poniedziałek, 29 czerwca 2015

Moro - czyli co spędza nam sen z powiek

Moro i noc doskonale idą ze sobą w parze gdy mówimy o wojskowych manewrach czy obozie harcerskim. Moro, noc i małe dziecko kompletnie ze sobą nie współgrają.
Pisałam wcześniej o odruchu moro u niemowlaków. Polega on na wyrzuceniu ramion i powolnym przygięciu ich, jakby dziecko chciało coś objąć. W naszym wypadku, trochę rujnuje nam to sen. Nie mamy problemu z położeniem Mikołaja do łóżka wieczorem. Po kilku dniach walki, zaraz po powrocie ze szpitala, udało nam się przyzwyczaić juniora do tego, że godzina ósma jest godziną spania i teraz zasypia praktycznie bez krzyku i problemu. Trochę wystarczy przy nim jeszcze posiedzieć i pośpiewać mu czy coś i idzie w kimę na najbliższe dwie, trzy godziny. Osobiście dla własnej wygody przyjęłam zasadę, że jak już  się znajdzie w łóżeczku to wyjść może z niego tylko na przewijanie czy karmienie. Tata go czasem nosi i lula, mnie się nie chce. Na szczęście M. odkrył kiedyś, że Miki szybko się uspokaja, gdy położy mu się rękę na klatce piersiowej więc nie ma nawet potrzeby wyjmować go gdy się nawet zacznie rozbudzać.
 Problemy pojawiają się po nocnym karmieniu. A wygląda to tak: Miki budzi się, wstaję go nakarmić po czym chcę go położyć z powrotem i teoretycznie powinno być wszystko w porządku. Dziecko najedzone, śpiące, kładę go do łóżeczka i wygląda na to, że zasnął ALE... ale czekam jeszcze chwilę przy nim, żeby mieć pewność i nagle bach! MORO! I Miki się na powrót rozbudza i  skwierczy niepocieszony. I znów czekanie aż zaśnie. I skąd to przeklęte moro? Wg. wikipedii odruch pojawia się w odpowiedzi na gwałtowną zmianę położenia ciała noworodka, nagły hałas lub ostry dźwięk. No i co to ma z nami wspólnego? Środek nocy, ciemno, głucho, on już prawie śpi, to czemu mu te ręce lecą na boki?!
Zaczęłam czytać i jedyne co znalazłam, to to, że dzieci często czują się bezpiecznie gdy szczelnie się je opatuli kocem i dobrze wtedy zasypiają. Patrzyłam na to dość sceptycznie bo Miki zawsze śpi w pozycji na żabę, ze wszystkimi kończynami rozwalonymi na boki. W akcie desperacji jednak którejś nocy postanowiłam go w końcu nieco skrępować. Mimo wielkiego oburzenia i próby walki owinęłam go szczelnie, żeby nie miał szansy się nawet ruszyć. Cóż, jak nie będzie mógł wystrzelić rękoma to niby moro nie będzie, nie? Bardzo mu się to nie podobało ale tylko przez pierwsze... trzy sekundy. Serio, zrobiłam z niego burritokid i zasnął natychmiast. Niemniej jednak korzystam z tego raczej rzadko bo, często nocą jest po prostu gorąco albo gdy przez sen Miki próbuje się uwolnić a ja nie wystarczająco szczelnie go owinę to zakłada sobie koc na twarz. No i on raczej tego nie lubi, nawet gdy go to uspokaja gdy jest bardzo śpiący.
Niestety nie jest to jedyny problem, który pojawia się w nocy. Czasem się zapluwa i dławi jak na każdego Rozkosznego Ulewaczka przystało. Trzeba go też przewijać i potwornie przy tym protestuje bo go to rozbudza. I tak zwykle wstawanie do niego w nocy przeciąga nam się do około jednej godziny z czego zaledwie 10 - 15 to samo karmienie.
I robię co mogę, żeby faktycznie nie obudzić przy tym M., który rano wstaje do pracy. Ja niby mogę  potem w dzień odespać, nie?
Choć czasem, gdy to się przeciąga w nieskończoność a ja jestem naprawdę zmęczona mam cichą nadzieje, że M. jednak wstanie i mi pomoże. I słyszę jakiś ruch na łóżku. Obudził się.
M.: Co to za dźwięk?
Ja: To twój syn. Mikołaj - tata, tata - Mikołaj. Poznajcie się. (Tylko tak myślę, przecież mu tak nie powiem).
Ja: Nic, nic. Idź spać.
M.: Mogę twoją poduszkę?
Ja: Jasne.
I zakłada ją sobie na głowę, żeby nie słyszeć skwierczącego syna.
I jak mam się na niego złościć? Ma prawo się wyspać do pracy. A mnie w zasadzie coraz mniej przeszkadza wstawanie w nocy do Mikiego. Bo  naprawdę z każdym tygodniem jest lepiej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz