poniedziałek, 22 czerwca 2015

Kilka słów o cesarskim cięciu

Znów wracam do tego tematu. Tym razem postaram się jednak szczególnie nad sobą nie rozczulać a skupić na faktach.
Mianowicie ostatnio zaczęliśmy się z M. zastanawiać nad tym, skąd wzięła się nazwa "cesarskie cięcie". Mnie zawsze się wydawało, że niegdyś był to po prostu taki... "elitarny" zabieg, na który mogły sobie pozwolić najbardziej wpływowe kobiety, takie jak cesarzowe. Albo, że jakiś cesarz przyszedł na świat właśnie z takiego cięcia. W zasadzie nawet się nad tym szczególnie nie zastanawiałam i przyjęłam to jako pewnik. Jednak pod wpływem M. postanowiłam sprawdzić to dokładnie. I oto do czego się dogrzebałam:
Nazwa operacji – cięcie cesarskie – wiąże się jeszcze ze starożytnym Rzymem, gdzie prawo zakazywało pogrzebania ciężarnej kobiety bez wyciągnięcia z jej łona płodu. Nazwa ta wywodzi się od słowa łac. caedere = ciąć, pruć.
 No cóż, ta wersja zdecydowanie różnie się od mojej. Ponadto, dopiero w roku 1794 udokumentowano pierwszy taki zabieg zakończony sukcesem (przeżyła zarówno matka jak i dziecko). Jednakże już wcześniej Szekspir chociażby pisał w Makbecie o Makdufie, urodzonym przez cesarskie cięcie. Znaczy to, że prawie dwieście lat przed pierwszą całkowicie udaną tego typu operacją była ona znana i śmiem podejrzewać, że faktycznie niekiedy rodziły się z niej zdrowe dzieci. Wątpię jednak w to, że matka Makdufa, czy jemu podobnych, miała tyle samo szczęścia. Dopiero żyjący na przełomie XIX i XX wieku położnik Eduardo Porro, opracował metodę przeprowadzenia tej operacji, która zmniejszała śmiertelność poddawanych jej kobiet z niemal 100% do ok. 60%, co było niezłym przełomem.
Tymczasem lista wskazań do cesarskiego cięcia jest całkiem długa. Zaczynając od nieprawidłowego ułożenia główki dziecka i wielkości dziecka, przez zaburzenia akcji serca płodu i nieprawidłowy postęp porodu czy wypadnięcie pępowiny, do ciężkiego stanu przedrzucawkowego. Do tego mogą dochodzić choroby matki (cukrzyca, wada wzroku, opryszczki), czy wiele wiele innych.
I tak sobie myślę, że w takich właśnie wypadkach cesarskie cięcie ratuje matkę lub dziecko, ewentualnie oboje i zawdzięczamy to rozwojowi techniki. Że dawniej większość tego typu porodów kończyła się tragicznie i nic nie dało się z tym zrobić. I piszę to trzymając na kolanach Mikołaja, który jest cały i zdrowy, tak samo jak ja. I staram się nie myśleć o tym, że mam na brzuchu bliznę przypominającą mi ciągle o tym wydarzeniu. Staram się, lecz ciągle nie mogę jej polubić, choć wiem, że to jej zawdzięczam nasze zdrowie.

Tymczasem:
 A termin obrony mam na 3-go lipca!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz