piątek, 6 listopada 2015

Nasze chustonoszenie

Historia naszego chustonoszenia jest dość krótka, choć wcale nie miało tak być. Miały być długie spacery, miały być wyprawy na miasto, miały być piesze wędrówki do lasu czy szybkie wyskoki z samego rana na spacer z psami i do piekarni po świeże bułki. Miało być dużo chustotulenia i aktywnego uczestniczenia Kopernika w codziennym życiu rodziców. Co z tego było? Niestety niewiele.



 Będąc w ciąży, na samym początku, myślałam w zasadzie, że nawet wózek nam nie będzie potrzebny. Są przecież chusty do noszenia dzieci od pierwszego dnia i przez długi czas nawet nie wyobrażałam sobie, że mogłoby być inaczej. Wydawało mi się to po prostu tak naturalne, że nawet nie rozważałam za i przeciw. Tak samo było z karmieniem piersią. Naturalne więc oczywiste.

Pierwszym momentem, w którym moje przekonanie co do noszenia dziecka w chuście zostało nieco zachwiane była nasza szkoła rodzenia. Mieliśmy tam kilka zajęć z Katarzyną Sempolską, zajmującą się fizjoterapią oraz instruktorką fitness, prowadzącą zajęcia między innymi dla kobiet w ciąży czy mam z małymi dziećmi. (Aktywne 9 miesięcy) Dowiedzieliśmy się od niej całej masy rzeczy dotyczących rozwoju małego dziecka i jestem jej dozgonnie wdzięczna za wiedzę, którą nam przekazała. To głównie zajęcia z nią sprawiły, że tak bardzo spodobała mi się szkoła rodzenia.

Jednakże pośród wszystkich naprawdę cennych informacji, które nam przekazała, pojawiła się jedna, która nieco mnie zaniepokoiła. "Noszenie dzieci w chuście/nosidle, zanim zaczną same siadać, może prowadzić do zbyt wczesnego pionizowania i mieć szkodliwy wpływ na ich rozwój."

Nie jestem specjalistą, nie orientuję się nawet zbyt dobrze w temacie, nie wiem czy faktycznie jest to niebezpieczne. Szukałam informacji na ten temat w internecie i owszem, znalazłam ich całkiem sporo. Napotkałam wiele artykułów mówiących o tym, że noszenie w chuście absolutnie nie szkodzi i nie prowadzi do sztucznej pionizacji. Wszystkie te artykuły były jednak pisane przez osoby sprzedające chusty, zajmujące się szkoleniami z chustonoszenia lub na zamówienie takich osób/instytucji pisane. Jakkolwiek powoływały się one na "pewne" badania, to nigdzie nie znalazłam odnośników do faktycznych artykułów naukowych na ten temat i sama na żaden nie trafiłam. Tak więc mimo wielkiego mojego szacunku do tych osób, nie znalazłam wiarygodnego źródła, traktującego o wpływie noszenia dzieci w chustach na ich rozwój.

Trochę zachwiało to moją pewność, co do tego, że będę Fasolkę nosić w chuście od jej pierwszych dni. Wiem, że to w ten właśnie sposób noszone są/były dzieci na całym świecie od wieków i rosły zdrowe, jednak z posiadanej przeze mnie wiedzy, większość dzieci, w których kulturowo faktycznie nosi się niemowlaki w chustach, i tak pierwsze miesiące swojego życia spędzają głównie w koszach, kołyskach, a potem dopiero w chustach. Mogę się jednak mylić. No i muszę zaznaczyć, że żaden inny lekarz nie potwierdził szkodliwego wpływu chust. Żaden też go nie zanegował. Zwykle kwitowali to wzruszeniem ramion. Jednakże należę do ludzi, którzy wolą nie podejmować zbędnego ryzyka. Z bólem pogodziłam się z tym, że chusta na razie idzie w odstawkę.

Tak więc podjęłam decyzję, że wstrzymam się z noszeniem Kopernika w chuście dopóki nie zacznie siadać, a już na pewno do momentu, gdy zacznie całkowicie stabilnie trzymać główkę. Poza tym, pierwsze jego miesiące i tak wypadały na te piekielne upały, które nas nawiedziły w tym roku. Ja czasem nawet nie chciałam myśleć o tym, że znów muszę przystawić do piersi to małe rozpalone ciałko, gdy i bez tego cała jestem zlana potem. Nie było mowy nawet, żeby go do siebie przywiązać. Nikt by mnie do tego nie zmusił.

 Z końcem lata postanowiłam jednak zacząć go przyzwyczajać. Najpierw uczyłam się samych wiązań. Pierwsze dni to nawet nie było noszenie. To było wypróbowywanie, jak w ogóle można to wygodnie zrobić. W końcu zaczęliśmy wybierać się na pierwsze spacery. Krótki wypad z psem, szybkie wyjście do sklepu. Czułam się z tym dobrze. W końcu miałam swoje chustonoszenie. W końcu miałam swoje tulące spacery a i Kopernik zdawał się być zachwycony nowym punktem widzenia.

Aż pewnego dnia, bardzo niedługo po tym jak w ogóle zaczęłam go nosić, wróciłam z nim z piekarni, odwiązałam go po długim spacerku i... poczułam jak uginają się pode mną kolana. I w zasadzie tutaj następuje koniec historii chustonoszenia. Tamto nasze ostatnie wyjście tak dobiło mi stawy, że miałam zakaz jakiegokolwiek podnoszenia i noszenia synka przez następne dwa tygodnie. Były momenty i do tej pory cały czas się zdarzają, że po prostu nie mogę chodzić. Niestety wróciły wszystkie problemy z moimi kolanami jakie kiedykolwiek miałam. I szlag trafił moje wcześniejsze operacje i rehabilitacje, które miały przwrócić mi normalne, sprawne funkcjonowanie. Niestety na powrót muszę zacząć rezygnować z wielu aktywności, które nigdy już miały nie być dla mnie problemem.

Musieliśmy też odwołać nasze zamówienie na nosidło (polecam gorąco obejrzeć cuda szyte na zamówienie, na które chcieliśmy się skusić TUTAJ - My Owl Town). Jednocześnie dowiedziałam się i o innych mamach, które na skutek chustonoszenia zaczynały mieć problemy z kolanami czy kręgosłupem. Czemu nikt o tym nie mówi? Czemu rozpatruje się jedynie wpływ noszenia w chuście na dzieci a nie na nieszczęsnych rodziców. Nie zakładałam, że po noszeniu 11 dodatkowych kilogramów w ciąży, nagle dużo lżejsze dziecko wpędzi mnie w poważną kontuzję. A jednak dźwignia inna, mogłam się domyśleć - mój błąd? Prawdopodobnie.

Tak więc chusty teraz używam bardzo rzadko, gdy muszę coś w domu zrobić a Kopernik jest wyjątkowo marudny, no i tylko jeśli M. nie patrzy - strasznie mnie za to ruga. Z resztą do tej pory mnie ruga gdy w ogóle noszę Kopernika a on jest w domu i może to robić za mnie. Nie powinnam tego robić, wiem. I jakkolwiek bardzo chciałam być dzielną chustomamą, tak mogę obejść się smakiem i zapomnieć o tym na dobre. I mam tylko nadzieję, że rozdrapana kontuzja nie rozogni się jeszcze bardziej podczas następnej ciąży.

Tymczasem mały czołgista zdobywa wszystkie serca na spacerach. Absolutnie nie pozwala się wozić w inny sposób :)

8 komentarzy:

  1. Haha jaki słodki :) no widzisz... Ja zakochana jestem w chustach i nosidłach i planuję zakup na drugie dzieciątko. Sądzę, że moze być dużo łatwiej miec wolne ręce przy dwójce :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Mi się marzy chustonoszenie, ale też chce poczekać aż Mała zacznie stabilniej trzymać główkę... Ciekawa jestem co na to mój kręgosłup bo mam czasem z nim problemy :(

    OdpowiedzUsuń
  3. Twój post przypomniał mi jedną z wielu rzeczy z cyklu "Co ja tam sobie zakładałam, będąc jeszcze w ciąży..." a rzeczywistość to brutalnie zweryfikowała ;)

    Taaaak, miało i u nas być piękne chustonoszenie - to takie trendy (...yyy mówi się jeszcze tak? :P). Miałam pożyczoną chustę od Siostry, ale przy pierwszej próbie wizja śmigania z dziecięciem w chuście przepadła - po długim zawijaniu w chwilę Córa ma rozdarła się do histerii, a ja w panice nie umiałam nas z tych węzłów odmotać. Stwierdziłam - no (f**king) way! ;)
    I koniec przygody :P Chyba szybciej z chustonoszeniem kończę już tylko te, które w ogóle się chusty nie tknęły ;)

    A czołgista rewelacyjny - nie dziwię się, że robi furorę ;D

    OdpowiedzUsuń
  4. Slodziak!!!:)
    Chcialam kupic chuste, ale zawsze jest jakies "ale". Raz- strach ze Mala wypadnie jakims cudem, bo zle zawiaze, dwa- teraz jest zimno- listopad nie zacheca, trzy- czy moja mala maruda bedzie chciala tam siedziec.....I tak tak to niestety wyglada. A w ciazy plany mialam rozne.

    OdpowiedzUsuń
  5. Dzięki za pouczającego posta. Ja właśnie na tym etapie "co to ja zrobię, jak już urodzę" i chusty oczywiście były z jednym z elementów. Może nie aż tak restrykcyjnie, by w ogóle bez wózka funkcjonować, ale np zakładałam, że jeśli gdzieś z M. pojedziemy, to chusta powinna nam zamiast wózka wystarczyć. Wszak mogę ponosić chwilę ja, potem chwilę M. Dzięki Tobie już wiem, że M. chusty nie dostanie (chyba, że będzie chciał spróbować), bo od lat kolana to jego główna "bolączka" (a powoli i inne stawy są zajmowane przez chorobę). Ja pewnie spróbuję, ale zacznę od pożyczonej chusty ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. Ale świetnie jeździ! :D
    Ja nosiłam Różę dokładnie od 6 dnia jej życia. Wierzyłam raczej tym artykułom, które mówiły, że to korzystne dla rozwoju, a ostateczne potwierdzenie przyniósł mi fizjoterapeuta na kontroli bioderek, który jak zobaczył Różę w chuście, to się zachwycił i ucieszył, że chustonoszenie coraz bardziej popularne. Planowałam nosić (chustę kupiłam już w ciąży), ale w pewnym momencie przestałam mieć nawet wybór. Mogłam nosić albo słuchać wielogodzinnego płaczu dziecka, które nie chciało po prostu leżeć, a wózka nie akceptowało wcale. No a na rękach nie dałabym rady tyle czasu. Nigdy jednak się w chuście nie zakochałam tak, jak to ma często miejsce u innych. Nie lubiłam jej wiązać, po kwadransie było mi gorąco i niewygodnie. Z wielką ulgą przyjęłam umiejętność siadania dziecka i przerzucenie się na Tulę, której nie trzeba było wiązać, a i na ramionach pełen komfort. :)
    Ale hej! Twoja kontuzja wcale nie musi być końcem chustonoszenia! U nas w noszenie bardzo zaangażowany był tata, który zawsze lubił to bardziej niż ja! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wlasnie ostatnio zamotalam malego na tacie i obaj wygladali na zadowolonych. Bardzo jestem ciekawa czy tata zechce go czesciej nosic :)

      Usuń
  7. Myślałam o chustonoszeniu, ale zanim się do tego zebrałam, to Alan był już za duży. Poza tym dostałam fajne nosidełko, które bardzo polubiliśmy, ale zaczęłam je używać dopiero po 4 miesiącu życia Alana. A co do kontuzji rodziców to niestety fakt, na szczęście nie przekonałam się o tym na własnej skórze.

    OdpowiedzUsuń