poniedziałek, 5 października 2015

Mama na uniwersytecie!

Wracam na uczelnię. Dziś miałam pierwsze zajęcia pierwszego roku drugiego stopnia moich kochanych studiów. Rano jak zwykle wstałam, wykąpałam się, zjadłam śniadanie. Później poszłam jeszcze z synem i M. na spacer, po czym zabrałam plecak z zeszytem i ucałowawszy Kopernika, wyszłam z domu. Wróciłam po sześciu godzinach.



Sześć godzin mamy bez syna! Wieczność! Przynajmniej dla syna i taty, który dzielnie się nim przez ten czas zajmował. Mama (wyrodna, a jakże!) trochę została pochłonięta przez zwykłe studenckie sprawy i mimo wielkich chęci, nie bardzo miała czas tęsknić. Ustalanie dokładne planu i walka o jak najmniej dni zajętych przez zajęcia idzie całkiem nieźle. O ile dobrze pójdzie (a to okaże się pewnie już jutro) będę chodziła na zajęcia tylko trzy dni w tygodniu i nie będę miała więcej niż dwa zajęcia dziennie. Żeby tylko się to spełniło. Najwyżej w następnych semestrach będę nadganiać, lecz przynajmniej na ten początek chcę wszystkiego jak najmniej. Przynajmniej dopóki syn jest w 100% na piersi. Bo to nie tylko chodzi o porzucenie jego w domu. Tu chodzi też o moją mleczarnię, której nie da się zatrzymać akurat na czas zajęć.

Przyznam też, że nie było mi wcale tak łatwo, po prostu go zostawić i wyjść. Rozum kazał iść naprzód i się nie oglądać, a serce wyło przeraźliwie, niemalże przekrzykując wykładowcę. Ciężko się trochę skupić w takich warunkach, ale w końcu jakoś wszystko zaczęło się wyciszać. Miałam świadomość tego, że przecież młody ma w domu zapas mleka (który wystarczyłby mu na 6 dni chyba a nie 6 godzin), jest z tatą więc krzywda mu się nie stanie (bardziej już bałabym się tu o tatę) i w zasadzie nie mam żadnych powodów do obaw. I przyznam, że trochę się w końcu odprężyłam.

Odprężenie nie trwało długo oczywiście. Im bliżej powrotu tym szybciej chciało się już być przy nim. Jadąc autobusem na każdych światłach patrzyłam ze zniecierpliwieniem co to się stało, że autobus się zatrzymał. Oczami wyobraźni widziałam jak tkwię w jakimś gigantycznym korku a mój powrót do domu jest coraz dalej i dalej... Ale uważam, że i tak mogę być z siebie dumna bo nie biegłam z przystanka do domu tylko ograniczyłam się do szybkiego marszu. :)

I jakkolwiek wydawało mi się, że był to dla mnie ciężki dzień, to muszę przyznać, że po powrocie czułam w sobie tyle energii, ile od samego porodu chyba mi się nie zdarzyło. I czułam, że mogę spokojnie poświęcić ją pierworodnemu. Nie spodziewałam się tego, ale ta wcale nie taka długa przerwa od ciągłej opieki nad Kopernikiem, bardzo pozytywnie mnie naładowała. Na dzień dzisiejszy mogę powiedzieć, że cieszę się z szybkiego powrotu na studia. I bardzo cieszę się, że moja wspaniała rodzina mi to umożliwiła. A i młody chyba na tym skorzysta. W końcu szczęśliwy rodzić to szczęśliwe dziecko, nie?

4 komentarze:

  1. Super. Bardzo fajnie, że się spełniasz :) Mam nadzieję, że kolejne dni na uczelni będą równie udane ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Fantastycznie ze wrocilas na studia!! Rozumiem ze czujesz niepokoj jak zostawiasz Maluszka w domu, ale sama widzisz ile energii masz jak wracasz:) to taki troszke egoizm, zdrowy egoizm :). Ja mialam wczoraj masaz, na poczatku sie stawialam- bo po co mi to, ale po wszystkim czulam sie fantastycznie, gotowa do dzialania :).

    OdpowiedzUsuń
  3. Też tak miałam gdy wracałam po macierzyńskim do pracy, lęk, jak sobie moje dziecko poradzi w żłobku, jak szybko moje piersi "nauczą się" dawania mleka w innych porach. Daliśmy radę :-) Gdy Ty jesteś szczęśliwa, to dziecko to od razu czuje.

    OdpowiedzUsuń
  4. Miki na pewno wyczuł tą radość i spełnienie :) Super, że się realizujesz, Twoje szczęście jest bardzo ważne, bo też odbija się na dziecięciu. Oby dalej wszystko się tak udawało!

    OdpowiedzUsuń