poniedziałek, 10 sierpnia 2015

Każdy normalny rodzic, przynajmniej raz dziennie...

"Każdy normalny rodzić, niezależnie od tego jak bardzo kocha swoje dziecko, przynajmniej raz dziennie ma ochotę rzucić nim o ścianę."
Tak, to jedna z tych życiowych mądrości, które zdarzyło mi się przeczytać gdzieś kiedyś w odmętach internetu.
- Człowiek ma problem ze sobą - pomyślałam. - Ktoś naprawdę nie radzi sobie z dzieckiem. Jakie to smutne. Ja na szczęście potrafię panować nad swoimi emocjami. No i kocham go tak mocno, że nigdy nie pozwoliłabym sobie na taką myśl!
Aż nadszedł dzisiejszy poranek...

"Wstałam", rozejrzałam się dookoła i próbowałam nie wybuchnąć płaczem. Nie, Miki nie budził się dziś co godzinę - budził się co pół. Albo raczej nie "budził" się tylko chyba przez sen mamrotał, że głodny, że pić bo gorąco i ciągnął za każdym razem ile się da. Ja niestety przez sen, nie byłam w stanie podnieść go z łóżeczka i przystawić do piersi. No kurcze musiałam się do tego za każdym razem obudzić. W efekcie, o czwartej rano, po setnej pobudce tej nocy rozbudziłam się na tyle, że nie zasnęłam już do rana. I jeszcze zaczęła latać ta cholerna mucha, która nie dawała nawet spokojnie poleżeć i jeszcze bardziej rozbudzała Mikiego. Zadzwonił budzik M. a ja powstrzymywałam łzy, mając świadomość, że już zaczął się dzień, ledwo co zmrużyłam oczy tej nocy, Miki oczywiście pewnie i za dnia nie będzie chciał wiele spać, więc będę musiała tak zombifikować do wieczora, przez zmęczenie nie mając siły zrobić nawet cokolwiek dla siebie. M. widząc w jakim jestem stanie zaproponował, że on się godzinkę jeszcze zajmie latoroślą i pójdzie na późniejszą godzinę do pracy a ja może spróbuję się jeszcze przespać. To było bardzo kochane ale wiedziałam, że na razie i tak nie dam rady zasnąć.
A Miki patrzył to na mnie to na M. i pytał swoimi wielkimi oczkami:
- To jak, to jak? Kto się ze mną bawi w drona? No dalej rodzice, co takie drętwiaki jesteście z samego rana? Niechże mnie ktoś podniesie!
Potem wstałam, czułam, że ledwo trzymam się na nogach, dzieć dodatkowo opluł mnie siarczyście jak już dawno mu się nie zdarzało i zaczęłam zastanawiać się, gdzie znajduje się najbliższe okienko życia. Ja, która z takim wytchnieniem czekałam na pojawienie się na świecie tego małego człowieka, która już na porodówce, wśród jęków i krzyków współrodzących niemal skakałam z radości ignorując wszelki ból, bo już niedługo on miał pojawić się na świecie; tak, właśnie ja zrozumiałam sens cytatu przytoczonego na samym początku.
Jednak znaleźliśmy chwilę leniwego, rozpaczliwego polegiwania w łóżku i daliśmy się namówić oczom Mikiego na tego nieszczęsnego drona a on zaczął się tak szczerze i szeroko uśmiechać... I zmiękłam kompletnie patrząc na tą zachwyconą buźkę.
Miki dopiero od niedawna się do nas uśmiecha i wszelki przejaw radości na nasz widok z jego strony jest jak cudowny prezent. A gdy robi pierwsze próby śmiechu to w ogóle serce rośnie. Zgadzam się z teorią, że dziecięcy uśmiech potrafi zrekompensować bardzo wiele.

W tym temacie muszę wspomnieć jeszcze o jednym: odkąd Miki pojawił się na świecie stałam się naprawdę tolerancyjna. Przyznaję bez bicia - do tej pory byłam jedną z tych osób, które słysząc od młodej dziewczyny "Ja to nie chcę mieć dzieci." traktowała to z pobłażliwym uśmiechem. "Jeszcze zobaczysz" myślałam, "Jeszcze ci się odmieni.", albo "Będziesz potem żałować na starość", "To przykre - nigdy nie poczujesz tej radości jaką daje dziecko."
Jednak od dnia porodu, odkąd sama zostałam mamą, zrozumiałam jedną, bardzo ważną rzecz. Gdybym wszystko to co związane jest z opieką nad maluchem - nocne wstawanie, płacze i rozpacze maleństwa, z którym ne sposób się porozumieć, zasikane i zafajdane ubrania, przewijaki, ręce i pościele, brak czasu dla siebie i partnera, zmaganie się z każdą chwilą swobodnego wyjścia z domu do kina lub kawiarni - gdybym to wszystko musiała znosić nie z czystej miłości i pragnienia macierzyństwa tylko z przymusu lub presji społecznej czy rodziny, czułabym się bardzo skrzywdzoną osobą. Zrozumiałam, że macierzyństwo, jakkolwiek fantastyczne i dające zarówno spełnienie jak i radość, to jednak bardzo wiele wyrzeczeń i trzeba być na nie przygotowanym.
Zdecydowanie jestem bardziej tolerancyjna. Nie wyobrażam sobie życia bez dzieci ale rozumiem, że nie każdy jest mną i nie każdy może chcieć podjąć się tego zadania. I nie każdy musi. I może lepiej jeśli decyzja o macierzyństwie i tacierzyństwie w końcu może być podejmowana bez tej społecznej presji.




5 komentarzy:

  1. Jestes super mama!!! Na prawde wielki uklon w Twoja strone ;).
    Co do swiadomego macierzynstwa zgadzam sie z Toba. Mi tez troszke zajelo zanim sie zdecydowalam z M na bobasa. Nie specjalnie szalalam za dziecmi, nie rozklejalam sie na widok ubranek, smoczkow itp. Wszystko sie zmienilo gdy zobaczylam dwie kreski na tescie...oczywiscie nie z dnia na dzien, lecz stopniowo. Teraz, mimo ze Antosia jest jeszcze w brzuszku, nie potrafie przejsc obojetnie obok maluszka, smyka czy pani z wozkiem na spacerze. Usmiecham sie sama do siebie :).
    Wiem ze beda lepsze i gorsze chwile, ale jakos powoli dam rade ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na pewno dasz radę! A o tych gorszych chwilach (oby było ich jak najmniej) i tak szybko się zapomina :)

      Usuń
  2. Kobieto kochana oj jak Ty mnie teraz podniosłaś na duchu....! Ostatnio przechodzę przez to samo...dzisiaj szczególnie.. Kocham Hanię z całych sił, życie bym oddała...ale jak płacze od samego rana cały dzień...to ja czasem po prostu nie daję rady. Owszem współczuję jej ogromnie, gorąco, chyba idą zęby, jeść niby chce niby nie i ogólnie jest źle, ale jak mija godzina za godziną płaczu to ja po prostu mam czasem odruch ucieczki i zaszycia się w ciemnym, cichym, pustym lesie..... I potem przychodzi od czasu do czasu ten moment......UŚMIECH.....no ma taką moc, że mięknie mi serce i znajdują się nowe pokłady siły. I wiara z nadzieję, że w końcu będzie lepiej :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dużo siły życzę! My jeszcze trochę chyba mamy do pierwszych ząbków ale aż mnie ciarki przechodzą na samą myśl. Niech te uśmiechy pojawiają się tak często jak tylko się da!

      Usuń
  3. Piękny post, tyle zrozumienia i miłości, dziecko jest zależne od nas, samo się nie odkryje w upalne dni, ani nie napije, dziecko potrzebuje przytulania, całowania... nasze dziecko. Pięknie ujęłaś, że do tego być przygotowanym, jak najbardziej się z Tobą zgadzam, trzeba się przygotować że między uśmiechami dziecka, mamy zasrane pieluchy, płacz, kolki, ulewanie, rosnące zęby i tysiąc innych spraw. Ale to dziecko nasze z miłości, człowiek całe życie się uczy i głupi umiera.... mądry powiedział. Jak człowiek kocha będzie robił wszystko, aby było dobrze.
    Pozdrawiam :)
    www.matkapolka89.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń