czwartek, 25 czerwca 2015

Miesiąc po porodzie

Jutro mija pierwszy miesiąc życia Mikiego. Już nie jest noworodkiem. Już jest niemowlakiem. Czas leci niesamowicie szybko w porównaniu do końcówki ciąży, która wlekła się w nieskończoność. I mam czasem wrażenie jakby Mikołaj był tu od zawsze. Przyzwyczaiłam się do niego. I absolutnie go uwielbiam. I to też dla mnie zaskakujące jak silna więź się wytwarza między matką a małym dzieckiem. Czysta chemia i biologia naszych organizmów, która ma za zadanie zwiększyć szansę na przetrwanie naszego gatunku, jednak... Jednak sporo się słyszy na temat matczynej miłości. A ja jestem zaskoczona odczuwając to na własnej skórze. Bo zastanawiając się nad tym ostatnio powiedziałam sobie, że w zasadzie chyba nigdy nikogo nie kochałam tak mocno jak tą małą istotkę. Ale po chwili naszła mnie szybka refleksja, że w zasadzie jestem  wielkim błędzie. Prawidłowo powinnam była raczej uznać, że nigdy nikogo nie kochałam w ten sposób jak kocham tą małą istotkę. Bo mam wrażenie, że faktycznie jest to zupełnie inne uczucie niż to, którym darzę M. czy resztę mojej rodziny. Kompletnie nieporównywalne. Niemniej jednak czuję bardzo silną więź z Mikołajkiem. Cały czas mam tylko wrażenie, że to w większości jakiś pierwotny instynkt, który każe mi zajmować się potomstwem, podkręcany hormonami i Bóg wie czym jeszcze.
Ale zostawmy na razie w tyle biologię. Po prostu uwielbiam trzymać go na rękach. Lubie gdy nad ranem, kiedy zabieram go do naszego łóżka, zasypia na mnie lub leży obok i coś tam kwęka pod nosem oglądając swoją ulubioną poduszkę w kropki. Lubię gdy leży na podłodze oglądając uważnie mieszkanie dookoła, lub gdy pokazuje mu się mieszkanie a on skupiony ogląda wszystko marszcząc przy tym śmiesznie czółko. Lubię gdy podnosi głowę leżąc na brzuchu i stara się ją utrzymać prosto, co wcale nie jest łatwe, biorąc pod uwagę stosunkowo słabe jeszcze mięśnie karku. Przypomina wtedy pieska z kiwającą się główką. Lubię gdy się tak szeroko uśmiecha, nawet jeśli jeszcze nie jest to uśmiech świadomy. I w zasadzie lista rzeczy, które w nim lubię jest zadziwiająco długa i mogłaby się tak jeszcze ciągnąć. Na drugiej szalce jest w zasadzie tylko zmęczenie (z którym jednak mój organizm zaczął sobie jakoś radzić) i brak czasu dla siebie. I nie tylko dla siebie. Jakaś znajoma M.z pracy powiedziała mu dziś, że przy dzieciach trzeba nauczyć się dzielić czas na trzy: dla dziecka, dla siebie i dla drugiej połówki. No właśnie, jeszcze o drugiej połówce trzeba pamiętać. Bo niestety jestem w stanie wyobrazić sobie, że faktycznie jak pojawia się dziecko to jakoś się traci nie tylko na intymności co na... całym związku. Mam jednak wrażenie, że z M. całkiem nieźle znosimy na razie ten trudny okres. Mimo wszystko spędzamy razem chyba dość sporo czasu, mimo iż on wraca często padnięty z pracy a ja kładę się spać dużo wcześniej. No i naprawdę czuję, że jesteśmy świetnie zgrani charakterami co też ułatwia nam wspólne życie nawet w tak kryzysowej sytuacji jak: BOOM! Jesteście rodzicami! Deal with it!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz