wtorek, 9 czerwca 2015

Jak to się zaczęło - czyli jak mu powiedzieć, że będzie nas więcej?

Dzisiejszy post miał być o tym, jak to czas wpaść w rutynę i od teraz wszystkie dni będą do siebie podobne. M. wrócił do pracy a ja siedzę z Mikołajem w domu i próbuję znaleźć chwilę dla siebie. Ale nie. Pominę na razie ten temat. Może jak faktycznie poczuję tą rutynę bardzo dobitnie to takiego posta naskrobię. Na razie Miki skończył dopiero dwa tygodnie a my dopiero drugi dzień siedzimy sami razem, więc specjalnie jeszcze o żadnej monotonni nie mogę mówić. Na razie jeszcze wszystko jest dla nas nowe.
Tymczasem cofnijmy się w czasie o jakieś 9 miesięcy. Gdy zaczęliśmy się starać o dziecko zaczęłam się też zastanawiać jak przekażę M. wiadomość o tym, że faktycznie będzie nas więcej. Chciała, żeby wyszło to jakoś fajnie, żeby było co wspominać. Szukałam jakichś inspiracji w internecie i miałam w prawdzie kilka pomysłów już przygotowanych, lecz M. ostatecznie sam popsuł mi trochę szyki. Planowałam zrobienie testu na dzień, kiedy miała się zacząć następna miesiączka. Zwykle nie ma sensu robić go wcześniej, bo nawet jak już się załapało to stężenie hormonów w organizmie jest jeszcze zbyt małe, żeby coś wyszło na teście. Ten dzień wypadał u mnie w zasadzie zaraz po naszym powrocie z wakacyjnego wyjazdu. Postanowiłam więc jeszcze wstrzymać się przez weekend, do poniedziałku, aż M. pójdzie do pracy, a ja będę miała w razie czego cały dzień, żeby ostatecznie pomyśleć jak mu o tym powiedzieć. (Nie)stety M. postanowił sobie jeszcze wakacje przedłużyć i dość niespodziewanie wziął wolny także poniedziałek. Jednak mnie samą już tak doszczętnie zżerała ciekawość, że machnęłam na to ręką i postanowiłam nie czekać jeszcze kolejnego dnia. Rano, na spacerze z psami, poszłam do apteki i kupiłam test. Znalazłam potem wolną chwilę i zamknęłam się w łazience z napięciem czekając czy pojawią się te dwie upragnione kreseczki. Pojawiły się. POJAWIŁY SIĘ! Ta druga w prawdzie bardzo słaba ale była. Poza tym, jakoś tak po sobie czułam, że to już, więc tylko rozwiało to moje wątpliwości. Niemniej jednak nie było już czasu na żadne huczne obwieszczenie M., że będzie tatą. Wyszłam z łazienki i powiedziałam mu, żeby poszedł tam i zobaczył co zrobił. I chyba brzmiałam przy tym strasznie poważnie i ponuro bo zerwał się i z lekką obawą poszedł zobaczyć co się stało. Podeszłam do niego i wskazałam mu test leżący na pralce obok żelazka. Przypatrywał mu się dość długo a ja nie bardzo wiedziałam, nad czym on tak rozmyśla. W końcu jednak, gdy do niego dotarło, uśmiechnął się i przytulił mnie mocno.
- Myślałem, że to jakaś część od żelazka odpadła i je zepsułem - powiedział mi potem.
I w zasadzie do dziś się śmiejemy z tego jak to M. popsuł żelazko. I mamy Mikołajka z popsutego żelazka.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz