wtorek, 12 stycznia 2016

Mama wychowuje bez krzyku

Dziecko niemrawo podpełza do ściany, zapatrzone w jeden jej punkt, znajdujący się zaledwie kilka centymetrów nad podłogą. Jeszcze trochę bliżej i jeszcze. W końcu mała łapka sięga do kontaktu i paluszki zaczynają łapczywie badać to przedziwne urządzenie. Nie trwa to jednak zbyt długo, bo mama (która odwróciła się tylko na chwilę) już biegnie w tamtym kierunku i szybko podnosi dziecko do góry.
- Nie! Nie wolno! Be be be! Brzydko! Bardzo brzydko! Bardzo nieładnie! Nie wolno! Ile razy mam mówić, że nie wolno?! - powtarza i dla podkreślenia o co jej chodzi, zaczyna klepać malucha po dłoniach.
Dziecko, przestraszone gwałtownością, hałasem i nagłym zamieszaniem zaczyna płakać, ale to nic. To w końcu dla jego dobra. O jego bezpieczeństwo przecież chodzi. Kilka razy dostanie po łapkach to w końcu się nauczy.

Znacie to? Widzieliście taką scenę w rodzinie lub u znajomych? Sami tak robiliście, może? Nie jest to taki znów niecodzienny i trudny do zrozumienia widok. Mnie się jednak nie podoba. I już mówię dlaczego:




Fakty:

- dziecko chce dotknąć kontakt (albo cokolwiek innego, czego dotykać nie powinno - miskę z psią wodą, którą ciągle wylewa, drzwi, które mogą mu przyciąć palce, chybotliwe lustro itp.)
- mama, zapewne już kilka razy, próbowała dziecko od tego odciągnąć (najpewniej głośnym i stanowczym "Nie!" i zabraniem dziecka z niebezpiecznego miejsca)
- dziecko nie rozumie, że coś mu grozi, lub coś może zniszczyć
- dziecko nie rozumie, że mu tego robić nie wolno 
- dziecko zostaje ukarane za coś, czego nie rozumie 
- mama liczy na to, że gdy dziecko zostanie podczas wykonywania niepożądanej czynności skrzyczane/przestraszone, to nawet jeśli nie do końca rozumie co się wydarzyło, to zacznie kojarzyć to bardzo negatywnie. Najpewniej zaowocuje to tym, że przestanie ono w końcu wykonywać niepożądaną czynność.

Mama nie jest złą mamą. Jej działanie z pewnością może przynieść pożądany efekt. Dziecko przestanie podchodzić do kontaktu. (O ile nie nauczy się po prostu, że podchodzić do kontaktu nie można, ale tylko jak mama patrzy.) Jednak mnie takie rozwiązanie nie satysfakcjonuje. Mnie nie podoba się bardzo punkt "dziecko zostaje ukarane za coś, czego nie rozumie".

Uważam, że to potwornie niesprawiedliwe w stosunku do dziecka. Zgadzam się, że nie ma prostego sposobu na wytłumaczenie małemu, kilkumiesięcznemu dziecku tego, że czegoś mu nie wolno albo, że coś może być niebezpieczne. Nie zmienia to jednak faktu, że dziecko tym bardziej nie zrozumie nagłej, gwałtownej a może nawet i wrogiej postawy rodzica. 

Moim okiem:

- rodzic jest odpowiedzialny za stworzenie dziecku bezpiecznego miejsca do rozwoju i nie dopuszczanie go do rzeczy, które mogłyby mu zagrażać lub, które mogłoby zniszczyć
- jeśli ktoś miałby zostać za cokolwiek ukarany, to tylko rodzic, który wystawił na niebezpieczeństwo i stres dziecko, nierozumiejące tego co się dzieje
- dziecko nie jest w stanie na tym etapie rozwoju zrozumieć tego, że czegoś mu nie wolno i "zabronić mu coś" można jedynie poprzez negatywne skojarzenia (jak w przykładzie)
- nie chcę wprowadzać metody negatywnych skojarzeń - są niesprawiedliwe

Mamy dwie możliwości rozwiązać tą sytuację w inny sposób:

1. Dziecko nie ma możliwości dostępu do niczego, z czym nie chcielibyśmy, żeby miało kontakt (można albo wszystko szczelnie pozabezpieczać i puścić malucha samopas, albo zorganizować mu np. kojec).

2. Zapobiegamy kontaktu dziecka z niepożądanym przedmiotem, zanim zdąży do niego dotrzeć i konsekwentnie nie daje mu mu do tego dostępu. Gdy dziecko zbliża się do kontaktu mama musi zareagować zanim jeszcze dziecko zdąży go złapać; podnosi dziecko i przenosi w inne miejsce, najlepiej nic przy tym nie mówiąc i nie okazując, żadnych emocji. To musi być działanie mechaniczne i automatyczne; zamiana tego w zabawę poskutkuje nasileniem niepożądanego zachowania - dziecko będzie do tego jeszcze bardziej dążyć, bo będzie to fajne - a zamiana tego w krzyk lub naganę jest zachowaniem, którego chcemy uniknąć. Mama konsekwentnie przenosi dziecko od niebezpiecznego przedmiotu (choćby miała to robić milion razy) pokazując mu, że tam się zwyczajnie dotrzeć nie da. Mama powinna spróbować od razu też przełożyć zainteresowanie malucha na coś innego. Dziecko, które nie będzie miało możliwości dosięgnięcia do kontaktu i zabawy nim, w końcu przestanie się nim interesować.

Metoda pierwsza jest dobra i skuteczna, lecz stwarza sztuczne środowisko i ogranicza dziecku pole działania i poznawania świata. Z dwojga złego oczywiście lepiej jest zapewnić dziecku bezpieczeństwo i przymknąć oko na niepohamowane zapędy eksploracyjne.
Metoda druga może być żmudna i wymaga od rodzica zachowania neutralności, cierpliwości i konsekwencji. Jednak dziecko od początku uczy się przebywania w "normalnym" środowisku i zasad jego funkcjonowania. Ma też ten plus, że jak już zadziała, to będzie działać zawsze. A gdy w końcu dodamy do tego rozumiany przez dziecka zakaz to będziemy mogli przełożyć to na wszelkie inne zachowania.


Jestem zdania, że dziecko ma nas szanować a nie bać się nas. Krzyk jest kompletnie niepotrzebną metodą wychowawczą, tak długo, jak jesteśmy wystarczająco konsekwentni w tym co robimy i mówimy. (Jeśli pada hasło "Zrobisz tak jeszcze raz to wracamy do domu.", to choćbyśmy byli na końcu świata, gdy dziecko nas nie posłucha, w tym samym momencie przebukowujemy bilety i pierwszym samolotem wracamy do domu.) Jeśli pokażemy dziecku, że jesteśmy od niego tysiąc razy bardziej uparci, to zrozumie, że nie ma się co z nami kłócić i jedynym wyjściem jest nas posłuchać.


Ten wpis jest głównie po to, żebym sama poskładała sobie wszystko w myślach.
Piszę to z perspektywy rodzica dziecka ośmiomiesięcznego. Nie wiem jak będzie wyglądała moja filozofia przy starszym dziecku jednak na razie nie wyobrażam sobie, żeby było inaczej (i wiem na pewno, że to co opisałam wyżej działa w praktyce). Emocje należy dziecku okazywać i dzielić się z nim nimi jednak są momenty, w których jako dorośli powinniśmy zachować dystans i spojrzeć na sytuację zimnym okiem.





12 komentarzy:

  1. Krzyczenie na tak małe dziecko jest bez sensu. W ogóle nie jestem zwolenniczką krzyczenia na dzieci ( choć nie wiem czy mi się to w przyszłości nie zdarzy, każdy popełnia błędy), ale tak małe dziecko już w ogóle takiego krzyku nie pojmie...

    OdpowiedzUsuń
  2. O właśnie, to jest post, który opisuje dokładnie moje wyrzuty sumienia - po milionie tłumaczeń w końcu krzyknę na Antka, a on mi się rozpłacze. Wtedy go przytulam i takie to moje wychowanie. Niestety jest to bardzo trudne, bo on dokładnie wie, że robi źle. Potrafi podejść do kina domowego, położyć rękę na przyciskach, spojrzeć na mnie i drugą ręką pogrozić palcem, mówiąc "niu niu". Niestety kiedy potwierdzę, że mu nie wolno, on zabiera się za majstrowanie. Tak jest ze wszystkim: pralka, zmywarka, piloty, telefony, komputery i - co najgorsze - kominek. Choć do tego ostatniego nie podszedł jeszcze zbyt blisko, bo tłumaczę, że gorące. Dziecko powyżej roku wie co mu wolno, a czego nie. Niestety, gdy był młodszy, pozwalałam mu czasem na zabawę pilotem, bo wydawało mi się, że jest to najprostsza forma nauki działania i skutku. Efekt jest taki, że teraz może nie rozumieć, dlaczego mu zabraniam. Kibicuję Twojej filozofii i życzę powodzenia. Obawiam się jednak, że samym tłumaczeniem i zapobiegliwością nie da się wszystkiego ogarnąć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wyobrażam sobie, że może to być bardzo trudne. Cieszę się, że chociaż od strony teoretycznej wiem dokłądnie czego od siebie oczekuję. Wszyscy jednak jesteśmy tylko ludźmi, mamy lepsze i gorsze chwile i czasem po prostu wyłażą z nas emocje (szczególnie jeśli w grę wchodzi np. zdrowie czy życie dziecka!). Z chęcią będę się dzieliła tym jak będzie nam to wychodziło dalej w przyszłości.

      Usuń
  3. W tym przypadku niestety się z Tobą nie mogę zgodzić. Głównie dlatego, że w rodzinie mam żywy przykład porażki takiej formy postępowania wobec dzieci. Jak czytałam Twój wpis, to od razu przed oczami miałam moją Siostrę, która wówczas jako świeżo upieczona matka głosiła z dumą takie same idee. Na początku nawet jakoś szło, ale z każdym rokiem było gorzej, a moja Siostra... no cóż. Dziś mija 5 lat od jej orędzia i zapowiedzi, że będzie matką łagodną i tak wychowa idealne dzieci. I jak ma się obecnie sytuacja? Maluchy należą do wyjątkowo męczących i głośnych dzieci, ciężko nad nimi zapanować, wymuszają wszystko płaczem, notorycznie krzyczą, jak tylko jest coś nie po ich myśli, starsze zachowuje się jak mały Monk, a młodsze zaczyna być agresywne. A moja Siostra po tych kilku latach jest kłębkiem nerwów i frustracji, jak teraz dzieci wytrącą ją z równowagi - a zdarza się to na porządku dziennym - to nie wytrzymuje i się na nie wydziera. Czyli założenia łagodności i spokojnego tłumaczenia w konsekwencji doprowadziły do nadużywania krzyku przez rodzica. Na forum rodzinnym debatowaliśmy nie raz, dlaczego u Siostry jest taki stan rzeczy i wszyscy zgodnie dostrzegliśmy winę w takim nadmiernie łagodnym postępowaniu wobec dzieci.

    A moje już osobiste wnioski, na podstawie obserwacji różnych dzieci i obecnie mojej Córy, wyglądają tak, że dla małego dziecka, szczególnie na etapie kiedy nie rozumie naszych słów, albo rozumie niewielki ich zasób, nie ma znaczenia co do niego mówimy, ale jak. Dziecko, aby nas zrozumiało musi dostać jasny przekaz. Jeśli podczas zabawy pochwalimy spokojnie "Ładnie kochanie, ale pięknie", a potem tym samym tonem zwrócimy uwagę "Uważaj skarbie, możesz zrobić sobie krzywdę", to dziecko nie rozróżni jednego przekazu od drugiego. Ton ostrzegawczy musi się zdecydowanie różnić od tego pozytywnego i dziecko musi wiedzieć, że jest to coś czego mu nie wolno, co stanowi dla niego zagrożenie. Oczywiście, że na początku nie będzie wiedziało dlaczego mu nie wolno, bo choćbyśmy wyłożyli mu wykład to tego nie zrozumie, bo nie będzie pojmowało naszych słów, ale dla jego bezpieczeństwa musi odróżniać rzeczy zakazane od tych dobrych. Na tłumaczenie dziecku przyjdzie czas, kiedy zacznie rozumieć nasze słowa.

    Oczywiście nie nakłaniam Ciebie do zmiany postawy, jedynie przedstawiam mój punkt widzenia. Siostra akurat tą metodą strzeliła sobie w kolano i jej przykład jest dla mnie wystarczający, by nie iść tą drogą. No i mnie również przyszłość zweryfikuje, czy postąpiłam dobrze ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie chcę być źle zrozumiana. (Będę rozwijać temat "mojego" wychowania jeszcze w następnych wpisach.) Nie chodzi o to, żeby wychowywać dziecko pobłażliwie i z poklepaniem główki. To o co mi chodzi to 1. ograniczyć (możliwie wyeliminować) negatywne interakcje z dzieckiem, 2. pokazać mu, że słowo rodzica jest święte. Chodzi o to, żeby nie musieć krzyczeć na dziecko, aby nas ono słuchało, a moim zdaniem, kluczem do tego jest żelazna konsekwencja (jak z tym biletem powrotnym do domu).
      Przykładem takiego zachowania (może złym bo akurat go nie pochwalam) jest wypłakiwanie dziecka. Niemniej jednak, rodzic nie wchodzi w takiej sytuacji w negatywną interakcję z dzieckiem i stawia na swoim. Przyznasz za to, że nie jest to w żaden sposób ani bezstresowe ani łagodne.
      I spokojnie. Gdybym zobaczyła, że sytuacja wymyka mi się jednak spod kontroli to gotowa byłabym prędzej zarzucić wszystkie moje postanowienia, byleby nie dać dziecku wejść na głowę. :)

      Usuń
    2. A mi oczywiście nie chodzi o to, by krzyczeć na dziecko bezpodstawnie, ani na pewno by krzykiem cokolwiek dziecku tłumaczyć - bo i to dla mnie nie ma sensu, tylko o to, by po ten zdecydowany ton, podniesiony głos czy w ostateczności krzyk, sięgać w sytuacjach przekazywania ostrzeżenia. Rodzice muszą być tym Aniołem Stróżem, który w porę powie "Stój!", nawet jeśli musiałby to wykrzyczeć ;)

      Usuń
  4. Podnoszenie na dziecko głosu w momencie, kiedy wiadomo, że ono tego nie rozumie, że robi coś nie tyle źle, ale zagraża swojemu zdrowiu jest bez sensu. Pierwszy sposób może i jest fajny, ale to jak zwierze w klatce, które ma ograniczony dostęp do środowiska, a jego życie zamknięte jest w paru metrach. Druga zaś może i lepsza, ale graniczy to z cudem, by rodzic miał oczy dookoła i zdążył zareagować.
    Dać się porazić prądem, żeby zrozumiało, że nie wolno ? drzeć się, że zrobiło źle ? bo mama niczemu winna.
    Dziecko nie rozumie bardzo wielu spraw i najlepiej na nie nie krzyczeć bo to nie przyniesie wyczekiwanego efektu. Zniżyć się do jego poziomu i tłumaczyć, czy roczne dziecko zrozumie, że nie wolno ?
    W 100% popieram to co napisałaś, czyli podejść jeżeli zdążymy i odstawić dziecko w drugie miejsce bez wyrażania jakichkolwiek emocji.
    Zmienia postać rzeczy fakt w momencie, kiedy dziecko jest starsze i o wiele więcej rozumie, rok 3-5 i wzwyż. To wszystko jest podejście indywidualne od rodzica i rozwoju dziecka. Bo tylko rodzic wie na jakim etapie jest jego dziecko i jak będzie rozumiało przekazywanie informacji.
    Ale człowiek w teorii jest mądrzejszy niż w życiu i często inaczej wychodzi podczas wychowywania.
    Mam nadzieje, że będę na tyle wyrozumiałą i mądrą matką by nie krzyczeć, a tłumaczyć i rozmawiać, bo na prawdę nie jestem za przemocą jakąkolwiek w wychowywaniu.
    Post bardzo mądry :) fajnie by było, żeby rodzice również byli coraz mądrzejsi.
    Pozdrawiam bardzo ciepło.
    matkapolka89

    OdpowiedzUsuń
  5. Masz całkowitą rację. Myślę jednak, że każdemu czasem zdarzy się krzyknąć. Sama czasami krzyknę na siostrzeńca, ale to tak bardziej z przerażeniem wołam, że nie wolno albo żeby zszedł. po rączkach na pewno bym go nie biła. Tego nie rozumiem ani trochę.

    OdpowiedzUsuń
  6. Wychowanie dziecka to ciężka sprawa i praca... Chyba nie ma idealnej metody. Każdy z nas musi sobie wypracować swoją własną, ale na pewno krzyczenie na dziecko nie jest dobre. Przecież nikt nie lubi jak się na niego krzyczy, nawet my - dorośli...

    OdpowiedzUsuń
  7. mama musi czasem pokrzyczeć dla zasady:)

    OdpowiedzUsuń
  8. niełatwe to, tak czasem ugryźć się w język. Mi się krzyknąć zdarzyło i wiem, że była to oznaka mojej słabości, ale teraz już tego nie robię.

    OdpowiedzUsuń
  9. zgadzam sie w 100% z eve label. tzw wychowanie bezstresowe czy jak byśmy tego nie nazwali to kolejna skrajność ( po tym jak nasi rodzice trzymali nas w kojcach i wychowywali zastraszaniem) nagle wszyscy boją się stawiać dzieciom granice. A one ich potrzebują! one potrzebują od nas dowiedzieć się co jest dobre a co złe. Gdy mój syn robi coś czego nie powinien- np. ten przysłowiowy kontakt to mówię tonem stanowczym i bez usmiechu. dziecko na tym etapie rozwoju czyta naszą mimikę a nie słowa. pozdrawiam Houston mamy dziecko ps. śuper wpis

    OdpowiedzUsuń