak szczególnie nad sobą nie rozczulać a skupić na faktach.
Mianowicie ostatnio zaczęliśmy się z M. zastanawiać nad tym, skąd wzięła się nazwa "cesarskie cięcie". Mnie zawsze się wydawało, że niegdyś był to po prostu taki... "elitarny" zabieg, na który mogły sobie pozwolić najbardziej wpływowe kobiety, takie jak cesarzowe. Albo, że jakiś cesarz przyszedł na świat właśnie z takiego cięcia. W zasadzie nawet się nad tym szczególnie nie zastanawiałam i przyjęłam to jako pewnik. Jednak pod wpływem M. postanowiłam sprawdzić to dokładnie. I oto do czego się dogrzebałam:
Nazwa operacji – cięcie cesarskie – wiąże się jeszcze ze starożytnym Rzymem, gdzie prawo zakazywało pogrzebania ciężarnej kobiety bez wyciągnięcia z jej łona płodu. Nazwa ta wywodzi się od słowa łac. caedere = ciąć, pruć.
 No cóż, ta wersja zdecydowanie różnie się od mojej. Ponadto, dopiero w roku 1794 udokumentowano pierwszy taki zabieg zakończony sukcesem (przeżyła zarówno matka jak i dziecko). Jednakże już wcześniej Szekspir chociażby pisał w Makbecie o Makdufie, urodzonym przez cesarskie cięcie. Znaczy to, że prawie dwieście lat przed pierwszą całkowicie udaną tego typu operacją była ona znana i śmiem podejrzewać, że faktycznie niekiedy rodziły się z niej zdrowe dzieci. Wątpię jednak w to, że matka Makdufa, czy jemu podobnych, miała tyle samo szczęścia. Dopiero żyjący na przełomie XIX i XX wieku położnik Eduardo Porro, opracował metodę przeprowadzenia tej operacji, która zmniejszała śmiertelność poddawanych jej kobiet z niemal 100% do ok. 60%, co było niezłym przełomem.
Tymczasem lista wskazań do cesarskiego cięcia jest całkiem długa. Zaczynając od nieprawidłowego ułożenia główki dziecka i wielkości dziecka, przez zaburzenia akcji serca płodu i nieprawidłowy postęp porodu czy wypadnięcie pępowiny, do ciężkiego stanu przedrzucawkowego. Do tego mogą dochodzić choroby matki (cukrzyca, wada wzroku, opryszczki), czy wiele wiele innych.
I tak sobie myślę, że w takich właśnie wypadkach cesarskie cięcie ratuje matkę lub dziecko, ewentualnie oboje i zawdzięczamy to rozwojowi techniki. Że dawniej większość tego typu porodów kończyła się tragicznie i nic nie dało się z tym zrobić. I piszę to trzymając na kolanach Mikołaja, który jest cały i zdrowy, tak samo jak ja. I staram się nie myśleć o tym, że mam na brzuchu bliznę przypominającą mi ciągle o tym wydarzeniu. Staram się, lecz ciągle nie mogę jej polubić, choć wiem, że to jej zawdzięczam nasze zdrowie.

Tymczasem:
 A termin obrony mam na 3-go lipca!

czwartek, 18 czerwca 2015

Tummy tub i co robi noworodek

Dwa dni temu w końcu odpadł Mikołajowi pępek. Znaczy, odpadł mu kikut pępowiny. Jako że nie zaleca się moczenia kikuta dopóki nie odpadnie, to nasze kąpiele do tej pory były dość powierzchowne. Teraz jednak możemy już nie tyle nawet porządnie wypluskać Mikołajka, ile możemy w końcu wsadzić go do wiaderka! I mówię kompletnie poważnie. Z racji na to, że mamy dość niewiele miejsca w domu, a co za tym idzie i w łazience, nie kupowaliśmy wanienki dla dziecka. Kupiliśmy za to wynalazek nazwany tummy tub, czyli właśnie wiaderko do kąpania niemowląt. Dziecko w nim nie leży tylko przyjmuje pozycję embrionalną i ponoć bardzo mu to pasuje. Mikołaj akurat lubi siedzieć w wodzie i pewnie nie robiłoby mu różnicy wanienka czy tummy tub, ale wydaje mi się, że jednak wygodniej dziecku w wiaderku. Na pewno fajniej będzie jak już samodzielnie będzie trzymać główkę.

A to Mikołaj w wiaderku :)

Druga sprawa, o której chciałam dziś napisać to, co właściwie robi taki noworodek. Oczywiście je, śpi, brudzi pieluchę i płacze, ale przecież nie tylko. Noworodek także poznaje świat wokół siebie. Reaguje bardzo powoli i wybiórczo na dochodzące do niego bodźce więc często pokazywanie mu czegoś co nam się wydaje fajne dla dziecka, mija się z celem. Mikołaj kompletnie ignoruje wszelkie pluszaki. Są nudne. Uwielbia za to patrzeć na nasze szare poduszki w białe kropki. One są fajne. Są kontrastowe i przyciągają wzrok. Dzieci też nie bardzo zwracają uwagę na muzykę. Lubią za to szum suszarki czy odkurzacza, które ponoć kojarzą im się jeszcze z życiem płodowym, gdy wszystkie dźwięki były zniekształcone i zewsząd dobiegał ich szum pracującego organizmu mamy.
Mikołaj lubi obserwować otoczenie, lecz właśnie mocno kontrastowe przedmioty, lub te o konkretnym ostrym kolorze, przyciągają jego uwagę. Czarne krzesło, czarno biały zegar, czerwona torba,. W związku z tym lubi też gdy chodzi się z nim po mieszkaniu i ogródku i pokazuje nowe otoczenie.
Co jeszcze robi noworodek? Przede wszystkim, oprócz płaczu, wydaje całą masę rozmaitych dźwięków. Większość z nich to cała gama stęknięć, pomruków i pisków, jakby nieustannie męczył się z zatwardzeniem. Jednak póki nie zacznie uczyć się mówić, będzie to dla niego jedna z niewielu metod konwersacji. Do tego Mikołaj dużo się rusza. Rozwija się teraz mocno i przede wszystkim ruchowo więc ręce, nogi i głowa dużo pracują. Także mimika Mikołaja oferuje cały wachlarz pozycji aczkolwiek czekamy z M. na pierwszy świadomy uśmiech, który powinien pojawić się między 4. a 8. tygodniem.
No i na końcu Moro. Odruch Moro u dzieci to dość gwałtowny ruch polegający na rozpostarciu ramion i cofnięciu ich szybko do siebie, jakby dziecko chciało coś złapać i przytulić. Zwykle pojawia się gdy maluch się czegoś przestraszy.
To chyba główna lista aktywności Mikołaja, więc jak widać dni mamy pracowite. A na koniec dowód na to, że i młoda mama może połączyć przyjemne z pożytecznym.

wtorek, 16 czerwca 2015

Dlaczego przy małym dziecku na nic nie ma czasu?

Na wstępie zaznaczę, że to nie prawda. To nie jest tak, że przy małym dziecku na nic kompletnie nie ma czasu. Fakt, karmienie, przewijanie, tulenie, zabawa/interakcja zajmują wiele czasu i Młody, gdy nie śpi nie zawsze chce leżeć sobie sam. W efekcie trzeba nauczyć się albo robić wszystkie rzeczy z dzieciaczkiem na rękach bądź włączać sobie jakiś tryb extra speed gdy potomek śpi. I w zasadzie obie te rzeczy da się zrobić. Najtrudniej jest chyba przestawić się na nowy tryb i pogodzić się z tym, że jednak nie da się zrobić wszystkiego tego co jeszcze niedawno nie sprawiało nam w zasadzie większego trudu. Podstawa to znaleźć sobie priorytety i zdecydować się na to co odpuszczamy a co w ciągu dnia zrobić koniecznie musimy tak czy siak. Zastanawiałam się trochę nad tym jak wobec zaistniałej sytuacji zorganizować sobie dzień. Co powinno być priorytetem a co trzeba będzie odpuścić. W pierwszym odruchu oczywiście nasuwa się jedna myśl. Dzieciaczek śpi więc będzie czas żeby zająć się domem. Sprzątnąć w kuchni, wstawić pranie, zrobić obiad, może odkurzyć czy zmyć podłogę, ogarnąć jeszcze co tam się da. Jednak z ciekawości zajrzałam na kilka for internetowych zobaczyć jak radzą sobie z tym inne mamuśki. I trochę chyba postanowiłam zweryfikować swój plan. Niemal jednogłośnie wszystkie opowiadały się za tym, żeby odpuścić dom, sprzątanie i gotowanie i znaleźć w tym wszystkim możliwie jak najwięcej czasu dla siebie. Wiele z nich pisało, że nawet gdy zaczynał tak jak ja (pełne ambicji utrzymania wszystkiego "tak jak należy") to szybko musiały z tego zrezygnować, żeby po prostu nie zwariować. I chyba posłucham tych rad. Przyznam, że z jednej strony bardzo mi się one podobają, bo to trochę jak dostać przyzwolenie na obijanie się w imię wyższych wartości. Z drugiej strony dotarło do mnie, że chyba faktycznie zwariowałabym w bardzo szybkim czasie, gdybym pozbawiła się kompletnie możliwości robienia "swoich rzeczy". Rezygnuję więc świadomie z gotowania w domu. To chyba zawsze zajmowało mi najwięcej czasu więc pozwolę sobie ograniczyć domowe obowiązki do wstawienia zmywarki i pralki i powierzchownego sprzątania M12. Resztę czasu mam dla siebie a jedzenie przez jakiś czas kupnych obiadów chyba nas nie zniszczy w żaden sposób. Ponadto Nawet gdy Miki nie śpi mogę porobić z nim ciekawe rzeczy. Czytam mu dużo, czasem pogram mu na gitarze i pośpiewam. Nawet co nieco udawało mi się pograć na komputerze z nim na rękach. Jakby nie było, próbuję to wszystko jakoś zebrać sensownie do kupy i nie odpuszczać za bardzo od tego jakie życie prowadziłam wcześniej. No i właśnie: żeby przetrwać te pierwsze trzy miesiące. Potem ma już być lepiej.

czwartek, 11 czerwca 2015

Blaski i cienie laktacji

Karmię piersią. Z kilku powodów. Przede wszystkim jest to bardzo opłacalne ekonomicznie, bo nic nie kosztuje, jest wygodne, bo nie muszę się zmagać z odmierzaniem i podgrzewaniem mleka (szczególnie w nocy), no i oczywiście jest to najzdrowsze co mogę Mikołajowi zaoferować. Nie wspominając oczywiście o tej magicznej więzi matka - dziecko, która tylko się przy karmieniu nasila. To po prostu niezwykłe uczucie. I mam wrażenie, że w świecie zdominowanym przez technologię jest to też niesamowity obraz... bliskości z naturą. Naszej bliskości z bardzo pierwotnym światem, który wraz z postępem cywilizacji skutecznie niszczymy.
Jednak karmienie piersią ma swoje wady i to dość znaczące jak dla mnie. Przede wszystkim dziecko jest w stu procentach zależne tylko od Ciebie. Jeśli chcesz gdzieś wyjść bez niego musisz zostawić odciągnięte wcześniej mleko, a to też nie zawsze jest takie łatwe. Jeśli chcesz gdzieś wyjść na dłużej musisz zostawić tego mleka całkiem sporo a to jeszcze trudniejsze. Podejrzewam, że wyjazd na dzień lub dwa jest w ogóle mało prawdopodobny. Tak więc na czas karmienia piersią TY = TY + DZIECKO. Dodatkowo przez pierwsze kilka tygodni laktacja jest jeszcze nieuregulowana i organizm mamy dostraja się dopiero do potrzeb malucha. Z czym się to wiąże? W moim przypadku są to np. eksplodujące piersi. No może trochę przesadziłam, ale są momenty, w których mam wrażenie, że niewiele im brakuje do jakiegoś spektakularnego wybuchu. Szczególnie w nocy i wieczorami, gdy Mikołaj śpi dłużej i mleka zbiera się znacznie więcej. Piersi robią się wtedy nieprzyjemnie twarde i dotykając je, mam wrażenie, że tuż pod skórą nazbierały mi się kamyki. Z tego co wyczytałam, są to zatykające się kanaliki, którymi płynie mleko. Wtedy już muszę odciągnąć nadmiar. Zamrażam to potem na czarną godzinę, gdybym musiała gdzieś wyjść i zostawić Mikiego komuś pod opiekę. Co się dzieje gdy nie odciągnę mleka? Odciągnie się samo jak będę spała... To okropne ale już nie raz zdarzyło mi się obudzić na mokrej plamie. No i bardzo często gdy karmię Mikołaja z jednej piersi to z drugiej mleko samo wylatuje równomiernie. Jak t się dzieje?! Czytałam, że niektóre kobiety karmiące skarżyły się, że mleko im zaczyna cieknąć czasem gdy tylko pomyślą o dziecku. To naprawdę urocze... Za dnia nie rozstaję się już ze stanikiem z wkładkami laktacyjnymi. Ach, ta fizjologia.
Dużym minusem jest też oczywiście wyjście na dłużej z dzieckiem z domu. Oczywiście w pewnym momencie zachce mu się jeść a wtedy? Wtedy albo trzeba się obnażyć publicznie i malucha nakarmić albo też mieć ze sobą butlę z wcześniej odciągniętym pokarmem. Plusem jest to, że chyba lwia część centrów handlowych ma już specjalne pokoje dla matki i dziecka, gdzie można się w spokoju zamknąć i zająć maluchem. Nie miałam jeszcze okazji żadnego sprawdzić ale świadomość, że coś takiego w ogóle istnieje daje jakieś poczucie bezpieczeństwa gdyby chciało się wyjść z domu.
Jeśli chodzi za to o robienie zapasów to też nie jest to takie trudne. W temperaturze pokojowej mleko może stać do ok. 10 godzin. W chłodnym pomieszczeniu (do 16 stopni) całe 24 godziny. W lodówce do pięciu dni a w zamrażarce (-20 stopni) nawet rok. Tak więc, jeśli mamy warunki, można robić zapasy z dużym wyprzedzeniem.
Na pewno jest to też wygodne w podróży gdy jadąc samochodem czy pociągiem nie trzeba się zastanawiać gdzie by tu teraz znaleźć miejsce na przygotowanie jedzenia tylko po prostu podwija się bluzkę.
Tymczasem my dalej czekamy aż odpadnie Mikołajowi kikut pępowiny, żeby można go porządnie wymoczyć i wykąpać. A kąpać się lubi więc gdy już się go wsadzi do wody całego i pozwoli dokładnie wypluskać to raczej będzie wielce zadowolony.

wtorek, 9 czerwca 2015

Jak to się zaczęło - czyli jak mu powiedzieć, że będzie nas więcej?

Dzisiejszy post miał być o tym, jak to czas wpaść w rutynę i od teraz wszystkie dni będą do siebie podobne. M. wrócił do pracy a ja siedzę z Mikołajem w domu i próbuję znaleźć chwilę dla siebie. Ale nie. Pominę na razie ten temat. Może jak faktycznie poczuję tą rutynę bardzo dobitnie to takiego posta naskrobię. Na razie Miki skończył dopiero dwa tygodnie a my dopiero drugi dzień siedzimy sami razem, więc specjalnie jeszcze o żadnej monotonni nie mogę mówić. Na razie jeszcze wszystko jest dla nas nowe.
Tymczasem cofnijmy się w czasie o jakieś 9 miesięcy. Gdy zaczęliśmy się starać o dziecko zaczęłam się też zastanawiać jak przekażę M. wiadomość o tym, że faktycznie będzie nas więcej. Chciała, żeby wyszło to jakoś fajnie, żeby było co wspominać. Szukałam jakichś inspiracji w internecie i miałam w prawdzie kilka pomysłów już przygotowanych, lecz M. ostatecznie sam popsuł mi trochę szyki. Planowałam zrobienie testu na dzień, kiedy miała się zacząć następna miesiączka. Zwykle nie ma sensu robić go wcześniej, bo nawet jak już się załapało to stężenie hormonów w organizmie jest jeszcze zbyt małe, żeby coś wyszło na teście. Ten dzień wypadał u mnie w zasadzie zaraz po naszym powrocie z wakacyjnego wyjazdu. Postanowiłam więc jeszcze wstrzymać się przez weekend, do poniedziałku, aż M. pójdzie do pracy, a ja będę miała w razie czego cały dzień, żeby ostatecznie pomyśleć jak mu o tym powiedzieć. (Nie)stety M. postanowił sobie jeszcze wakacje przedłużyć i dość niespodziewanie wziął wolny także poniedziałek. Jednak mnie samą już tak doszczętnie zżerała ciekawość, że machnęłam na to ręką i postanowiłam nie czekać jeszcze kolejnego dnia. Rano, na spacerze z psami, poszłam do apteki i kupiłam test. Znalazłam potem wolną chwilę i zamknęłam się w łazience z napięciem czekając czy pojawią się te dwie upragnione kreseczki. Pojawiły się. POJAWIŁY SIĘ! Ta druga w prawdzie bardzo słaba ale była. Poza tym, jakoś tak po sobie czułam, że to już, więc tylko rozwiało to moje wątpliwości. Niemniej jednak nie było już czasu na żadne huczne obwieszczenie M., że będzie tatą. Wyszłam z łazienki i powiedziałam mu, żeby poszedł tam i zobaczył co zrobił. I chyba brzmiałam przy tym strasznie poważnie i ponuro bo zerwał się i z lekką obawą poszedł zobaczyć co się stało. Podeszłam do niego i wskazałam mu test leżący na pralce obok żelazka. Przypatrywał mu się dość długo a ja nie bardzo wiedziałam, nad czym on tak rozmyśla. W końcu jednak, gdy do niego dotarło, uśmiechnął się i przytulił mnie mocno.
- Myślałem, że to jakaś część od żelazka odpadła i je zepsułem - powiedział mi potem.
I w zasadzie do dziś się śmiejemy z tego jak to M. popsuł żelazko. I mamy Mikołajka z popsutego żelazka.

niedziela, 7 czerwca 2015

Po porodzie - życie z nowym człowiekiem

Niecałe dwa tygodnie po porodzie. Co mi zostało? Jakieś 0,5kg od wagi wyjściowej sprzed ciąży, lekko budyniowy brzuch, 17-to centymetrowa, roześmiana blizna, wielki biust i... dziecko.
Trochę inaczej sobie w zasadzie wyobrażałam jak to będzie jak Mikołaj będzie już z nami. Myślałam sobie: "A, nie będzie tak źle. W nocy też jakoś przecież damy radę. Dzieciaczki muszą jeść raz na trzy godziny to tragedii nie będzie. Na te piętnaście minut będę się mogła przecież obudzić a w ciągu dnia to też nie tak dużo wychodzi." Ładnie to w mojej głowie wyglądało. Tyle że nie słyszałam nigdy wcześniej o tym, że małe dzieci karmi się na tzw. życzenie. Czyli jak krzyczy, że chce jeść to mu się to jeść daje, niezależnie od tego czy jadł trzy godziny temu czy pół. Zupełnie inaczej sprawa wygląda gdy dziecko karmione jest sztucznie. Mleko sztuczne jest dużo wolniej trawione przez dzieci i w tym wypadku faktycznie nie karmi się raczej częściej niż co trzy, cztery godziny. No i masz wyraźnie odmierzone ile je dzieciaczek. Przy karmieniu piersią trudno to sprawdzić i jednak szybko to jest przetwarzane przez młody żołądek, więc dużo częściej przystawia się maluchy do piersi. A jak wygląda nasza noc?
Mikołaj ma w ciągu doby dwie (czasem trzy) trzy lub czterogodzinne drzemki. (Pozostałe są dużo krótsze.) Staramy się kłaść go spać o 20-stej. Różnie to wychodzi ale staramy się być pod tym względem uparci i konsekwentni. I pierwsza nocna drzemka jest zazwyczaj tą długą drzemką Mkiego. Więc gdy zasypia ładnie o 20-tej to śpi nieprzerwanie prawie do północy. Potem już wybudza się na jedzenie mniej więcej co godzinę, półtorej. Na szczęście te nocne karmienia zwykle faktycznie nie zajmują dużo czasu. Niemniej jednak, Młody, niezależnie od tego o której by się położył ostatecznie, każdy dzień zaczyna o piątej rano a ja razem z nim. Ale nie jest tak źle. Teraz o piątej jest już jasno i dzień pełną parą. Gdyby to była zima i budzilibyśmy się o piątej w kompletnych ciemnościach to podejrzewam, że miałabym szybką i murowaną depresję.
Przyznaję, nie jestem najbardziej wyspanym człowiekiem wszech czasów ale jakoś daję radę. Słyszałam, że najgorsze są pierwsze trzy miesiące. Potem dzieciaczki zwykle zaczynają przesypiać dłużej w nocy i już się wszystko jakoś reguluje. Początek trzeba po prostu przetrwać. Chociaż bardzo cieszy mnie to, że M. nie budzi się gdy Miki zaczyna kwękać i wydawać różne inne odgłosy gdy budzi się w nocy i gdy wstaję go nakarmić. Mam nadzieję, że nie będzie bardzo cierpiał z wycieńczenia gdy wróci od poniedziałku do pracy. Poza tym, chyba bardzo mu się rola taty spodobała. Sama nie wiem co mnie bardziej rozczula. M. opowiadający Mikiemu o zasadach termodynamiki jądrowej i o fizyce kwantowej czy Miki, który słucha go przy tym bardzo uważnie, zapatrzony w nachylającego się nad nim tatę. Obaj są tacy kochani.
A mimo to wczoraj postanowiliśmy być bardzo wyrodnymi rodzicami i porzuciliśmy Mikiego z babcią. Postanowiliśmy iść do kina. No dobra, przeżywałam strasznie to rozstanie ale obawiam się momentu gdy naprawdę będę musiała wyjść z domu i chcę mieć pewność, że da się to zrobić bez gigantycznego stresu dla mnie i Mikołaja. Umie już pić z butli i to w zasadzie najważniejsze. Zostanie z babcią, która póki co jest dla niego zupełnie obcą osobą, też przeszło bez problemów co mnie ogromnie cieszy. Myślę, że gdy nadejdzie w końcu dzień mojej obrony to pojadę tam już nieco spokojniejsza i będę mogła skupić się pracy. Obawiałam się, czy to może nie za wcześnie. Mały nie ma jeszcze dwóch tygodni przecież, ale wszystko poszło względnie bez problemów, choć ciężko mi było zrelaksować się w pełni. Bardzo się powstrzymywałam przed pisaniem co chwila do mamy sms-ów z pytaniem, jak sytuacja na froncie i nie biegłam do autobusu zaraz po seansie, ale stres mnie nieco zżerał. No właśnie. Bo z jednej strony to chciałoby się od tego małego stwora czasem odpocząć a z drugiej to trudno zostawić go na pięć minut samego.

środa, 3 czerwca 2015

Baby blues i płacz dziecka

Pierwszy dzień w domu! Wróciliśmy po południu. Niestety weekend nie jest najlepszym momentem na wypis ze szpitala. Był jeden lekarz do ogarnięcia porodówki, położnictwa i wszystkich spraw papierkowych. Na szczęście w końcu się udało.
„Młodzi rodzice zwykle nie wiedzą co mają ze sobą zrobić po przyjeździe z dzieciaczkiem ze szpitala. Kładą go w łóżeczku, patrzą na niego i nie wiedzą co dalej. Co dalej? Zajmijcie się domem i swoimi rzeczami jak zwykle. Nie trzeba siedzieć i patrzeć na maluszka cały czas.” Mniej więcej to usłyszeliśmy swojego czasu od położnej na szkole rodzenia. I wiecie co? Największy bullshit jaki słyszałam.
Wróciliśmy z dzieciaczkiem i dalej wkoło przewijanie, karmienie, przebieranie bo coś znowu jest usyfione kupą, ulewającym się jedzeniem albo mały po raz kolejny się zasikał. Pięć minut spokoju i od nowa – pielucha, cyc i... zabrakło nam czystych ubranek. W zasadzie tamto body, co przed chwilą wynieśliśmy do prania nie było takie złe. Dawaj je z powrotem. Nie pamiętam już co tak naprawdę mnie wykończyło tamtego wieczoru ale dostałam niezłego baby bluesa. A co to takiego? 
Przed zajściem w ciążę nawet nie znałam tego określenia, choć jest to zjawisko bardzo powszechne. Rozchwianie hormonalne u kobiety sprawiające przechodzenie z histerii do histerycznego śmiechu. Często zdarza się przed miesiączką jak mi się wydaje. Szczerze mówiąc sama doświadczyłam tego pierwszy raz dopiero w ciąży gdy przepisano mi leki hormonalne na samym początku. Nigdy więcej. A tego wieczoru gdy wróciliśmy ze szpitala? Pamiętam, że siedziałam z Mikołajem na rękach, karmiąc go 35-tą godzinę tego dnia i po prostu wybuchnęłam śmiechem. Praktycznie nieopanowanym śmiechem. I mnie akurat często zdarza się, że się ze śmiechu popłaczę ale tym razem nie były łzy radości. Więc tak sobie siedziałam i rechotałam zalewając się łzami dobrych parę... -naście, -dziesiąt minut. Niezapomniany wieczór. Potem Miki stwierdził, że on absolutnie nie zaśnie sam w łóżeczku i po kilku godzinach walki z tym (i karmienia i przewijania non stop w międzyczasie) ustąpiliśmy i położyliśmy go ze sobą do łóżka. Teraz już śpi u siebie ale kładzenie go do łóżeczka dalej jest nie lada wyzwaniem. Nawet próbujemy czytać mądre książki i artykuły na ten temat. Ostatnio M. czytał nawet na głos gdy ja miałam ręce zajęte Mikołajem:
„Wreszcie zasnęło – po wieku spędzonym przy obolałych piersiach, po bujaniu na omdlewających rękach, po godzinach śpiewania. Pomalutku podnosisz się ze śpiącym dzieckiem w ramionach, zbliżasz się do łóżeczka, wstrzymujesz oddech, używasz tylko absolutnie koniecznych mięśni, Następnie z bijącym sercem przenosisz je nad krawędzią łóżeczka i powoli opuszczasz na materac. Wreszcie uwalniasz ręce ale o ułamek sekundy za wcześnie. Dziecko zaczyna kręcić głową z boku na bok, sapać i kwilić. Podnosisz je sama niemal płacząc i wszystko zaczyna się od początku. Jedyne wyjście to uśpić dziecko u weterynarza.”
Ja:... Co?... Jesteś pewien, że tak tam jest napisane?
M.: No mniej więcej...
Niestety jednak tak właśnie to zwykle wygląda. A mądra książka, w której jest ten fragment (oczywiście bez kawałku o weterynarzu) rozpisuje się przez następne trzy strony o tym, żeby robić wszystko jak do tej pory tylko ostrożniej. Cóż... świetna porada. Nie ma to jak bestseller napisany przez światowe autorytety.
Niestety jeśli czyta się wszelkie porady to są one zwykle są bardzo skrajne i mało pomocne niestety: „zostaw dziecko, wypłacze się to zaśnie”, „dziecko musi mieć zaspokojoną potrzebę bliskości – tul je gdy tego potrzebuje”, „staraj się nie przewijać dziecka w nocy”, „przewijaj je absolutnie zawsze gdy się załatwi” i tak w kółko na każdy temat. Jedni eksperci krzyczą, żeby dyscyplinować od pierwszych dni, inni machają wynikami badań jak to potrzeba bliskości i zaspokajanie potrzeb dziecka dobrze wpływa na ich psychikę. No i bądź mądry i pisz wiersze...
Próbujemy uplasować się gdzieś pośrodku tego. Z jednej strony nie lecimy do niego gdy tylko zaczyna kwilić ale też nie zostawiamy go na cry-it-out. Choć muszę przyznać, że zawsze uważałam się za osobę, która właśnie cry-it-out będzie przede wszystkim uskuteczniać. Oto ja: nieporuszony, zimny i konsekwentny trener psów, bez litości do zwierząt i dzieci. Ordnung muss sein. Żeby mnie dziecko miało terroryzować? Nic mnie nie ruszy, ja nie z tych.
I wiecie co? Mięknę słysząc płacz dziecka. Swojego dziecka. Po prostu czuję jak rozpadam się wewnętrznie na kawałki. Taki... zwierzęcy instynkt się od razu budzi. Przytulić, nakarmić i schować przed całym światem. Czemu płacze? Coś jest nie tak, coś jest nie w porządku, coś trzeba szybko zrobić! Alarm, dziecko płacze! To dokładnie dzieje się w mojej głowie. W nocy budzę się na każde mruknięcie Mikołaja i nawet M. się ze mnie ostatnio śmiał, bo jak śpię przytulona do wałka to zdarzyło mi się budzić, będąc święcie przekonaną, że trzymam w rękach dziecko. I znów alarm, szok – to nie dziecko. To gdzie dziecko? I patrzę się na tego wałka jak głupia.
Od tej strony się nie znałam. Naprawdę, coś zupełnie nowego dla mnie. Na szczęście zewnętrznie daje się to jakoś opanować i staram się nieco tłumić to co siedzi w mojej głowie i używać trochę rozumu, żeby przypadkiem nadopiekuńczością nie stworzyć małego potwora. Oczywiście wszystko powolutku. Mikołajek ma dopiero kilka dni. Jeszcze zdążymy go wychować.

poniedziałek, 1 czerwca 2015

Pierwsze dni po porodzie

- Teraz mama pojedzie na salę pooperacyjną, może się pan z nią pożegnać i ucałować a dzieciaczka zabierzemy na oddział noworodkowy i może pan tam z nim posiedzieć – powiedziała pielęgniarka do M. zaraz po mojej operacji.
- A... a jaka płeć?
- A to pan nie wie?
- No nie. Chcieliśmy mieć niespodziankę do samego końca.
- Aha. No to syn.

***

Co dla mnie było najbardziej szokujące zaraz po porodzie i przeniesieniu na położnictwo? Dwie rzeczy:
1. Kikut pępowiny nie od razu wygląda jak uschnięty patyczek przy pępku. Przez pierwszą dobę wyglądał raczej jak budyń w bardzo stałej formie.
2. Wydawało mi się, że po porodzie zostaje na brzuchu tylko taki sflaczały fałd skóry. Co zostaje naprawdę? Przez kilka dni (czasem tygodni) po porodzie brzuch zachowuje wielkość mniej 6-9 miesiąca ciąży w zależności od kobiety. Poważnie, zapraszam was do jakiegokolwiek szpitala z oddziałem położniczym. Pójdźcie tam i zobaczycie całą masę „ciężarnych” kobiet ze swoimi nowo narodzonymi dzieciaczkami.
A jak wyglądają pierwsze doby z dzieciaczkiem? Przede wszystkim muszę zaznaczyć, że jestem bardzo zadowolona ze szpitala, w którym rodziłam. Wszystko wygląda ładnie i schludnie, zaledwie kilka lat po remoncie. Lekarze i pielęgniarki w przeważającej większości bardzo sympatyczni, mili i pomocni w każdej kwestii. Nie wiem jak jest obecnie w innych szpitalach ale tutaj dzieciaczki były przez cały czas z mamami. Pomijając takie sytuacje jak właśnie pierwsze kilka godzin po cesarce, lub gdy mama czuła się zbyt źle z jakiegoś powodu, żeby samemu zająć się maleństwem to dzieci cały czas były pod ich opieką.
No i w zasadzie to racja, że noworodki głównie śpią, jedzą i brudzą pieluchy. I wierzcie, można robić te trzy rzeczy jednocześnie. Z reguły pierwsze dni są nieco rozregulowane gdy młodzi rodzice uczą się po raz pierwszy zmieniać pieluchę i średnio im to wychodzi, gdy mama uczy się przystawiać Fasolkę do piersi (a Fasolka potem nie chce jej puścić przez trzy godziny z rzędu), gdy trzeba po raz setny przebrać dziecko bo pielucha przeciekła czy dzieciaczek opluł się ulewającym mlekiem (zalewając wszystko dookoła) lub znów trzeba rozebrać siebie lub jego bo jest kolejny obchód.
Dla mnie najgorsza była pierwsza noc z Mikołajem sam na sam. A to dzięki M., który bardzo zaangażowany zajmował się małym przez cały pierwszy dzień, widząc, że jestem jeszcze sama dość obolała po cesarce i troszkę cierpię i jednocześnie chcąc samemu nabrać wprawy w oporządzaniu dziecka. A potem pojechał wprawiony i szczęśliwy do domu a ja niewprawiona i obolała zostałam sama na noc i po raz pierwszy dopiero wtedy chociażby wyjęłam i włożyłam Mikołaja do łóżeczka. A łóżeczka swoją drogą były bardzo fajne i budową trochę przypominały wózki sklepowe. Też były na kółkach i dało się nimi nadjechać nad łóżko tak, że nie wstając z niego można było mieć cały czas dostęp do dziecka. Wygodne.
No i jeszcze M. bardzo skutecznie próbował mojej ranie przeszkodzić się goić. Bo wiecie jak to jest jak się kichnie albo człowiek się zaśmieje z raną na brzuchu? Niefajnie. A jak to jest jak człowiek co pięć minut wybucha śmiechem z raną na brzuchu. Bardzo boleśnie i bardzo niefajnie. Dzięki M....
Po dwóch dniach dostałam wiadomość od znajomej ze szkoły rodzenia, że oni też się już wykluli i są z małą Anią kilka sal od nas. A w wolnych chwilach oglądaliśmy z M. filmy na laptopie i jakoś nam te dni mijały. Niestety musieliśmy zostać w szpitalu dzień dłużej niż przewidywano bo Mikołaj trochę za dużo stracił na wadze od dnia porodu. Przyjmuje się, że dzieci po porodzie mogą w pierwszych dniach stracić do 10% masy ciała wagi urodzeniowej. My straciliśmy ciut więcej i lekarze zdecydowali, że jeszcze jeden dzień siedzimy na obserwacji. Na szczęście następnego dnia już polecieliśmy o 100g do góry i mogliśmy spokojnie opuścić szpital i wrócić do wytęsknionego domu i psów.