piątek, 14 sierpnia 2015

Kiedy to się stało?!

Nastał kolejny dzień. Dzwoni budzik, wstaję, idę się wykąpać, szykuję śniadanie, ubieram się, wychodzę z psem na dwór, M. zbiera się do pracy, ja zabawiam jeszcze chwilę Mikiego... Niby nic nowego. Poranek jak każdy inny, jednak na chwilę zatrzymuję się w tym wszystkim i rozglądam dookoła. Widzę nasze mieszkanie (małe bo małe ale własne), widzę mężczyznę mojego życia, widzę swój dyplom ukończenia studiów (jeszcze nie odłożony na półkę), w końcu widzę małego chłopca, który całkiem niedawno odkrył, że ma nogi i właśnie im się uważnie przygląda. I jest w tym obrazku coś czego kompletnie nie mogę pojąć i dociera to do mnie po krótkiej chwili. Czy to już? Czy to wszystko dookoła mnie oznacza, że już dorosłam?
Jakkolwiek bezsensownie by to nie brzmiało, to to odkrycie było dla mnie dużym szokiem. Ja? Ten wielki „dzieciuch” i kopalnia infantylności? Ja, która dopiero co skończyła szkołę i jeszcze przed chwilą świetnie się bawiła za granicą, korzystając z tego, że jest jeszcze taka młoda i „jak nie teraz to kiedy?”. Ja, która wyprowadzając się z domu, nie mogła uwierzyć, że zapomniała o pluszowym wężu.
Ale jak to, skoro na przykład całe wieczory potrafię przegrać na komputerze w jakieś śmieszne gierki? Jak to możliwe jeśli dalej z wypiekami na twarzy oglądam filmy pixara i disneya a czasem włączam sobie nawet na youtube stare, dobre kreskówki z cartoon network? Bo skro już dorosłam to czemu na półce stoi komplet świeżo kupionych książek z serii monstrualnej erudycji (rzekomo dla Mikiego, choć skorzysta z nich najwcześniej za pięć sześć lat jak nauczy się czytać), a nasze regały uginają się od gier planszowych? To nie są rzeczy, które kiedykolwiek kojarzyły mi się z dorosłością. Tak samo jak ulubiona bluza z pandą, która ma uszy przy kapturze, odwieczne pragnienie zwiedzenia legolandu, rozbijanie obozu w ogródku, łażenie po drzewach czy łapanie chrabąszczy i oszukiwanie psa, że to ciastko. A jednak. Mam kredyt w banku, zdane egzaminy zawodowe, skończone studia, prawo jazdy, MAM SYNA! Więc czy to już, jest ten moment kiedy się dorasta?
Mam wrażenie, że gdzieś ten moment przeoczyłam. Niby umiem już robić te wszystkie rzeczy dorosłych, jak załatwianie spraw w urzędach, pilnowanie domowych finansów, robienie opłat i organizacja i planowanie własnych wakacji. Cholera, nawet wiem co się dzieje w polityce! A jednak nie czuję się dorosła. Wróć... Powiem inaczej. Nie czuję się inaczej niż czułam się mając lat, dajmy na to siedemnaście. I chyba nie bardzo potrafię powiedzieć co się we mnie zmieniło od tamtego czasu. A jednak coś musiało.
Na pewno dużo dał mi wyjazd do Mongolii. Dziesięć miesięcy na końcu świata, bez rodziny i przyjaciół. Dziesięć miesięcy w kraju o kompletnie odmiennej kulturze i języku, gdzie zdana byłam prawie tylko na siebie. Nie dało się nikogo poprosić aby poprowadził cię przez to za rączkę. Potrzeba było udać się do urzędu, znaleźć lekarza, załatwić coś w banku czy zdobyć wizę do Chin to trzeba było spiąć cztery litery i się do tego ruszyć samemu. A wierzcie lub nie, bywało to wszystko potwornie trudne. Mongołowie nie mają w zwyczaju niczego ułatwiać obcokrajowcom. Tak, trudnych momentów było całkiem sporo. Samotne święta, samotny sylwester, Mongołowie plujący ci pod nogi (och, nie tylko „biali” są rasistami), kradzieże, brak kasy, w końcu zima trwająca pół roku i potworne odmrożenia. Jednak siedziałam tam do końca mimo wyniszczającej już w pewnym momencie samotności i tęsknocie do chociaż jednego zielonego trawnika. I dziękuję w tym momencie tym, którzy mimo wielu przeciwności odwiedzili mnie w tym surowym kraju.
Tak, wydaje mi się, że chyba jakoś wtedy mogłam w końcu dorosnąć.
Mimo wszystko nie mogę się doczekać aż Miki podrośnie na tyle, żebyśmy zaczęli budować w domu bazy z koców i krzeseł, żeby wyciągnąć z pawlacza nasze wielkie pudło z klockami lego, żeby mazać kredkami i farbami gdzie tylko się da, żeby robić turnieje szermiercze i naparzać się ocieplaczami do rur. Naprawdę nie mogę się tego doczekać. Zupełnie jakbym chciała sobie w ten sposób jeszcze jakoś przedłużyć to dzieciństwo, które minęło bezpowrotnie.
Cóż, mogę tylko liczyć na to, że może dorosłość nie koniecznie łączy się zawsze z nudą, powagą i świadomością tego czego się od życia chce, a chęć pozostania sobą (nawet tą nieco infantylną i szaloną) nie musi wykluczać bycia dorosłym i odpowiedzialnym. 


5 komentarzy:

  1. Mam tak samo! Kiedy to się stało? Od kiedy umiem nastawić pralkę, zrobić przelew, załatwiać sprawy w urzędach i resztę dorosłych, skomplikowanych rzeczy? Zaraz będę MAMĄ! To słowo nie będzie oznaczało już tylko jednej osoby, ale będzie odnosiło się do mnie. JA też tego nie pojmuję, kiedy i jak? Czas jest dowcipny.

    OdpowiedzUsuń
  2. A ja sie gubie w tej mojej doroslosci. Bede miala dziecko, mam męża, prace, musze planowac obiady, oplaty, zakupy....
    Jak ja sobie dalej dam rade na prawde nie wiem. I jeszcze slucham historii cztery lata mlodszej siostry ktora siedzi na erasmusie i przezywa, ze impreza nie wypalila, ze jada zwiedzac to i to, albo jak to bedzie jej smutno jak za miesiac bedzie musiala wrocic.
    Musze jednak spiac pupe i sie nie dac!! Przeciez doroslość to nie koniec swiata tylko poczatek nowego, też fajnego ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja też ten moment przeoczyłam, ale wiesz co, wcale tego nie żałuję! Mało tego, ja się bardzo potwornie z tego cieszę. Nie obchodzą mnie gorszące spojrzenia "dorosłych" ludzi, kiedy zerkają na mnie jak nagle idąc samotnie ulicą zaczynam śmiać się na głos, bo właśnie mi się coś zabawnego przypomniało... Nie obchodzą mnie krytyczne uwagi, w stylu dorośnij i przestań tak optymistycznie do życia podchodzić, bo ono jest ciężkie, trudne i okrutne... Phiii..... a ja będę sobie dużym dzieckiem, które ma satysfakcję z własnego życia i się cieszy tym co ma, potrafi i robi.. Moje dziecko też będę tego uczyć i basta! :)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo mnie cieszy, że nie jestem jedyna :) Musimy koniecznie dzieciom przekazać ten sam optymizm!

      Usuń
    2. Jestem w 100% za! :)

      Usuń