środa, 3 czerwca 2015

Baby blues i płacz dziecka

Pierwszy dzień w domu! Wróciliśmy po południu. Niestety weekend nie jest najlepszym momentem na wypis ze szpitala. Był jeden lekarz do ogarnięcia porodówki, położnictwa i wszystkich spraw papierkowych. Na szczęście w końcu się udało.
„Młodzi rodzice zwykle nie wiedzą co mają ze sobą zrobić po przyjeździe z dzieciaczkiem ze szpitala. Kładą go w łóżeczku, patrzą na niego i nie wiedzą co dalej. Co dalej? Zajmijcie się domem i swoimi rzeczami jak zwykle. Nie trzeba siedzieć i patrzeć na maluszka cały czas.” Mniej więcej to usłyszeliśmy swojego czasu od położnej na szkole rodzenia. I wiecie co? Największy bullshit jaki słyszałam.
Wróciliśmy z dzieciaczkiem i dalej wkoło przewijanie, karmienie, przebieranie bo coś znowu jest usyfione kupą, ulewającym się jedzeniem albo mały po raz kolejny się zasikał. Pięć minut spokoju i od nowa – pielucha, cyc i... zabrakło nam czystych ubranek. W zasadzie tamto body, co przed chwilą wynieśliśmy do prania nie było takie złe. Dawaj je z powrotem. Nie pamiętam już co tak naprawdę mnie wykończyło tamtego wieczoru ale dostałam niezłego baby bluesa. A co to takiego? 
Przed zajściem w ciążę nawet nie znałam tego określenia, choć jest to zjawisko bardzo powszechne. Rozchwianie hormonalne u kobiety sprawiające przechodzenie z histerii do histerycznego śmiechu. Często zdarza się przed miesiączką jak mi się wydaje. Szczerze mówiąc sama doświadczyłam tego pierwszy raz dopiero w ciąży gdy przepisano mi leki hormonalne na samym początku. Nigdy więcej. A tego wieczoru gdy wróciliśmy ze szpitala? Pamiętam, że siedziałam z Mikołajem na rękach, karmiąc go 35-tą godzinę tego dnia i po prostu wybuchnęłam śmiechem. Praktycznie nieopanowanym śmiechem. I mnie akurat często zdarza się, że się ze śmiechu popłaczę ale tym razem nie były łzy radości. Więc tak sobie siedziałam i rechotałam zalewając się łzami dobrych parę... -naście, -dziesiąt minut. Niezapomniany wieczór. Potem Miki stwierdził, że on absolutnie nie zaśnie sam w łóżeczku i po kilku godzinach walki z tym (i karmienia i przewijania non stop w międzyczasie) ustąpiliśmy i położyliśmy go ze sobą do łóżka. Teraz już śpi u siebie ale kładzenie go do łóżeczka dalej jest nie lada wyzwaniem. Nawet próbujemy czytać mądre książki i artykuły na ten temat. Ostatnio M. czytał nawet na głos gdy ja miałam ręce zajęte Mikołajem:
„Wreszcie zasnęło – po wieku spędzonym przy obolałych piersiach, po bujaniu na omdlewających rękach, po godzinach śpiewania. Pomalutku podnosisz się ze śpiącym dzieckiem w ramionach, zbliżasz się do łóżeczka, wstrzymujesz oddech, używasz tylko absolutnie koniecznych mięśni, Następnie z bijącym sercem przenosisz je nad krawędzią łóżeczka i powoli opuszczasz na materac. Wreszcie uwalniasz ręce ale o ułamek sekundy za wcześnie. Dziecko zaczyna kręcić głową z boku na bok, sapać i kwilić. Podnosisz je sama niemal płacząc i wszystko zaczyna się od początku. Jedyne wyjście to uśpić dziecko u weterynarza.”
Ja:... Co?... Jesteś pewien, że tak tam jest napisane?
M.: No mniej więcej...
Niestety jednak tak właśnie to zwykle wygląda. A mądra książka, w której jest ten fragment (oczywiście bez kawałku o weterynarzu) rozpisuje się przez następne trzy strony o tym, żeby robić wszystko jak do tej pory tylko ostrożniej. Cóż... świetna porada. Nie ma to jak bestseller napisany przez światowe autorytety.
Niestety jeśli czyta się wszelkie porady to są one zwykle są bardzo skrajne i mało pomocne niestety: „zostaw dziecko, wypłacze się to zaśnie”, „dziecko musi mieć zaspokojoną potrzebę bliskości – tul je gdy tego potrzebuje”, „staraj się nie przewijać dziecka w nocy”, „przewijaj je absolutnie zawsze gdy się załatwi” i tak w kółko na każdy temat. Jedni eksperci krzyczą, żeby dyscyplinować od pierwszych dni, inni machają wynikami badań jak to potrzeba bliskości i zaspokajanie potrzeb dziecka dobrze wpływa na ich psychikę. No i bądź mądry i pisz wiersze...
Próbujemy uplasować się gdzieś pośrodku tego. Z jednej strony nie lecimy do niego gdy tylko zaczyna kwilić ale też nie zostawiamy go na cry-it-out. Choć muszę przyznać, że zawsze uważałam się za osobę, która właśnie cry-it-out będzie przede wszystkim uskuteczniać. Oto ja: nieporuszony, zimny i konsekwentny trener psów, bez litości do zwierząt i dzieci. Ordnung muss sein. Żeby mnie dziecko miało terroryzować? Nic mnie nie ruszy, ja nie z tych.
I wiecie co? Mięknę słysząc płacz dziecka. Swojego dziecka. Po prostu czuję jak rozpadam się wewnętrznie na kawałki. Taki... zwierzęcy instynkt się od razu budzi. Przytulić, nakarmić i schować przed całym światem. Czemu płacze? Coś jest nie tak, coś jest nie w porządku, coś trzeba szybko zrobić! Alarm, dziecko płacze! To dokładnie dzieje się w mojej głowie. W nocy budzę się na każde mruknięcie Mikołaja i nawet M. się ze mnie ostatnio śmiał, bo jak śpię przytulona do wałka to zdarzyło mi się budzić, będąc święcie przekonaną, że trzymam w rękach dziecko. I znów alarm, szok – to nie dziecko. To gdzie dziecko? I patrzę się na tego wałka jak głupia.
Od tej strony się nie znałam. Naprawdę, coś zupełnie nowego dla mnie. Na szczęście zewnętrznie daje się to jakoś opanować i staram się nieco tłumić to co siedzi w mojej głowie i używać trochę rozumu, żeby przypadkiem nadopiekuńczością nie stworzyć małego potwora. Oczywiście wszystko powolutku. Mikołajek ma dopiero kilka dni. Jeszcze zdążymy go wychować.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz